Vegan Baczer wystartowali z bezmięsnymi wędlinami. Start mają dobry – od razu 1000 zamówień i z góry wiadomo, że zrobią dobry biznes. Dlaczego? Bo weganie jedzą sojowe kiełbasy bardzo chętnie.  I już spieszę z wyjaśnieniami dla moich przyjaciół mięsożerców, których czemuś wegańskie opcje burgerów, sushi, kotletów czy parówek dziwią oraz prowokują do niewybrednych często żartów.

Weganie jedzą sojowe czy zbożowe przetwory, przypominające mięso i wędliny, bo… mogą. No tak, wiem, niby w takim wolnym świecie żyjemy, z demokracją i tak dalej, a tu ciągle trzeba o tym przypominać.

Istnieją jednak dodatkowe aspekty wegańskiej ochoty na szynki, kiełbasy czy parówki. Jak się zastanowić, to nie są one jakoś specjalnie skomplikowane. Weganie to przecież nie kosmici, a najzwyklejsi w świecie ludzie – najczęściej zatem jadają chleb trzy razy dziennie, albo dwa razy chleb a raz ziemniaki. Same surowe warzywa (mówimy o łatwości zastosowania) z chlebem średnio satysfakcjonują, szczególnie jeśli są przeciętnej jakości – czyli takie, jakich używa 95% populacji. Za to położenie na chlebie plasterków czegokolwiek gotowego, jest najprostszym daniem, jakie można sobie wyobrazić. Nie tyle zatem chodzi o smakowe podobieństwo do mięsa, ile o bardzo wygodną formę – takie plasterki nie tylko są praktyczne ale i sycące (nawet jeśli niekoniecznie zdrowo, to przynajmniej jest dla podświadomości zachowana ciągłość korzeni, domu, rodziny). Weganie przecież też muszą skądś brać białko, a nie każdy będzie sobie robił hummusy czy pasty soczewicowe do chleba, bo nie ma tej tradycji w naszym kraju. Tradycyjne polskie dania wegańskie jak pierogi, placki czy zupy wymagają trochę pracy i umiejętności, zaś do chleba zawsze jadło się tu masło, ser i, w ostatnich dziesięcioleciach, wędliny.

Gotowanie roślinne bez mięsa i bez produktów odzwierzęcych, na których bazuje zwykła kuchnia, takich jak śmietana, masło, smalec/boczek, jajka, ba, nawet miód, wymaga trochę inwencji twórczej, inaczej jest niesmaczne. A przecież większość współczesnych ludzi – wege czy nie – nie potrafi gotować. Zepsuci jesteśmy już któreś pokolenie przez zupy w proszku, niewymagające mrożonki i inne gotowce. Weganie zresztą to najczęściej młodzi ludzie, nasto-, dwudziestoletni, a kto z nich ogarnia gotowanie? Może woda na herbatę i może jajecznica. Zresztą te różnice widać również pokoleniowo – stare wege wygi niekoniecznie sięgają po te substytuty. Jeśli już to w sytuacjach awaryjnych, na drogę, czy żeby mieć coś na szybko pod ręką. Oni zwykle gotują sami i robią sobie własne pasty, przetwory, smarowidła, pieką własne chleby czy ciasta.

Warto też zwrócić uwagę na to, że do tej pory liczba niejedzących mięsa była mniej więcej stała, ale odkąd w ostatnich dwóch, trzech latach do globalnych mediów zaczęła przebijać się informacja o związku mięsa przemysłowego (farm mięsnych) z przyrostem chorób cywilizacyjnych, głównie krążenia i nowotworów, oraz zanieczyszczeniem środowiska, to liczba wegan wzrosła wielokrotnie. Rynek, a nawet oni sami nie byli przygotowani na tak szybką zmianę, dlatego tak bardzo brakuje edukacji oraz zdrowych, ale gotowych zamienników mięsa.

Kiedy ktoś zżyma się na wegan, że chcą jeść parówki albo kotlety, to trochę jakby zżymał się na samego siebie. No bo kto w domu, w pracy, czy na studiach jada wielodaniowe, wieloskładnikowe, skomplikowane w przygotowaniu, ale pełnowartościowe dania? Ja na pewno mając lat 20, a nawet po przekroczeniu trzydziestki wcale nie jadłam nic podobnego. Plasterek szynki na kanapkę jest najkrótszą drogą do pokonania głodu, czy zawiera mięso czy nie…

Jak można zaobserwować na różnych wege-forach, historia nowych wegan zwykle wygląda tak samo. Zazwyczaj są to młode dzieciaki, które jeszcze się nie nauczyły się organizować sobie życia, ale już weszły w fazę buntu społecznego.  Oni przecież żyją w zupełnie nowych realiach, w których problemy z dostępem do wody pitnej i czystego powietrza są ich rzeczywistością, o której myśmy tylko czytali w przepowiedniach ekologów. Najczęściej nie mają pojęcia o gotowaniu i w ogóle o czymkolwiek, bo dopiero co podjęli decyzję o niejedzeniu mięsa, a mama powiedziała, że mają jeść. Emocjonalnie są przeciw krzywdzeniu zwierząt, ale jeszcze nie wiedzą jak nie krzywdzić siebie, jak jeść zdrowo tak, by nie kosztowało to wiele czasu i pieniędzy. Brakuje im szczegółowej wiedzy i argumentów na temat tego, dlaczego lepiej nie jeść mięsa, czują tylko wewnętrznie, że lepiej go nie jeść. Dlatego są tak łatwym celem prześmiewców. A przecież mało który z prześmiewców wchodzi głębiej w tematy, które nie dotyczą go bezpośrednio, choć każdy lubi je wyśmiewać.

Ja bym się nie śmiała. Ja bym im pomogła – jakby nie patrzeć, to oni zmieniają naszą planetę na lepsze. Wiele tych decyzji w ostatnich latach zostało podjętych nie tylko z powodu ogromnego cierpienia zwierząt na farmach mięsnych, ale i pod wpływem świadomości o zagrożeniach ekologicznych dla naszej Matki Ziemi (i to jest nowe). Lawinowo przyrastający weganizm jest oczywiście w pewnym stopniu kwestią pokoleniowej mody, ale korzenie tej mody tkwią w świadomości. Zarówno tego, jak działa spożywanie zbyt dużych ilości mięsa i produktów odzwierzęcych na organizm, jak i tego, że jedząc rośliny, jesteśmy w stanie wyeliminować głód na świecie. Nikt przecież nie chce chorować ani umierać młodo, ale i coraz więcej ludzi nie chce odpowiadać za cierpienia innych. Moda ta zresztą jest bardzo korzystna – wielu moich mięsożernych znajomych wprowadza jeden lub kilka dni bezmięsnych, na skutek prostego dostępu do danych – ile wody kosztuje wyprodukowanie jednego hamburgera w świecie, w którym globalne ocieplenie jest faktem, widocznym gołym okiem.

Sprawa tego świata jest wspólna, czy jesz mięso czy nie. Jeśli jesz, bądź wdzięczny, że ktoś inny go za ciebie nie je.

W momencie, w którym rynek wymyśli, czym zastąpić ekspresowość serwowania i mięsnych i bezmięsnych kanapek, weganie na pewno nie będą się ociągać. Było nie było, to oni mają ostatnio najsilniejszy wpływ na zmiany w konserwatywnej gastronomii, bo to coraz większa i wyraźniejsza grupa konsumentów, których nie sposób dłużej ignorować. Wystarczy sobie przypomnieć jakie opcje wegetariańskie istniały w restauracjach do niedawna, choć dziś trudno sobie wyobrazić restaurację bez opcji wegańskiej czy bezglutenowej. Tak że ja bym się wstrzymała z tym wyśmiewaniem, i pomyślała, czym weganie mogliby zastąpić pseudo-mięso? Na weganach długo jeszcze będzie można zarobić, bo to jest najszybciej rozwijająca się nisza gastronomiczna, która wciąż pozostaje niezapełniona. 10 000 fanów na fejsbuku firmy, która jeszcze nie rozpoczęła działalności i 1000 zamówień przed oficjalną sprzedażą, to coś, o czym każdy by marzył, gdyby w ogóle pomyślał, że to w branży gastro możliwe.

Zdjęcie z fanpejdża Vegan Baczer.

Zdjęcie z fanpejdża Vegan Baczer.