Kim jestem

Urodziłam się na wsi w górach. W moich żyłach płynie zbójecka krew, tylko trochę pokalana nieślubnymi dworskimi wpływami. Moim domem jest każdy horyzont na którym widnieje choć jedno piękne wzniesienie i pachnie las. Wychowałam się na tartaku, więc moim domem jest też zapach ciętego drewna. Babka straszyła mnie mieszkającymi w półcieniach diabłami i przebiegłym Panem Szatanem, a dziadek uczył łapać pstrągi na rękę i nie bać się indorów wielkich jak stodoła.

Moimi smakołykami była polenta i placki z blach, ale tylko te robione przez babcię, ciasto drożdżowe z kakaem i kruche z borówkami. Dzikie czereśnie na grapie (to stok, nie alkohol), poziomki przy drodze, borówki na folwarku, maliny i czernice drące ręce w gęstym lesie.

Homeland

Homeland

Dzika kapusta (szczaw) z pola i młoda marchew, wytarta z ziemi o koszulę. Herbata z lipy, sok z malin, syrop z pędów sosny. Skrzydło albo kurzy ksztoń (szyja) z niedzielnego rosołu. Karmelowe kogutki z odpustu, gumy Donald z Ameryki. Drewniany dom, słońce, rzeka, siano, zaspy do pasa. I książki. Mnóstwo książek.

Długo nie mogłam nauczyć się czytać, ale kiedy przeczytałam swoją pierwszą w życiu książkę (Jacek, Wacek i Pankracek), doznałam olśnienia: „Czytanie jest takie super! Będę pisać, żeby ludzie mogli doświadczać tego wspaniałego uczucia”, zupełnie zresztą nie biorąc pod uwagę, że przyjdzie mi żyć w erze cyfrowej. Kto jednak wtedy, gdy we wsi jeździło pięć samochodów i były trzy telewizory przewidziałby coś podobnego?

Czytałam i czytałam, i choć uczniem w liceum byłam słabym, spędzając więcej czasu na wagarach i dysputach z kolegami o udrękach egzystencji niż w samej szkole, na uniwersytecie szybko znalazłam swoje miejsce. Stałam się wciąż nieco leniwym, lecz bardzo aktywnym studentem. Prowadziłam klub studencki i organizowałam masę imprez. Organizowałam wystawy, wieczorki literackie i etnograficzne zabawy ludowe. Spożywałam nieograniczone ilości substancji procentowych i żywiłam się jak każdy student w najtańszym barze mlecznym. Malowałam, pisałam, czytałam, dyskutowałam, pochłaniałam Ukrainę, jej język, kulturę, ludzi, podróżowałam na Wschód.

Ulubiony autor, ulubione tłumaczenie, 2007

Ulubiony autor, ulubione tłumaczenie, 2007

I tłumaczyłam literaturę, przede wszystkim tłumaczyłam. Zaraz pod koniec drugiego roku studiów ukazał się tomik poezji ukraińskiego poety-dysydenta, w którym znalazły się moje przekłady, które powstały tylko dlatego, że chciałam lepiej zrozumieć coś pięknego we wciąż obcym dla mnie języku.

Przez wiele lat kształciłam się w tłumaczeniu na seminariach i warsztatach pod czujnym okiem moich mentalnych przewodników Oli Hnatiuk i Adama Pomorskiego. Opanowywałam język i sztukę pisania po polsku, elastyczność wypowiedzi, przenoszenie znaczeń, style… Przełożyłam sporo książek i opowiadań najciekawszych ukraińskich pisarzy, współpracując z małymi, wówczas elitarnymi wydawnictwami. Spędziłam w książkach zawodowo prawie piętnaście lat. Do tej pory moje nazwisko jest silnie kojarzone z literaturą ukraińską.

Przez pięć lat pracowałam naukowo w PAN. Miałam wtedy okazję poznać wiele niezwykłych osób ze świata kultury, nauki, sztuki i literatury, od których tak wiele się nauczyłam. Byłam młoda i zdolna i wszyscy mi sprzyjali, za co jestem ogromnie wdzięczna. Dostawałam stypendia naukowe i rezydencyjne, badałam materiały w archiwum w Nowym Jorku, studiowałam dwa miesiące na Harvardzie, wiele razy wyjeżdżałam na Ukrainę oczywiście.

Nowy Jork, gdzieś przy Bleecker, o ile się nie mylę, Street, 2013. Uderzające jest to nieśmiertelne hasło, bezczynnie zawieszone w porzuconej już przestrzeni zlikwidowanej knajpy...

Nowy Jork, gdzieś przy Bleecker, o ile się nie mylę, Street, 2013. Uderzające jest to nieśmiertelne hasło, bezczynnie zawieszone w porzuconej już przestrzeni zlikwidowanej knajpy…

Gdybym skończyła doktorat, pewnie zrobiłabym karierę jako specjalista od stosunków polsko-ukraińskich w Międzywojniu. Studia doktoranckie oblałam jednak ostatnim egzaminem z filozofii, którego nie dało się oblać, bo na pytanie: „No i co tam pani czytała?”, wszystko we mnie odpowiedziało: „Ale dlaczego mam się komukolwiek tłumaczyć z tego, co czytam?”. Podziękowałam panu o przemiłym spojrzeniu i nadzwyczaj seksownym głosie i wyszłam.

Całą zaś karierę naukową skończyłam pewnego pięknego wiosennego dnia, kiedy w Jagiellonce dostałam nie ten co zwykle stolik do pracy. Usiadłam na środku potężnej sali i rozejrzałam się wokół. Przede mną siedział Historyk Staropolski, wciąż jeszcze nie stary, lecz już porośnięty mchem i woniejący truchłem. Na końcu sali siedziała Pani Doktor, wciąż jeszcze młoda, lecz już całkowicie wyzuta z seksapilu. Po prawej Poważny Docent w okularach, które podnosił specyficznym zmarszczeniem nosa. Po lewej młodziutkie wcielenie Róży Luksemburg w wojskowej kurtce.

Westchnęłam, a w nosie zakręcił mi się zapach kurzu, starodruków i latami niewietrzonych pomieszczeń.

A gdzieś tam… gdzieś tam za tymi wysokimi murami tak jasno świeciło słonko, tak bujnie i erotycznie kwitło życie, trawa, drzewa, kwiaty, tylu szczęśliwych i kolorowych ludzi chodziło po ulicy. Gdzieś tam czekało coś jeszcze.

Musiałam wyjść. Świat wołał mnie zbyt głośno.

Potem zrobiłam jeszcze studia dla Kuratorów Sztuki Współczesnej, bo w liceum, na samym początku wolnego rynku u zalążka niedojrzałej demokracji lat 90., pijąc tanie piwo w gęstych oparach dymu, przy fałszywych dźwiękach gitar prowincjonalnych hendriksów, marzyłam o stworzeniu własnego klubu. Zrobiłam też studia scenopisarstwa, bo oglądam filmy zawodowo i zawsze chciałam wiedzieć, jak się pisze scenariusze.

Z suką, która wpłynęła na moje życie. Foto Aga Wojtuń, Maski, 2011

Z suką, która wpłynęła na moje życie. Foto Aga Wojtuń, Maski, 2011

Pomiędzy tym szkoliłam psy dla niepełnosprawnych nowoczesną metodą behawioralną, pracowałam z psami agresywnymi i prywatnie uprawiałam psie sporty, współzakładając stowarzyszenie, przygotowujące assist dogi dla niepełnosprawnych, bo trafiła mi się trudna suka.

Szukając rozwiązania dla swojego słabego ciała i zdrowia, otwierałam i prowadziłam różne tematyczne fora dyskusyjne, a w ogrodzie swojego domu przemedytowałam kilka lat, próbując znaleźć odpowiedzi na prześladujące mnie pytania o sens życia.

No i wtedy otworzyłam knajpę. Stanęłam w kuchni przy garach i harując po kilkanaście godzin na dobę, świątek-piątek, ciągle szukałam tego czegoś, co zawsze kazało mi iść do przodu. Udoskonalałam kuchnię, produkty, jakość.

Habemus Papu!

Habemus Papu!

Wyszukałam właściwych rolników i dostawców tak, by energie pożywienia były jak najwyższej jakości. Coraz lepiej opracowywałam metody gotowania, bazując na intuicyjnym łączeniu produktów według potrzeb organizmu.

Zdobyłam rozmaite certyfikaty i przeszłam odpowiednie szkolenia. W oparciu o najnowsze badania naukowe wyeliminowałam z menu wszystko, co ludziom szkodzi. Wzbogaciłam przepisy o wszystko co służy, połączyłam składniki tak, by dawały dopełnione, zrównoważone smaki i zawierały to, co potrzebne dla ciała i ducha.

Moment, w którym zdecydowałam się na profesjonalne pisanie blogów. Zdjęcie Aga Wojtuń, marzec 2014.

Zdjęcie Aga Wojtuń, marzec 2014.

Cały czas edukowałam i wytworzyłam koło siebie społeczność, wśród której znalazłam wielu nowych przyjaciół. Przeszłam szkolenia i konsultacje, wyjechałam do Stanów na seminarium w samo serce najważniejszych, najnowszych i najwiarygodniejszych przemian w wiedzy dietetycznej. Z Reni Jusis, z którą łączy mnie świadomość ekologiczna, gotowałam na ekranie TVN.

Stale jeżdżę na targi, testuję, sprawdzam, szukam, doświadczam. Promuję świadomą konsumpcję, bo w nią wierzę. Wierzę w jakość życia i w to, że można być zdrowym i cieszyć się przyjemnościami. Uczę naturalnego stylu życia, wrażliwego na potrzeby ciała i ducha, ale też uwzględniającego potrzeby innych. Cieszę się życiem i sprawiam sobie przyjemność. I co najważniejsze – zawsze i wszędzie staram się być sobą, żyjąc w zgodzie ze światem zewnętrznym.

Ekologiczne myślenie, odpowiedzialność społeczna, wysoka jakość produktów oraz idea Slow Food są dla mnie bardzo ważne. Jeszcze ważniejsza jest dla mnie samoświadomość i potrzeba zostawienia po sobie świata jeśli nie lepszego, to przynajmniej posprzątanego.  Zapraszam, jeśli znajdziesz tu coś dla siebie.