Kiedy w 2008 na ekrany wszedł światowy przebój Slumdog Millionaire, ktoś na jakimś forum polecił dwa filmy: Salaam Bombay! z 1988 i City of Joy z 1992 roku, z nieżyjącym już niestety Patrickiem Swayze. Oba miały być bardziej autentyczne, kręcone na ulicach Bombaju, w prawdziwych slumsach. Otóż były. Poruszający Salaam Bombay! obejrzałam od razu, natomiast Miasto radości poniewierało się wśród filmów do obejrzenia osiem (sic!) lat. Kompletnie o nim zapomniałam, aż tu dziś wpadło mi w ręce zupełnie przypadkiem.

Rzuciłam okiem w ogóle nie pamiętając co to za tytuł, przewinęłam kilka pierwszych minut, a potem dosłownie mnie wessało.

Świetny film, w swoim czasie zauważony zresztą przez krytyków. Pokazuje odczarowane Indie, i to odczarowane w obie strony. Z jednej, mamy do czynienia z mało magicznym realizmem kompletnej nędzy hinduskich slumsów, z drugiej – otrzymujemy dużo czarodziejskiego realizmu, poświadczającego, iż nawet w skrajnym ubóstwie życie płynie swoim rytmem.

Od połowy filmu rozmyślam sobie nad tym, jak wiele zmieniło się w odbiorze i przekazie rzeczywistości na ekranie. Zastanawiam się, w którą stronę odkształca się sztuka (filmowa), coraz dalej odchodząc od dosłowności lat 90, i jak zatacza koło znowu w stronę tabuizacji pewnych tematów, zagadnień, poetyzacji rzeczywistości. Nie mam pojęcia czy to dobrze, czy źle? W sztuce zaangażowanej od bardzo dawna irytuje mnie do nieprzytomności dosłowność odartego z wszelkiego Piękna obrazu. Nie cierpię postmodernizmu i cieszę się z jego powolnej, lecz nieuchronnej agonii. Czy dla zagadnień społecznych, które wcale odejść nie chcą, to dobrze? Nie wiem, choć wydaje mi się, że zwyczajnie trafiają one w te obszary, gdzie ich prawidłowe miejsce – do debaty publicznej, przejętej w tej chwili przez internet i media społecznościowe. Nie mam pojęcia, co z tego wyniknie. Czy wszystkich nas ogranie znieczulica, czy może będzie narastała oddolna potrzeba zmienienia świata wspólnymi siłami? Niezmiennie trzymam kciuki za to drugie.

Nie mam pojęcia czy dziś byłby możliwy taki duży, wysokobudżetowy film, nagrywany w prawdziwych hinduskich slumsach, z prawdziwymi kalekami i tak mocno osadzony w brutalnej fizycznej rzeczywistości nędzy? Pomijam zresztą aktualną tendencję do ocieplania swojego piarowego wizerunku przez poszczególne państwa – już wtedy, dwie i pół dekady temu, rząd Indii tworzył niezwykle dużo problemów, niemal udaremniając jego nakręcenie. Dziś kino tak daleko ucieka przed realizmem, że nawet nędza na ekranie wygląda elegancko, a brutalne sceny przemocy lub seksu stają się wręcz piękne. Nadal nie wiem,co o tym sądzić? Nie odczuwam komfortu w zetknięciu z prawdą o ludzkiej mizerii. Zdecydowanie bardziej lubię oglądać wystylizowane, wysmakowane sceny, w których krew i przemoc są wręcz piękne, gdzie dobro i zło zacierają swoje granice, zaś codzienność i walka o byt stają się mitologicznie odległe.

Prawda to jednak, że jednocześnie oglądam ogromnie dużo nagrań „real time” w sieci, albo dokumentów, które podnoszą moją świadomość w obrębie faktycznego wymiaru przytłaczającej niesprawiedliwości społecznej i przemocy na każdym możliwym tle. Pytanie, czy internetowe przekazy na żywo mają tę samą moc oddziaływania, co sztuka? Być może wracamy do sprawdzonego schematu: sztuka dla sztuki (który ja zresztą wyznaję), cierpienie dla ludu? Ale może siła oddziaływania sztuki zawsze była iluzoryczna z racji tego, iż trafiała do niezwykle wąskiej, elitarnej wręcz grupy?

Czy to dobrze, że kino zmienia się w tę stronę? Koniec końców (och, jakie piękne polskie wyrażenie, którego nie ma potrzeby zastępować kulawą kalką „na koniec dnia) – pewnie tak. Kino zmienia się co dekadę, podobnie jak wszystko inne w naszych błyskawicznych czasach. Nie ulega wątpliwości, że gdyby w City of Joy zabrakło odrobiny piękna i romantyzmu, humanizmu i heroizmu, obraz byłby nie do zniesienia. A tak to chyba wszystkiego jest tyle, ile trzeba. Nawet niezbyt oczywistej urody Sweyze, idealnie sprawdza się tu w roli białego człowieka, zmuszonego do prowadzenia swojej gniewnej, wewnętrznej walki.

City of Joy podoba mi się również dlatego, że w prosty i piękny sposób opowiada o budowaniu więzi międzyludzkich i odnajdywaniu siebie tam, gdzie się tego najmniej spodziewamy. Oraz o tym, że ucieczka nie jest żadnym rozwiązaniem. Bardzo klimatyczny film, wartościowy z wielu względów, między innymi z tego, że dziś się już takich filmów nie robi. Klasyk lat 90, którego reżyserem jest Roland Joffé, twórca już zapisanych w historii światowej kinematografii Misji (The Mission, 1986) i Pól Śmierci (The Killing Fields, 1984), oraz może mniej znaczącego, ale nadal pysznego Vatela (Vatel, 2000).

Polecam. Podzielcie się swoimi wrażeniami, jeśli znacie ten obraz.

Roland Joffé, City of Joy, 1992.

Roland Joffé, City of Joy, 1992.