Bardzo trudno jest mi napisać coś o wolności kobiet i powracającej jak bumerang aborcji. Najchętniej w ogóle nie pisałabym w tym temacie, tak bardzo wydaje mi się zszargany przez wszystkie strony. Niestety nie mogę swoich przemyśleń dłużej zachowywać dla siebie, bo poprzez moje – i wasze – milczenie, w Polsce dzieją się dziś rzeczy tyle samo trudne do wyobrażenia i absurdalne, co niebezpieczne.

Jest w sporze między feministycznymi zwolenniczkami „mojej macicy”, a konserwatywnymi obrońcami „życia poczętego” jedna istotna i niemal zupełnie pomijana „rzecz”. Jest to sama kobieta i jej sytuacja życiowa. Nie tylko finansowa, ale przede wszystkim emocjonalna i społeczna. Bardzo mylą się ci, którzy uważają, że kobiety, podejmując decyzję o usunięciu ciąży, robią to bezmyślnie, bezrefleksyjnie, albo bez wglądu we własne sumienie. Ale empatii brakuje nie tylko po stronie twardogłowych polityków, chcących zmuszać nieletnie dzieci do rodzenia dzieci nawet z gwałtu, albo kobiety do utraty zdrowia lub życia z powodu niebezpiecznej ciąży. Feministki bywają równie daleko od zrozumienia tego, że niektóre osoby bardzo źle czują się z myślą o usuwaniu ciąży i jest dla nich niemiłe słuchanie o przedmiotowym traktowaniu płodów. Nie dlatego, że tak każe im Bóg czy partia, ale dlatego, że mieli (miały) dużo szczęścia, by czuć się z  ciążą bezpiecznie, prawidłowo i na własnym miejscu. By chcieć rodzić dzieci i świadomie się na to decydować. To właśnie z powodu swojej napastliwości, hasło „moja macica” przysłania realne problemy i powody przerywania ciąży, oraz odbiera empatię zwykłych ludzi w stosunku do porzuconych samym sobie kobiet i dziewczyn, zmuszonych do podjęcia decyzji o urodzeniu bądź aborcji.

Osobiście wolałabym, żeby kobiety przestały używać czy wręcz nadużywać agresywnych, wulgarnych haseł proaborcyjnych, za to bardzo chciałabym, żeby w dojrzałej kobiecej dyskusji o aborcji zaczęły szerzej pojawiać się mniej emocjonujące, poważniejsze i głębsze zagadnienia, takie jak:

  • Ogromna samotność dziewczyn i kobiet, które w nieplanowany sposób zachodzą w ciążę, często z powodu lekkomyślności i nieodpowiedzialności mężczyzn, którzy dla własnej przyjemności decydują się na nieprzerywany stosunek bez prezerwatywy.
  • Jeszcze większa samotność i strach dziewczyn i kobiet w przypadkach, w których nie mają wsparcia od swojej rodziny i otoczenia z powodu restrykcyjnych ograniczeń wiary i (dulskiej często) moralności.
  • Strach, przerażenie, niepewność i niewiedza kobiet i dziewczyn, które mają złą lub bardzo złą sytuację finansową i w perspektywie żadnego wsparcia ze strony państwa czy organizacji społecznych (bo te w Polsce praktycznie nie istnieją, albo same ledwie przędą).
  • Niekiedy wręcz paniczny lęk przed urodzeniem dziecka przez kobiety, które w dzieciństwie same doznawały przemocy lub terroru ze strony własnych rodziców (tutaj statystyki są zatrważające) i nie mają żadnych pozytywnych wzorców rodzicielstwa.
  • Strach przed urodzeniem dziecka kalekiego, któremu nie tyle trzeba będzie poświęcić cały swój czas, cel życia i pieniądze, ale przede wszystkim na którego cierpienie będzie się zmuszonym patrzeć każdego dnia w pełnej bezsilności.
  • Przemoc, jakiej doświadczają kobiety, wciąż w XXI wieku zmuszane do świadczenia usług małżeńskich swoim okropnym mężom, którzy robią im dziecko po dziecku, sześć, osiem, dziesięć. Bądźcie taką kobietą, nie usuwajcie dziesiątej ciąży, patrzcie jak wasze dzieci rosną w nędzy i zaznają brutalności…
  • Przemoc gwałtu i brak edukacji mężczyzn i chłopców w tym obszarze.
  • Silny, instynktowny, paniczny i wreszcie racjonalny strach przed utratą zdrowia i życia w przypadku ciąży zagrażającej kobiecie.

Zacznę od tego ostatniego, bo przecież w obecnej debacie o zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego, ten wzbudza najwięcej kontrowersji. Przecież Matka Natura nie stworzyła nas po to, byśmy chcieli umierać! Jedynym powodem do dobrowolnego umierania jest nasza ludzka skłonność do miłości i potrzeba chronienia bliskich. To jest jedyny powód, dla którego godzimy się na własną śmierć. Czy z ręką na sercu każda matka, zwłaszcza ta, którą wiadomość o ciąży wzięła z zaskoczenia, kocha swój płód od poczęcia? Ile z nas najpierw musiało borykać się z silnymi emocjami odrzucenia, niepewności, zmiany życiowych planów, by wreszcie całkowicie pokochać swoje przyszłe dziecko? Czy gdyby z urodzeniem dziecka wiązała się śmierć, na pewno każda dobrowolnie zdecydowałyby się na nią? A mężczyźni? Kim kim ja jestem, kim jesteście wy, by kazać komuś cierpieć, chorować, bądź umierać?

Wczoraj na Czarnym Proteście byłam z pięcioma kobietami, w wieku raczej już postrozrodczym, z których każda protestowała z innych pobudek, jednakże wszystkie nas łączyła wielka empatia do innych kobiet. Nie byłyśmy tam ze względu na siebie, ale na inne kobiety i dziewczyny. Trzy z nas były matkami, kochającymi swoje dzieci. Ja reprezentowałam samotną matkę, porzuconą przez mężczyznę, który nie podołał ojcostwu. Jedna z nas była matką dziecka niepełnosprawnego, na co dzień doświadczająca opuszczenia przez państwo i pomoc od kogokolwiek. Jedna zaś była siostrą kobiety, która w wysokiej ciąży dowiedziała się, że jej płód ma tak silną wadę serca i rozszczepienia ciała, że nie ma najmniejszych szans na przeżycie. Protestowała, bowiem obecne, jeszcze nie zaostrzone prawo antyaborcyjne, zmuszało jej siostrę do nieludzkich pięciu tygodni noszenia w sobie dziecka z wyrokiem śmierci. Pięć tygodni ta kobieta musiała czekać, aż zbierze się komisja, która wyda lub nie zezwolenie na aborcję! Czy ktoś z was wyobraża sobie, co ona i jej mąż w tym czasie przechodzili? W imię czego? Co gorsza, każdy z zastraszonych lekarzy, którzy konsultowali ciążę, półgębkiem przyznawało, że tylko w Polsce trzeba czekać na komisję – wszędzie w Europie taka ciąża natychmiast zostałaby usunięta. Tak, lekarze prowadzący badania prenatalne, ciąże, chirurdzy są zastraszeni i boją się już przy obecnym wyglądzie tej ustawy.

Dosyć często zdarza mi się brać udział w rozmaitych warsztatach, albo sesjach terapeutycznych, w których spotykam się z zagadnieniem aborcji. Nie widziałam jeszcze kobiety, której przerwanie ciąży, planowanej czy nie, przyszło jak machnięcie ręką. Decyzja taka zawsze wiążę się z silnymi emocjami, w czasie których kobieta musi zmierzyć się z najgłębszymi swoimi lękami, które często naznaczają ją na całe życie.

To przecież wtedy kobieta (i niestety zbyt rzadko mężczyzna) musi odpowiedzieć sobie na bardzo trudne pytanie: czy po urodzeniu jestem w stanie dać dziecku miłość, troskę i uwagę? Jak to się wydaje banalne, prawda? A jednak – jak wielki procent kobiet i zresztą mężczyzn również, pochodzi w Polsce z rodzin toksycznych? Niewiele osób, a już z pewnością nie niewrażliwi parlamentarzyści, nieraz sami niekoniecznie idealni rodzice, zastanawia się nad tym, jak to jest nie mieć żadnych pozytywnych wzorców rodzica i musieć urodzić. Jak to jest nie mieć pojęcia co dalej po urodzeniu, skoro relacje z rodzicami sprawiały tylko ból tak nieznośny, że ledwie radzą sobie z własnymi fobiami czy emocjonalnym poplątaniem? Kiedy energii ledwie starcza na ogarnięcie własnej dziwacznej rzeczywistości? Czy kobieta, która za matkę miała emocjonalnego potwora tak łatwo zdecyduje się na urodzenie dziecka? A co, jeśli sama zostanie takim samym potworem, bo inaczej nie potrafi?

Co z kobietami i mężczyznami, którzy nigdy nie dostali od rodziców tego, czego potrzebowali, i choć są już dorośli, nadal nie mają zaspokojonych podstawowych potrzeb emocjonalnych? Nadal nie są kochani, akceptowani, nadal nikt w nich nie wierzy? Ledwie są w stanie ponieść odpowiedzialność za swoje życie, a co dopiero za nowo poczęte?

Co z innej strony z tymi kobietami, które w historii swojego rodu mają traumatyczne doświadczenia utraty dzieci, śmierci, wypadków, licznych poronień? Takie kobiety będą panicznie bały się zajść w ciążę, bo mają w genach, w swoim polu morficznym zapisaną informację o ogromnej stracie i bólu, wobec której nie warto podejmować prób. Widziałam wiele takich kobiet. Cała ich podświadomość woła o tym, że ciąża to śmiertelne niebezpieczeństwo, którego nie można się podjąć. Wiele z nich rezygnuje z rodzicielstwa już na etapie, kiedy istnieje prawdopodobieństwo zajścia w ciążę.

Aborcje nie powinny mieć miejsca, zgadzam się. Ale aborcje nie będą miały miejsca dopiero wtedy, gdy żaden mężczyzna nie będzie brał kobiety gwałtem, zamiast wierzyć, że one same tego pragną. Gdy dzieci w szkole będzie uczyło się jak uprawiać bezpieczny seks, zamiast udawać, że go nie uprawiają i zabraniać im go. Gdy wszystkie dziewczyny i kobiety będą otoczone miłością i wsparciem swoich rodzin i państwa. Nie będzie również aborcji w świecie, w którym nie zastrasza się dziewczyn i kobiet za to, że uprawiają nieślubny seks, że zachodzą w ciąże nieplanowane, że rodzą dzieci nie w tym momencie, w którym trzeba bądź wypada. Nie będzie ich, gdy mężczyźni będą na równi zaangażowani w rodzicielstwo i gdy przejmą co najmniej przyzwoitą część rodzicielskich obowiązków. Ani nie będzie ich, gdy kobiety nie będą zagrożone utratą pracy, pozycji i wręcz dachu nad głową. Gdy nie będą musiały się spowiadać z „grzesznego poczęcia”. Gdy będą zwyczajnie szanowane – one, ich ciąża i ich przyszłe dzieci…

Kiedy znajome z FB zmieniały swoje zdjęcia w ramach Czarnego Protestu, cały czas myślałam o tej mojej fotografii. Zrobił ją w 2003 r. nieżyjący już Grzesiu Mucha, podczas jednej z całonocnych dysput. Myślałam o niej właśnie, bo to w tamtym czasie goliłam włosy na krótko, ubierałam się na czarno i po męsku dlatego, że pracując w PAN, ciągle byłam narażana na docinki i kpiny ze strony męskich kolegów, doktorów, profesorów. Oddam sprawiedliwe, nie wszyscy sądzili, że pragnę zrobić karierę przez łóżko, ale było tego na tyle dużo, że musiałam stale protestować. Udało się, po jakimś czasie zaczęli mnie szanować.

Kiedy znajome z FB zmieniały swoje zdjęcia w ramach Czarnego Protestu, cały czas myślałam o tej mojej fotografii. Zrobił ją w 2003 r. nieżyjący już Grzesiu Mucha, podczas jednej z całonocnych dysput. Myślałam o niej właśnie, bo to w tamtym czasie goliłam włosy na krótko, ubierałam się na czarno i po męsku dlatego, że pracując w PAN, ciągle byłam narażana na docinki i kpiny ze strony męskich kolegów, doktorów, profesorów. Oddam sprawiedliwe, nie wszyscy sądzili, że pragnę zrobić karierę przez łóżko, ale było tego na tyle dużo, że musiałam stale protestować. Udało się, po jakimś czasie zaczęli mnie szanować.

Wiecie, co było okropnie słabe, kiedy sama byłam młodą, dwudziestodwuletnią matką? Że społeczeństwo patrzyło na mnie już nie tyle bez wsparcia, ile z wyższością, pogardą i z potępieniem. Oczywiście nie ugięłam się pod tym, nie przerwałam studiów, nie porzuciłam swojego dziecka, nie oddałam go na wychowanie do rodziców, ani nawet nigdy nie zrezygnowałam z rzeczy, które pragnęłam robić, ale jakże doskonale rozumiem dziewczyny, które nie są w stanie udźwignąć tak ogromnego ciężaru i napiętnowania w naszym opresyjnym, katolickim społeczeństwie. A to przecież młode dziewczyny i kobiety dokonują najwięcej aborcji.

Mnie stosunkowo łatwo było samotnie urodzić dziecko, bo oba moje rody po mieczu i kądzieli były wielodzietne, i kiedy rodziłam swoje dziecko, cała moja głowa mówiła mi, że ok, dzieci się rodzi, dzieci są bezpieczne, dzieci się kocha, z dzieckiem sobie dam radę. Jestem najstarsza z piątki rodzeństwa i zajmowanie się własnym dzieckiem było jak zajmowanie się młodszymi. Mój partner nie miał takiego szczęścia. Był jedynakiem, porzuconym wcześnie przez oboje rodziców. Wieść o ojcostwie zwyczajnie go przeraziła. Ja nie musiałam stawać przed decyzją „rodzić, czy nie”, bo nie miałam opcji na „nie” wdrukowanej w swoją podświadomość, jakże jednak łatwo jestem w stanie sobie wyobrazić powody, dla których porzucane przez sprawców zamieszania dziewczyny decydują się na usunięcie ciąży. Bycie samotną matką w tym kraju jest ogromnie ciężkie i to nie tylko finansowo. Cierpieliśmy z synem chroniczne niedojadanie, ja wręcz dosłowny głód, podczas gdy pomocy od państwa nie było żadnej. Ustawa 500+ również pomija takie matki jak ja. Właściwie gdyby nie pomoc mojej rodziny, wcale nie wiem jak przetrwałabym tamten okres.

A co dzieje się u dziewczyn, które takiego wsparcia nie mają? Zwyczajne piekło. Presja i strach są tak ogromne, że ranią na całe życie. Moja nieślubna, niechciana i samotna ciąża prowokowała ludzi w moim otoczeniu do mówienia takich rzeczy jak – cytuję dokładnie, bo znam na pamięć – „lepiej trzymać w domu kupę gnoju niż niewydaną córkę”. Że moja mama miała spłonąć w piekle za moje nieślubne dziecko, to już chyba mówić nie muszę. Gdyby jednak nie całkowita wewnętrzna pewność, że cokolwiek bym nie zrobiła, moja rodzina się mnie nie wyrzeknie, nie zamknie przede mną drzwi, czy byłabym w stanie urodzić dziecko? Nie wiem. Nie sądzę. Nawet mając za plecami rodzinę i doświadczenie w opiece nad dziećmi, byłam więcej niż przerażona, a moje życie nie było łatwe. Skończyłam studia i zostałam bez stypendium, bez pracy, bez dachu nad głową, za to z dwudziestomiesięcznym dzieckiem. Jadłam tyle, ile udało mi się przywieźć w plecaku od mamy, albo to, czym karmili mnie przyjaciele. Mieszkałam w starym, zapleśniałym jednoizbowym domku, w którym niedawno po wielu latach cierpienia zmarła starsza pani. Wszystko nią śmierdziało. Wytrzymałam tamten okres tylko dlatego, że moja mama była ogromnie silną kobietą i nauczyła mnie dźwigać na swoich barkach więcej niż można znieść. Ale czy sądzicie, że tamten okres nie odcisnął piętna na moim życiu? Wystarczy spojrzeć na moją twarz, by zobaczyć głębokie bruzdy tamtych przeżyć.

Co wobec tego dzieje się z dziewczynami, które usuwają ciąże, bo nikt im nie dał siły mojej matki do pokonywania trudów życia?

Kuriozalne dla mnie jest to, że ciągle i ciągle od nowa ktoś usiłuje przeforsować ustawę, która zakazuje całkowitej aborcji, jednocześnie tak ogromnie piętnując życie młodych ludzi, albo kobiet w ciężkiej sytuacji finansowej, które jednak zdecydują się urodzić. Te same dewotki i dewoci, którzy chcą oczy wydrapać w obronie życia poczętego, otwarcie plują na młode czy samotne matki i w poważaniu mają życie już narodzone. Chcecie dowodów? Mogę palcem pokazać. Ale to przecież nie o pokazywanie chodzi.

Chodzi o to, że jeśli nie chcemy aborcji, musimy zatroszczyć się o owo życie narodzone i o te z kobiet i dziewczyn, które decydują się urodzić. Trzeba pomóc stworzyć im warunki do tego rodzenia. Trzeba częściej zaglądać do Domów Dziecka, adoptować, albo wspomagać Rodziny Zastępcze. Oraz absolutnie należy stworzyć większą pomoc i opiekę nad dziećmi niepełnosprawnymi! Te rodziny są porzucone, często wyklęte i wiem, co mówię, bo mój najmłodszy brat miał Downa. Tymczasem odnoszę wciąż i wciąż wrażenie, że tyle emocjonalnego hałasu robi się o coś, czego nikt nie stara się nawet zrozumieć.

Niedawno usłyszałam od Agnieszki Holland w TokFM dobre zdanie, że wszystkim nam zależy, żeby aborcji było jak najmniej, ale że stawianie życia i zdrowia kobiety poniżej wartości kilkutygodniowego zarodka nie może mieć miejsca. Ja też bardzo chciałabym, żeby aborcji było jak najmniej, ale chciałabym, żeby wynikało to ze świadomej pracy społecznej z kobietami i dziewczynkami, nad ich poczuciem własnej wartości, poczuciem bezpieczeństwa, również nad ich finansową samodzielnością.

Ogromnie ważne jest nauczenie konserwatywnej części społeczeństwa, owych ojców i matek, że nie mogą, nie mają prawa wychowywać swoich dzieci w strachu przed cielesnością. Że nie mogą wyrzekać się swoich dzieci, które zachodzą w ciążę, bo oni spieprzyli edukację seksualną i nie mogą tak śmiertelnie straszyć swoje córki, żeby w skrytości i z przerażenia przed rodzicami nielegalnie usuwały ciąże.

Naprawdę tych aborcji byłoby mniej, gdyby nie rodzice! Nie znam w swoim otoczeniu ani jednego przypadku usunięcia ciąży dla kariery czy komfortu. Znam wyłącznie takie, kiedy młodsze dziewczyny umierały z przerażenia przed rodzicami, a starsze były przekonane o swojej niemożności zostania kochającym, dającym rodzicem.

Uzdrówmy własne rodziny, a uzdrowimy problem aborcji.

Bardzo mocno siedzi we mnie nie tak dawne zdarzenie w moim sąsiedztwie. Mieszkam na piętrze domu, do którego wejście jest tylko przez zamykaną klatkę schodową. Pewnego dnia o świcie obudziły mnie jakieś dziwne głosy. Idąc za nimi, wyszłam na swój taras, znajdujący się prawie cztery metry nad ziemią. Na tarasie stała naga dziewczyna, jak się potem okazało dokładnie w wieku mojego syna, która z obłędem w oczach i wzniesionymi ku niebu oczami w kółko wykrzykiwała „Zdrowaś Maryjo, módl się za nami grzesznymi”. Kiedy nie rozumiejąc jak się tu znalazła i co robi, podeszłam do niej, kopnęła mnie, a potem przebiegła przez cały duży taras i skoczyła…

Najpierw usłyszałam trzask, a potem nastała cisza. To było te trzydzieści sekund ciszy, podczas których byłam pewna, że uderzyła głową o murek ogrodzenia i umarła. Pragnę, żeby tę chwilę zamiast mnie, przeżył jej ojciec. Bo okazało się, że się zjarała ze swoim chłopakiem trawą, a kiedy doszło do intymności, wyskoczyła przez okno jego pokoju, wskoczyła jakimś nadprzyrodzonym cudem na prawie trzymetrowy mur, a potem skoczyła dokądś, dokąd prowadziły ją przepalone obwody wystraszonego umysłu. Dwóch pielęgniarzy, dwóch policjantów i dwa zastrzyki nie były w stanie ułożyć jej, krzyczącej w kółko „módl się za nami grzesznymi!” na noszach. Dopiero kiedy jeden z policjantów powiedział do niej: „A. nie bój się, NIE SPŁONIESZ W PIEKLE”, dopiero wtedy się wyciszyła na tyle, by dać się zapiąć. A ja dałabym wszystko, żeby to jej ojciec i jej matka, którzy potem przyjechali do szpitala z awanturą, byli przy tym i patrzyli, jak czterech silnych i wielkich facetów szarpie się z młodą nagą dziewczyną, pewną tego, że spłonie w piekle, bo znalazła się w łóżku z chłopakiem.

To nie jest obraz, którego łatwo pozbyć się z głowy. Wyobrażacie sobie, że taka dziewczyna zachodzi w nieślubną, nieplanowaną ciążę i rodzi bez obaw? Jedyne co przychodziło mi do głowy, gdy na to nagie, obłąkane ze strachu dziecko w wieku mojego dziecka patrzyłam, było: jakim prawem?! Jakim prawem ojcze, matko zrobiliście jej taką sieczkę z głowy?!

Nauczmy się najpierw kochać i wspierać żywych, a potem walczmy o nienarodzonych. Bo jeśli będziemy kochać i wspierać żywych, z pewnością oni będą rodzić chętnie i z miłością, dlatego że będą czuć i rozumieć, że dzieci są prawdziwym dobrem i szczęściem.

A my, drogie kobiety, zamiast krzyczeć „moja macica”, rozmawiajmy o przemocy i o odpowiedzialności z mężczyznami i chłopcami. Mówmy głośno o tym, czego doświadczamy, bo jakże często całe nasze wyzwolenie kończy się tam, gdzie zaczyna ryzyko utraty pracy czy pozycji czy dóbr materialnych, wnoszonych do małżeństwa przez męża. Ciężar dyskusji nie tutaj powinien leżeć. Kobiety dokonujące aborcji podejmują często ciężkie decyzje, i o ile powinno się im na to pozwolić, o tyle samo powinno się je wspierać w tych chwilach, rozmawiać z nimi i z całą pewnością nie można ich obwiniać, sprawiać, by czuły się ze swoim (naprawdę trudnym) wyborem źle i winione przez resztę życia za coś, czego dokonały nie widząc innego wyjścia.

Dopiero kiedy społecznie obie płcie będą szanować siebie i siebie nawzajem, kiedy będziemy mieć w sobie wsparcie i akceptację, i kiedy nieplanowana ciąża nie będzie wiązać się wyłącznie z przerażeniem „Co dalej?!”, liczba aborcji spadnie. Nie da się ograniczyć problemu aborcji samym, nawet najbardziej restrykcyjnym zakazem. Kraje, w których ustawa antyaborcyjna jest zaostrzona, dobitnie to pokazują. Kobiety powinny mieć wybór. Być może regulowany, być może nie całkiem ułatwiony, ale jednak wybór. Przede wszystkim zaś powinny być otoczone wsparciem i poczuciem bezpieczeństwa, bo z pewnością nie pomaga im w podjęciu decyzji za urodzeniem okrucieństwo poniżania ich za sam z siebie trudny wybór. Wsparcie, terapia, miłość, pomoc – to my, kobiety powinnyśmy sobie nawzajem dawać, oprócz wyraźnego stawiania granic i mówienia „nie” mężczyznom, mężom, synom, politykom i duchownym.

Warto zerknąć tutaj i poznać się z opinią feministy.

PS. Uważajcie na hejt. Będę go bezwzględnie kasować.