Rano, jak tylko otwieram oczy, odpalam fejsa w smartfonie. Poranny przegląd prasy, jeszcze przed kawą. Dziś moją uwagę przykuł przekorny artykuł Wojciecha Eichelbergera o kobiecej furii. Uwielbiam gościa od lat i czytuję, jeśli mi coś wpadnie w ręce, więc i tym razem wskoczyłam w to bez zastanowienia. Eichelberger nie mówi nic o kobiecej furii, mówi za to o wszystkim, czym furia nie jest i być nie może. Bo kobiety nie powinny. Albo kobiety powinny…

Litania ciągnie się i ciągnie. Najpierw się śmiałam. Potem uśmiechałam. A potem przestało mi być do śmiechu. Trafił w punkt, aż zabolało.

Bo w gruncie rzeczy ma rację i wcale nie przesadza. Przecież właśnie takimi kobietami-dziewczynkami miałyśmy być, i ślad tego zostaje w nas na zawsze, czy świadomie żyjemy zgodnie ze schematem, czy w jego zaprzeczeniu. Ja żyję w zaprzeczeniu, ale ile mnie to kosztuje, albo kosztowało w przeszłości? Dowiedzieć się, czego chcę, i że chcę tego naprawdę. I czego nie chcę naprawdę, a nie dlatego, że tak nakazywała tradycja, w której byłam wychowana. Na przykład odróżnić swoje od nieswojego, od tego właśnie wdrukowanego wszystkimi powinnościami i zakazami. Albo też robić to, co ja uważam za właściwe dla siebie, podejmować decyzje, zgodne ze sobą.

Och, to ostatnie jest najgorsze! Decyzyjność to coś tak trudnego, jak całe samodzielne, dorosłe życie. Przecież podejmowanie decyzji zawsze waży nie tylko na moim życiu, ale i na życiu innych. Przecież nie mogę myśleć o sobie, muszę myśleć o innych, nawet kiedy oni wcale nie myślą o mnie…

Kiedy jest się grzeczną dziewczynką, najtrudniejsze jest nauczenie się myślenia o sobie i swoich prawdziwych potrzebach.

A ile z nas potrafi tak naprawdę postawić zdrowe granice?

Wiele już lat rozmyślam nad tym, co to znaczy kobiece i męskie? Co tradycyjnie jest podzielone i przydzielone do kobiecego i męskiego, a co należy do męskiego i kobiecego z natury? I w sumie zawsze wychodzi mi, że najważniejsze jest to, co ludzkie. To, co powoduje, że jesteśmy ludźmi, dobrymi, uczciwymi, ale też silnymi, niezależnymi, wolnymi wewnętrznie. Płeć jest trochę jak kolor oczu, budowa ciała, albo wrodzone talenty. Daje pewne możliwości, których aż za często się wypieramy w imię tych właśnie tradycyjnych czy kulturowych schematów. A po co?

Ani kobiety, ani mężczyźni nie powinni o drugiej płci myśleć w kategoriach stereotypów, albo powinności. Dużo jest na tym polu przepychanek. Całe dwudzieste stulecie to walka o równouprawnienie kobiet – i całe szczęście! Bez emancypacji, bez feminizmu, a nawet bez jego walczącej, często agresywnej formy, dzisiejszy świat nie posunąłby się tak do przodu w stronę większej równowagi. Ale też przyszedł moment, w którym ruchy wyzwolenia kobiet powinny stopniowo poddawać się autorefleksji. Choć wciąż mają wiele, aż za wiele do zdziałania i na cywilizowanej prowincji i w krajach o kulturowo umocnionym patriarchacie, brutalnie poniżającym i niebezpiecznym dla kobiet, wiele się przecież zmieniło. Każde kolejne pokolenie na Zachodzie z łatwością to widzi i odczuwa.

Sądzę, że przyszedł ten czas, kiedy możemy wrócić do archetypicznej „dzikiej kobiety” i „dzikiego mężczyzny”, postrzeganych w kategoriach naszych wewnętrznych Mędrców (pojęcie za etnolożką i psycholożką Clarissą Pinkolą Estés z Biegnąca z wilkami).

Jest to czas, by zacząć żyć nie tyle w zaprzeczeniu do norm społecznych czy uwarunkowań kulturowych, ale w zgodzie z własnym wnętrzem i cyklami natury. Również w zgodzie z innymi, ale nie w uległości do nich, czy do tradycyjnych zobowiązań.

Kiedyś w rozmowie, starszy ode mnie o jakieś pół pokolenia Zbyszek, od kilku już dziesięcioleci ekolog i feminista, powiedział mi o swoim doświadczeniu feminizmu, jako swego rodzaju pułapki emocjonalnej i międzyludzkiej. Powiedział, że pomiędzy korzyściami, feminizm wyrządził kobietom szkodę poprzez wmówienie im, że są w stanie w pełni zrealizować się na wszystkich trzech polach życia na raz – w związku, w rodzicielstwie i w karierze. Jego zdaniem, osiągnięcie pełni w tych trzech gałęziach jednocześnie jest niemożliwe (zresztą dla obu płci), bo jeśli jesteś doskonałą partnerką i matką, to nie masz czasu na biznes, jeśli prowadzisz świetny biznes i chcesz być cudowną partnerką, to dzieci na tym cierpią, a jeśli prowadzisz biznes i w pełni oddajesz się dzieciom – nie ma szans na zadowolenie partnera. Jego refleksja prowadziła ku temu, że on sam, będąc w bardzo udanym zresztą związku, kochając swoje dzieci i poświęcając im czas, nie jest w stanie zarobić tylu pieniędzy, ile by chciał. Jeśli zaś stara się zarobić więcej – natychmiast odbija się to na dzieciach albo żonie. Całe życie ufał ideom feminizmu, że kobieta samostanowi o sobie, swoim ciele i swoim życiu, a więc nie tylko ma prawo, ale i powinna realizować się w trzech dziedzinach jednocześnie. Tym się zawsze kierował w swoich wyborach, co często prowadziło do różnych nieszczęść. Faktycznie znam wiele kobiet (a i mnie do pewnego momentu życia pewnie można by podać za dobry przykład), które usiłując złapać trzy sroki za ogony, tylko zaharowały się na śmierć, kończąc i tak na niepowodzeniu w przynajmniej jednej z tych dziedzin, najczęściej w związku.

To, co umknęło Zbyszkowi, a w czym ja widzę wielki sens, to współdzielenie ze sobą tych trzech obszarów, albo też świadome zrezygnowanie z jednego z nich (np. dziecka, albo większego biznesu) przez obie strony. Ale tu mężczyźni do przepracowania mają temat utrzymywania rodziny – kiedy decydują się na zaangażowanie w ojcostwo, mogą oddać czas na zarabianie partnerkom bez poczucia winy czy umniejszania swojej męskości.

Jeśli rację ma Zbyszek, a przypuszczam, że faktycznie ma, i dla jednej osoby nie jest możliwa pełna mobilizacja na trzech polach, to tak, jak kobiety zrezygnowały z całkowitego poświęcenia się mężom i dzieciom, tak i mężczyźni mogą i pewnie powinni zrezygnować z wyobrażania i identyfikowania siebie i swojej męskości poprzez wyłącznie zarobki. Oczywiście w przypadku, jeśli faktycznie oddadzą część swojego życia, czasu i uwagi dzieciom. Bo jeśli tylko zmienią się w wałkoni, to raczej nie zbudują na tym trwałej, dobrej i wartościowej relacji z żonami, które będą zmuszone poza pracą zajmować się dziećmi, czyli nie zdołają być fajnymi partnerkami. W XXI wieku powinno przestać być dla mężczyzn straszne, że kobiety też potrafią zarabiać, albo że zarabiają więcej od nich. Ta psychoza w jedną i w drugą stronę mogłaby się skończyć. Podobnie, jak psychoza, że kobieta musi urodzić dziecko, żeby mieć jakąkolwiek wartość.

Chodziłoby więc o dążenie do budowania modelu związku, w którym nikt nie rezerwuje ściśle określonej funkcji tylko i wyłącznie dla jednej płci, albo nawet dla jednej osoby w związku. Trójpodział – związek, rodzicielstwo, praca – mógłby pewnie być współdzielony, przynajmniej tam, gdzie mamy luźniejsze godziny pracy, albo jesteśmy w stanie ogarniać rzeczywistość na wymianę. Najważniejsze jest nie to, kto co robi, jak czy za ile, ale że daje z siebie możliwie dużo i według zapotrzebowania, bez obarczania siebie i drugiej strony winą za to, że nie jest Superhero. Albo Superherołką.

W związku najważniejsze są dopasowanie, miłość, wzajemne wsparcie i zrozumienie, a nie funkcje płciowe czy społeczne.

Odnoszę wrażenie, że w momencie, kiedy skończy się walka płci, a zacznie normalna, zwykła współpraca i porozumienie, zaczną się też normalne związki i szczęśliwe dzieciństwa kolejnych pokoleń. Że w pewnym sensie nie bardzo jest możliwe ciągnięcie takich czy innych płciowych ról, przynajmniej w naszym zachodnim świecie, bo mamy już za sobą doświadczenie feminizmu. Nie do końca wyobrażam sobie, że któremuś z moich męskich rówieśników przyszłoby do głowy, żeby wymagać ode mnie zachowań takich, jak wylicza je Eichelberger, choć ja sama nawyki z części z nich nadal w sobie przepracowuję.

Nie wyobrażam sobie tego zwłaszcza od czasu, kiedy moja góralska mama, odpoczywając w łóżku w niedzielę, odpowiedziała tacie, który spytał o obiad: „Wiesz co, Józek, a w Superniani mówili, że nie tylko kobieta powinna obsługiwać męża, ale że mąż też coś czasem powinien dla żony zrobić. Ja bym się napiła herbaty”…

Pamiętajcie proszę o lajkach i szerach.

Hayao Miyazaki, Księżniczka Mononoke, 1997. Jedna z najpiękniejszych i najmądrzejszych anime na świecie.

Hayao Miyazaki, Księżniczka Mononoke, 1997. Jedna z najpiękniejszych i najmądrzejszych anime na świecie.