Pomyślałam, że kobieta tak związana z internetem jak postać z mojej książki, Bazylia von Wilchek, z całą pewnością opublikowałaby coś z okazji Dnia Kobiet. Byłby to fragment związany z wewnętrzną siłą, wspierającą kobiety w ich samostanowieniu. Coś, co nawiązywałoby do woli, pierwotnej, nieograniczonej witalności, doświadczenia i mądrości, które wszystkie w sobie nosimy.

Bazylia przedstawiłaby obraz kobiety nieskrępowanej takiej, która naprawdę rozumie, gdzie jest należne jej w społeczeństwie miejsce. Już nie tej kobiety, która musi wyrywać się z pęt niewoli, wciąż walczącej o fundamentalne prawa.

Bazylia chciałaby widzieć swoje siostry świadome własnej siły, żyjące w pełnej harmonii ze sobą i światem, pewne tego, kim są i czego pragną.

Dlatego dziś w imieniu mojej bohaterki, udostępnię jeden z ulubionych fragmentów, Włosy Bazylii von Wilchek. Obyśmy wszystkie odnalazły swoją prawdziwą kobiecą siłę.

Włosy Bazylii von Wilchek

Bazylia von Wilchek zabawiła całe pięć majowych dni w niezwykle pięknym otoczeniu przyrody. Siedząc na tarasie widokowym, opaliła się tak bardzo, że czterokrotnie zeszła z niej cała skóra. Przydało się to po długim zimowym sezonie, który spędziła na Alasce, gdzie badała życie dzikich wilków. W tym czasie wzięła też udział w kilku zawodach psich zaprzęgów i dwa najważniejsze z nich wygrała. Podczas trzeciego zajęła trzecie miejsce, ponieważ złapała ją okropna śnieżyca i straciła głos od przekrzykiwania wiatru. Ciągle jeszcze dokuczała jej lekka chrypka, na którą nie miała czasu zwracać uwagi.

Mijał piąty dzień pobytu w pensjonacie, gdy lunął rzęsisty deszcz, który zmył z Bazylii wszystkie cztery warstwy schodzącej skóry. Dopiero po kilku godzinach tego naturalnego prysznica poczuła się wystarczająco odświeżona. Jej ciało wreszcie nasyciło się witaminą D i wiosennie orzeźwiło.

Stanęła całkiem naga przed lustrem i bardzo dokładnie się sobie przyjrzała. Tak, skóra znowu zrobiła się cudownie ożywiona, rześka i idealnie gładka. Przyczyniła się do tego odpowiednia dieta złożona z dużych ilości pachnących nowalijek. Porastały całe nasłonecznione zbocze pod pensjonatem, gdzie Bazylia chętnie myszkowała.

Na koniec popatrzyła na swoje lśniące, kruczoczarne włosy. Urosły przez te dni do samej ziemi i wyglądały, jakby zaraz miały w nią wrosnąć i się ukorzenić.

– Oho – szepnęła konspiracyjnie.

Szybko złapała z walizy spore żelazne nożyce. Jako mała dziewczynka raz podejrzała babkę, która tuż przed śmiercią zamknęła się na trzy dni w swoich komnatach. Spędziła je w samotności na rozmyślaniach. Ostatniego dnia Bazylka zerknęła przez dziurkę od klucza. Zobaczyła babkę trzymającą w jednej garści bardzo długie, żywe, wijące się włosy, w drugiej zaś nożyce. Trochę to przeraziło Bazylkę, a trochę zafascynowało. Dlatego instynktownie zatrzymała nożyce, a teraz się z nimi nie rozstawała. Jej własne włosy potrzebę ukorzenienia zaczęły przejawiać bardzo późno ‒ dopiero wtedy, gdy przeżyła silny zawód miłosny.

Bazylia musiała ściąć je znienacka. Gdyby jakimś cudem zorientowały się, co planuje, późniejsza fryzura za nic by się układała. Przerabiała to już parokrotnie. Trzeba było działać szybko i bez namysłu. Kilka zdecydowanych cięć na wysokości łopatek i już wyrastająca z głowy aż do ziemi chęć zakorzenienia się zniknęła, jak ręką odjął. Bazylia nie miała pojęcia, w jakich sytuacjach rosły włosy babce – w jej przypadku działo się to zawsze, ilekroć ogarniały ją silne emocje, po których odrobinę dłużej zostawała w pięknym, przepełnionym harmonią miejscu. Jakby poprzez włosy wyrażała się jej podświadoma potrzeba, by osiąść gdzieś na stałe.

Nie mogła na to teraz pozwolić. Raz, prawdziwym celem jej podróży były odległe Himalaje. Dwa, miała przecież swoją ukochaną Latarnię na Klifie. Trzy, frustracja z powodu nudnego sterowania pojazdem nie była wystarczającym powodem do zaniechania dalszej jazdy. Nie mogła przecież powiedzieć, że monotonia podróży wywołuje w niej jakiekolwiek emocje, dlatego zaczęła podejrzewać się o to, że zwyczajnie obawia się trudnej misji i usiłuje jej uniknąć. Oraz cztery, nawet jeśli pominąć zmuszające ją do stałego ruchu misje, sama wolała zwiedzać coraz to nowe, piękne miejsca, niż zakorzenić się w jednym, bodaj najpiękniejszym.

Po raz ostatni wyszła na taras widokowy, by rzucić okiem na rozkwitłą nad doliną tęczę, której czubka prawie mogła dotknąć. Głęboko odetchnęła i potakując sama sobie, powiedziała:

– Zdecydowanie pora ruszać w drogę.

Z walizą w jednej ręce i ze ściętymi włosami w drugiej, Bazylia wyszła przed pensjonat. Walizę wstawiła do pojazdu, ale włosy, które nadal były żywe, musiała gdzieś zakopać. Przekonała się już, że wyrastają z nich różne lokalne odmiany drzew i krzewów owocowych. Raz w Piemoncie wyrosła nawet cała winnica, z której pochodziło świetne wino.

Nauczona doświadczeniem, ruszyła w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. Musiało być dobrze nasłonecznione, osłonięte przed wiatrem i na tyle oddalone od lasu, by przyszłe drzewko mogło wyrosnąć silne i zdrowe. Bazylia miała nadzieję, że tym razem będzie to czarny bez. Nieopodal pensjonatu mieszkał mistrz lokalnych nalewek. Hrabina bardzo ceniła sobie jego nalewki, zwłaszcza te z czarnego bzu. Uwielbiała je sączyć zimowymi wieczorami przy kominku w gabinecie. A że rzadko bywała w Latarni, mogła pochwalić się kolekcją bardzo starych roczników, które w każdym innym domu dawno zostały wypite, a nawet zapomniane.

Wreszcie znalazła odpowiednie miejsce i zakopała rwące się do życia włosy, a gdy podniosła się z ziemi, zauważyła, że powrotną drogę do pojazdu zastępuje duży kot. Był biały, puszysty i miał błękitne oczy. Siedział i w milczeniu oraz ze zwykłą kocią wyniosłością przyglądał się Bazylii.

Włosy Bazylii von Wilchek

Barbara Iwańska, Włosy Bazylii von Wilchek, ilustracja do Sto siedemdziesiąta pierwsza podróż Bazylii von Wilchek, 2017.