Sama nie wiem, kiedy stałam się taką patriotką, że chyba powinnam startować na prezydentkę. Bo tak mi się zrobiło, że jak tylko widzę dobre polskie produkty w karcie, od razu tę kartę lubię. Programowo walczyłabym więc o pyszne polskie jedzenie wszędzie i dla każdego i od razu poziom zadowolenia społecznego skoczyłby we wszystkich słupkach w górę. Syty Polak to dobry Polak, na pewno. Gdyby się za mojej kadencji jakiekolwiek protesty na Wiejskiej (sic!) odbywały, dotyczyłyby tylko jeszcze szerszego dostępu do pysznego jedzenia.

Zazdroszczę Warszawie, ilekroć do niej jadę i nie nadążam zajrzeć do wszystkich nowo otwartych miejsc. W naszym Krakowie wciąż niezbyt wiele jest lokali, w których można fajnie, różnorodnie i w granicach rozsądku cenowego zjeść. Idzie jednak ku lepszemu i oto ta-dam – w zimnym styczniu mamy aż trzy interesujące premiery, w dodatku w trzech różnych lokalizacjach. Jakby ktoś to zrobił na zamówienie. Przy Rynku na Grodzkiej otwarła się Enoteka Pergamin, na Kaziku na Miodowej Zenit, a na Zabłociu Industrial. W Industrialu jeszcze nie byłam – ledwie sobie „kukłam” przez szybę, lecąc do Kucharza. W Pergaminie byłam raz, w Zenicie dwa, więc piszę nie tyle recenzję, co zajawkę, ciesząc się z tych nowych miejsc dosłownie jak dziecko. Z włoskiego Nolio ze świetnym produktem na Krakowskiej też się cieszę jak dziecko. Oni otwarli się jakoś przed Nowym Rokiem, a już bez rezerwacji nie podchodź…

Zenit jest prostym, nowoczesnym miejscem w tym sensie, w jakim spędzanie czasu w określonych knajpach jest lifestylem. Do takich miejsc nie chodzi się po to, by się ukryć, schować, albo szybko zjeść i wyjść. Przychodzi się po to, żeby popracować, spotkać niezobowiązująco przypadkowych znajomych, pokazać się. Zrobić focię własnemu jedzeniu i sąsiada, napić się modnej kawy, lemoniady, smoothie, wina czy alko. Chłopcy mają brody i rurki, dziewczyny spersonalizowane gadżety. Czyli takie miejsce, w jakim najczęściej można znaleźć mnie. No tak, taka prawda. Lubię te wszystkie hipsterskie miejsca, bo się w nich wygodnie czuję. Raz, że nikt na mnie krzywo nie patrzy, kiedy wyciągam telefon, dwa, że mogę się napić tego wszystkiego modnego, co tak lubię, trzy, że mogę zjeść w miarę ciekawe wege, a cztery, że w takich miejscach najczęściej spotkam mój ulubiony produkt lokalny.

Zenit, Miodowa 19. Średniej jakości zdjęcia, bo z lenistwa nabrałam złego nawyku nie zabierania aparatu na miasto.

Zenit, Miodowa 19. Średniej jakości zdjęcia, bo z lenistwa nabrałam złego nawyku nie zabierania aparatu na miasto.

W Zenicie jest to wszystko na raz, dlatego obstawiam, że jeśli się jakoś dramatycznie nie popsuje, będę w nim bywać regularnie. Jest pozytywna, otwarta, dobrze zaprojektowana przestrzeń. Tzw. „good vibe” łapie się już w progu i choćby za to mają u mnie plus na kreskę. Załoga też jest fajna – zna się i lubi tych ludzi z innych miejsc. Jest miło, z uśmiechem i na luzie. Bez kija w wiadomej części ciała, a jednocześnie nie ma czegoś, czego nie znoszę, czyli nadęcia, wyższości. Wiele hipsterskich miejsc, szczególnie w Wawie, cierpi na syndrom buceriady, co dla mnie jest nie do zniesienia, choć pasuje wielu snobom. Więc póki co w Zenicie mi się podoba.

Karta jest niewielka, ale ma być zmienna. Uwzględnia wege i to jest super miłe. Bazuje na dobrym polskim produkcie, i lokalnym i też z dalszych okolic. Chyba jedyne miejsce w KRK, gdzie można spróbować tradycyjnego wielkopolskiego sera smażonego (topionego) z Chodzieży, objętego certyfikatem Chronione Oznaczenie Geograficzne.

Tu zrobię trochę skok w bok mając świadomość, że nie jest to coś, czego Zenit potrzebuje, bo w sumie nie ma z tym nic wspólnego, ale co chcę skomentować przy okazji. Pierwszy raz smażonych serów spróbowałam na Slow Festiwalu w Grucznie. Rozwaliły mi system, przyznaję. Zawsze myślałam, że serek topiony to jakiś dziwny wynalazek technologiczny, tymczasem to dawna tradycja przesmażania na maśle zgliwiałego twarogu. Nie pamiętam nazw producentek z Gruczna; ten jednak ser z Chodzieży moim zdaniem ma wadę mleka. Taką, na którą nie wiem czy ludzie zwracają uwagę, ale którą znam z dzieciństwa na wsi. Chodzi o bardzo specyficzny posmak mleka, który mi mocno przeszkadza w nawet najlepiej zrobionym serze.

W domu byliśmy „chowani na mleku”; przez kilkanaście lat od urodzenia codziennie piliśmy mleko prosto od krowy. I to dosłownie – chodziliśmy z kubkami, a mama robiła nam pianę prosto z wymiona. Zresztą jak podrosłam to na mnie spadł obowiązek dojenia. Oh, yes. Potrafię doić krowy. I to z pianą. Twarogi i bundz robić i masło ubijać też umiem.

Mama była całkowitą pedantką, jeśli o dojenie chodziło. Krowie czyściło się wymiona przed każdym udojem, a mleko cedziło przez długo gotowane gazy i pieluchy. W niektórych domach mleko miało posmak stajni i zawsze, ilekroć tak się działo, miało to coś wspólnego ze sterylnością. Albo gazy, albo krowy, albo wiadra. Mama wylewała świniom mleko od sąsiadów, jeśli tak było je czuć. Czasem ten posmak znajduję w serach domowych albo tzw. zagrodowych. Ostatnio trafiłam na ten posmak na Podkarpaciu, gdzie byliśmy poczęstowani regionalnymi serami, a teraz niestety czuję go właśnie w serze z Chodzieży. Przypuszczam, że to rodzaj bakterii, nieszkodliwej dla zdrowia, ale niezbyt przyjemnej w smaku. Musieliby się wypowiedzieć specjaliści. Po zjedzeniu sera, zostaje dość długo w ustach. Jest to silna franca, wystarczy jej trochę, żeby zepsuła całe mleko, nawet czyste. To coś takiego jak wada korkowa w winie. Nikt od tego nie umrze, ale smak nie ten.

Nie mam pojęcia, czy każda partia tego sera tak wygląda, czy to jednorazowa sprawa. Na liście Trzech Znaków Smaku jest kilka innych mleczarni, można by z nimi porównać. Niech was to jednak nie zniechęca do spróbowania śniadania z tym serem w Zenicie! Wprost przeciwnie. Możliwe zresztą, że w kolejnych partiach sera wcale tej wady nie będzie. Jeśli się zaś na nią trafi, można się jej przynajmniej nauczyć. Cenne, bo rzadkie doświadczenie z niepasteryzowanym jak przypuszczam mlekiem. Tego posmaku nigdy nie znajdziecie w serach czy mlekach przemysłowych, więc jeśli się na niego trafi można mieć pewność, że mleko nie było poddawane zbyt wielu obróbkom.

Ale wracając do Zenitu i jego karty. Uwielbiam przejrzystość w produktach, a w Zenicie kuchnia opiera się na sprawdzonym produkcie. Tutaj znamy nie tylko regiony, ale też wytwórców z nazwiska i firmy. Wszystko ślicznie opisane w karcie. Nie są to może producenci najlepsi z najlepszych w kraju, ale już z tego bardzo dobrego drugiego szeregu, co zresztą pozwala zachować naprawdę przystępne ceny dań. Menu firmuje Ania Rymgajło, trochę już znana w Krakowie z paru ciekawszych lokali. To jej pierwszy tak duży i odpowiedzialny projekt. Gotowanie to jedno, a zarządzanie całą kuchnią to drugie. Jeśli przejdzie ten chrzest bojowy, reszta przestanie jej być straszna. Trzymam kciuki i uwielbiam za włączenie w myślenie o kuchni wegan <3

Zenit, Miodowa 19. Przyjemny krem z wędzonej papryki i bakłażana oraz klopsiki ciecierzycowe w dobrych pomidorach z bulgurem i daktylami.

Zenit, Miodowa 19. Przyjemny krem z wędzonej papryki i bakłażana oraz klopsiki ciecierzycowe w dobrych pomidorach z bulgurem i daktylami.

I jest jeszcze coś fajnego w Zenicie, czego zabrakło mi w Pergaminie – załoga zna, lubi i ceni te produkty, sprawia że jeszcze bardziej wierzy się w ich jakość. A dobry produkt regionalny to coś, z czym można się identyfikować. Oni lubią swój Zenit i powodują, że to też nasz Zenit.

W Enotece Pergamin jest produkt, ale trochę mniej informacji o nim, przynajmniej sądząc po obsługujących nas wczoraj ludziach. Ceny są wręcz świetne, jeśli uwzględni się realia wokół Rynku. Kartę win pokochałam natychmiast, w zasadzie nie wychodząc poza pierwszą stronę z winami na kieliszki. Ceny niemal detaliczne, ale to jeszcze nic, bo połowa oferty to… bardzo fajne wina polskie! Zaczynając od cudnego Sey Sey Płochockich (9 zł za kieliszek, 54 butelka), przez Sztukówkę, Srebrną Górę, Dom Bliskowice i Hybrydium. A na butelki oprócz wymienionych mamy jeszcze Chodorową, Zadorę, Adorię i Winnicy Turnau. Ceny od 38 do 71 zł.

LOL. To jest nowa era dla polskiego wina w restauracjach.

Enoteka Pergamin, Grodzka 39. Kilkudziesięcioletni krzak winny. Żywy i podobno ma rosnąć.

Enoteka Pergamin, Grodzka 39. Kilkudziesięcioletni krzak winny. Żywy i podobno ma rosnąć.

Wpadłyśmy z przyjaciółką wieczorem, ostatnie i choć już powinni zamykać, nie pogonili nas. Zamówiłyśmy małą deskę polskich serów, na której znalazł się koryciński z czarnuszką, koryciński dojrzewający 12 miesięcy, gołka, i nie pamiętam który nasz pleśniowy, ale całkiem fajny. No dobra, gołki jadłam lepciejsze, zwłaszcza jak były oscypkami, ale te przynajmniej wyglądają na wędzone. Korycińskie nie wiedzieli od kogo dokładnie pochodzą, ale były niezłe. W tych ostatnich można trafić na nie lada dziadostwo, bo się ich namnożyło jak Korycin długi i szeroki razy dwa, ale tu było ok. I pizzę zjadłyśmy, polską, z grzybami, szpinakiem, naszymi serami i boczkiem, który to boczek poprosiłam zamienić na coś. Strasznie się spięła biedna załoga, twierdząc, że boczek mogą mi wymienić tylko na paprykę.  Nijak się moim zdaniem ze szpinakiem nie spinała, ale zaryzykowałam. Okazało się jednak, że szpinak jest młodziutki i świeży i koniec końców papryka z grzybami dała radę. Zwłaszcza że sypnęli jej dosłownie 6 wiórków (policzyłam).

Tak mi się wydaje, że rozumiem – niskie ceny, to pewnie załoga jest lekko terroryzowana z oszczędzaniem, ale. Ale choć ten ich stres nie był potrzebny, to złego słowa o mojej wczorajszej pizzy nie powiem, wręcz przeciwnie. Była oczywiście w zupełnie innym stylu niż moje ostatnio ulubione neapolitańskie z Nolio, ale była bardzo dobra. Jestem strasznie cięta na pizze i makarony, których z założenia nie lubię, ale tu mi się podobało. Nawet świeża cebula, którą potem śmierdziałyśmy spasowała, choć można by ją lekko tylko złamać. Najważniejsze, że grzybów dali w ilości zadowalającej.

Enoteka Pergamin, Grodzka 39. Polska pizza i deska polskich serów. Sery, wędliny i wina można kupić w detalu!

Enoteka Pergamin, Grodzka 39. Polska pizza i deska polskich serów. Sery, wędliny i wina można kupić w detalu!

Wzięłyśmy Sey Seya oczywiście. Ja go uwielbiam, ale przyjaciółka, która pierwszy raz miała do czynienia z polskim winem też zapiała z radości. Jeśli ktoś z was nie zna, to korzystajcie z okazji, póki można go bezkarnie pić w cenie 9 zł za kieliszek 100 ml. Troszkę nas zasmuciła, a troszkę rozbawiła sytuacja z winem, bo kelnerka podeszła bez słowa, bez uśmiechu, ba nawet bez jednego spojrzenia w oczy i trochę jak (niezbyt miły) duch po prostu polała to wino, równie niemo odchodząc. Robiło to dość dziwne wrażenie. Coś tu załoga powinna podciągnąć, bo chętniej się wraca do milszej atmosfery.

Nie wiem na ile Enoteka Pergamin (podobno na mieście jest jeszcze jakiś klub Pergamin) stanie się moim ulubionym miejscem, bo jest w niej jak na mnie trochę za sztywno i trochę hm, tak „z aspiracjami”, ale na pewno będę wpadać i testować, co jeszcze mają fajnego. Przede wszystkim, co słychać w ich kuchni. Menu wygląda zachęcająco, choć dominują mięsa i w zasadzie nie ma alternatyw innych niż ryby czy owoce morza. Szkoda, że w dzisiejszych czasach wciąż jeszcze powstają karty bez wege opcji. Pewnie coś przetestuję z tych mięs czy ryb, ale będzie mi brakowało możliwości wpadnięcia tam na zwykły obiad czy lunch. Na pewno zaś będę tam zaganiać wszystkich turystów, zagranicznych gości i tych z moich przyjaciół, którzy wciąż jeszcze jakimś cudem nie znają polskich win, serów czy wędlin. Miejsce jest z pewnością godne uwagi.

Przede mną wciąż jeszcze Industrial, a z nim nadzieja, że Kraków zacznie nadganiać ilością i jakością nowoczesnych restauracji Warszawę. Kto wie, może nawet przestanę myśleć o przeprowadzce?

Insta dla Pergaminu i pierwsze wrażenia z Zenitu. Jeśli ci się podoba polub proszę i udostępnij tekst.