Wstałam, ugotowałam hreczkę z warzywami na ostro, zrobiłam kawę i… znalazłam nocny wpis na fejsie. Żeby go znaleźć, musiałam najpierw zgubić, a zgubiłam nie dlatego, żebym spita była nadmiernie, a z ogólnej sklerozy, jaka mi w życiu dokucza od małego. Jak nie zapiszę od razu, to nie zapamiętam, jak zapiszę to i tak zapomnę.

Jakaś 4 rano. Wracam z urodzin Janickiego. Ładnie jest, niebo nie przejrzyste, ale rąbek księżyca wciąż jeszcze dowidzam, zastanawiając się, czy nie potrzebne mi okulary na odległość. Istnieje najwyraźniej jakaś część świata, której nie chcę widzieć i wypieram wzrokiem. Pod Jubilatem przechodzę na czerwonych. Dwóch chłopaków z piwem w rękach woła przez ulicę: „Niech pani uważa, tutaj grasuje policja, wlepią pani mandat. Ale nie – dodaje ten bardziej łysy – pani nie wlepią, bo pani jest bardzo ładna”.

Przyjmuję na klatę zarówno komplement, jak i swój wiek, który odstrasza ich od bezpośredniości i odmachuję na pożegnanie. Na przystanku para się ściska, więc nie podchodzę. Mam jeszcze kilka minut do autobusu. Za wcześnie wyszłam. W kieszeni zmięta czarna serwetka z Mercy Brown.

A, no bo to w Mercy Brown były urodziny Kuby Janickiego. Tego samego krakowskiego miłego rozrabiaki od hashtagu #codziszjejanicki, kiedyś od Kontretykiety, a ostatnio od Kukbuka. Nie chce mi się z Mercy pisać normalnej recenzji, bo co za przyjemność iść na dobre drinki, a potem o tym pisać, zwłaszcza jak się w drinkach specjalnego rozeznania nie ma? Dwa słowa jednak wrzucam tak sobie, dla polecenia tego miejsca, bo przypadło mi do gustu.

Mercy to nocny drink bar, ukryty bez szyldu na piętrze kamienicy przy Straszewskiego 28, czynny od 21. Włazi się do niego przez jakąś szatnię, zaplecze, zakamarki, schody. Można się pogubić, ale pan szatniarzo-ochroniarz pomaga trafić zbłąkanym. Wejście jest mocno klimatyczne, dreszczyk emocji, jaki towarzyszy tej wyprawie w nieznane, jakby zakazane, przyjemnie przebiega po plecach. Nie wiadomo, czego się spodziewać, a tu nagle ładnie wystylizowane, choć dość proste wnętrze. Za pięknym miedzianym barem rasowe chłopaki, koszule czarne, szelki, brody, śmigają polewając, wstrząsając, dymiąc, czarując.

Drinki w Mercy Brown to oczywiście esencja tej drinkowni. Zróżnicowane, interesujące, robione na bardzo dobrych alkoholach. Trochę klasyków, trochę własnych. Spróbowałam kilka na różnych alkoholach, wszystkie chyba jednakowo smaczne, nawet te mocniejsze, ale nie to najważniejsze. Najważniejsze, że dziś czuję się zupełnie w porządku, być może nawet lepiej niż po niektórych winach. Co oznacza, że serwowane alkohole są bardzo czyste, inaczej pewnie już konałabym, zgięta w pół. Wszyscy zresztą panowie koledzy, co pijają cięższe procenty mlaskali, chwalili i podziwiali również. A i sam Janicki nie ciągnąłby tu tabunu ludzi, gdyby nie było  bardzo dobrze; na jego gust zdaję się w ciemno.

Wszystko mi się podoba. Jedyny, nieduży kłopot mam z muzyką. Grają tam swing. Przyjemne, jak się gada, do tańczenia też spoko, ale któraś godzina z rzędu wygibasów do tej samej muzy trochę nudzi. Fajnie, że taka stylówa, nie mam tylko pewności, czy po jednej z kolejnych imprez z rzędu nie robi się chronicznie nudno. Albo może ktoś nas musi nauczyć tańczyć swinga? Na ten przykład jakoś tak:

Z drugiej strony, gdzie w KRK grają na tyle dobrą muzykę, żeby i świetnie się zabawić i napić dobrego alkoholu? Koniec końców, nie narzekam, po prostu już ta godzina, że chciałabym się pozbyć z głowy tego pa pa pa pam, pa ram pam pam…

PS. Miejsce jest ze sznytem, trzeba się nastawić na to, że „swojskich” klimatów nie będzie. Dobrze jest przyjść w towarzystwie, ale w pojedynkę przy seksownym miedzianym barze też się bardzo dobrze siedzi. Ceny, wiadomo, nie niskie, ale też bez przesady, warto. Kilka zdjęć na instagramie.

PS2. W sumie wyszło niekrótko. Lajki potrzebne, żeby post był widoczny, więc można śmiało poklikać. Na pohybel prohibicji.

Mercy Brown