Ech, Służąca Chan-wook Parka (2016) to kawał przyjemnie niepokojącego Kina. Dużo pięknego kobiecego seksu, obleśni i zboczeni faceci, emocje, wyszukane perwersyjne intrygi, niespodziewane zwroty akcji, wysmakowane wizualnie sceny – czyli Chan-wook Park w pełnej krasie.

Tylko dla miłośników twardego azjatyckiego kina, przy którym europejsko-amerykańska pornografia jest jak uczennica w spódniczce, tyle że zezowata, z pryszczami i o krzywych nogach. Jak to u niego jest dużo brutalnej przemocy, jednak i tym razem Chan-wook nie odmawia siły przedmiotowo traktowanym osobom (tu kobietom). Choć jeśli ktoś obejrzał Oldboya, Pana i Panią Zemstę, to nic go w Służącej nie wstrząśnie. Raczej otrzyma przyjemną, choć bardzo niewygodną wisienkę do smakowania i schodzenia w czarowne otchłanie piekła, gdzie słabi są mocni, a mocni (jedni z klasą, inni bez) przegrywają.

the-handmaiden-korean-japan-2016-0m1b09l4W stosunku do pierwszego miniserialu BBC, Złodziejka, film całą opowieść winduje z pokładów naiwności i lukru w górę. Uwierzytelnia postaci, szczególnie arystokratkę Hideko, ładnie je między sobą kontrastując. Historia przypadkowej miłości dwóch kobiet zyskuje sporo mięsa, pieprzu i psychologicznej wiarygodności. Długie i całkiem nagie sceny łóżkowe są tak wystylizowane, że chyba nawet zajadli homofobi zamilkną.

Wydaje się, że i tym razem Chan-wook mówi: ciemiężeni powstaną i mimo opresji znajdą siłę, która wsparta miłością, wygra. Strzeżcie się zatem źli i niegodni.

Edit: Męczyło mnie przez kilka dni wspomnienie The Pillow Book Greenawaya. Pewnie ze względu na połączenie azjatyckiej perwersji seksualnej z książkami. Zobaczyłam no i nie wiem. It’s so 90’s… Ciekawe, że każde dziesięciolecie ma swoją własną, odrębną poetykę. Trudno uwierzyć, ale ten obraz ma już okrągłe dwadzieścia lat. Postarzał się, szczególnie w sferze eksperymentu z kamerą, ale z drugiej strony broni się nadal wizyjnością, liryzmem, próbą uchwycenia tego, co nieuchwytne. Z The Handmaiden Parka nie ma zbyt wiele wspólnego, choć mimo wszystko ma. Tyle że teraz chce mi się wrócić do Greenawaya i zobaczyć inne obrazy, a szczególnie ten, który kiedyś zrobił na mnie największe wrażenie, czyli Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek.