Podesłał mi Damian ze Slow Day Long artykuł jego żony o tym, że dość ma bycia traktowaną jak ekoświr. Tak sobie zaczęłam pisać odpowiedź i wyszedł cały tekst. No to niech już będzie…

Czytając ten artykuł, zaczęłam rozumieć, że już jakiś czas temu przestałam czuć się ekoświrem. I w ogóle świrem. Nawet jeśli jestem inna od większości, to co? Przecież mi wolno, dopóki nie krzywdzę tym nikogo. Wolno mi być na diecie, wolno mi płacić za ekologiczne produkty, wolno mi przejmować się stanem wód gruntowych na świecie, wolno mi wiedzieć, jak działają wielkie koncerny spożywcze.

Jestem więc normalnym człowiekiem, który ma ustalony światopogląd i się go zwyczajnie trzyma.

Im więcej wiem na temat aktualnej kondycji ekonomicznej, zdrowotnej czy ekologicznej świata, tym mniej czuję się jakimkolwiek świrem. Wprost przeciwnie, coraz silniej rozumiem, że to moja postawa życiowa jest słuszna i że za niedługo ludzie będą musieli się o tym przekonać. W tej chwili już się stopniowo przekonują, choćby wyglądając za okno. Już powoli zmieniane są oficjalne normy i będzie to dalej szło w tym kierunku, bo ludzkość nie ma wyjścia, jeśli w ogóle chce przetrwać w obecnej formie, ciele, cywilizacji. No a jeśli nie, to cóż – Natura i ewolucja poradzą sobie inaczej. Bez nas.

Ale tak, owszem, byłam ekoświrem i ekoterrorystą, i przyznaję bez bicia, że względem najbliższych wciąż jestem i pewnie nadal będę. Największym ekoterrorystą byłam w czasach, kiedy prowadziłam Papuamu. Najpierw wydawało mi się, że jeśli otworzę taki ekologiczny, świadomy i zdrowy cud, to ludzie sami przyjdą. Potem sądziłam, że należy ich nawrócić na jedyną sprawiedliwą drogę prawdy, której nie znają. A potem po prostu musiałam zacząć zauważać pewne fakty.

Że moja wizja świata nie jest jedyna, nawet jeśli wydaje mi się najmądrzejsza i nawet jeśli konieczna jest do uratowania ziemi i ludzkości. Że ludzie chorują i cierpią na wielu bardzo złożonych poziomach, i że nie wszystko jest związane z tym że są ciemnymi ignorantami, niechętnymi do przetarcia oczu. Że nie mogę, nie mam prawa mówić im co mają robić, bo to nie jest moja sprawa, oraz – bo sama nie pozwalam, żeby mnie ktoś mówił, co mam robić. Że nie zbawię świata w pojedynkę, ani nie zbawię go, choćbym się dała ukrzyżować, jak taki jeden, co już próbował. Weryfikacja własnych poglądów i akceptacja tego, że się nie jest żadnym Jezusem Chrystusem narodów, Ziemi, świadomości i ekologii jest kluczowa.

A zaraz potem kluczowy jest szacunek do siebie, czyli rezygnacja z walki o swoje racje.

Kiedyś walczyłam o swoje, o każde zdanie, każdy komentarz, każdą opinię. Teraz spokojnie staram się wytłumaczyć wszystko, co wiem, a najbardziej twardogłowych oponentów po prostu pozdrawiam i wychodzę z dyskusji. Racja albo jest, albo jej nie ma. Jeśli jest, to przecież i tak w końcu wpłynie na innych, bo racja zazwyczaj jest korzystna dla ogółu. Zdrowie, sprawiedliwa ekonomia, zrównoważone zasoby, czysta planeta i przyroda – to wszystko jest korzystne dla ludzkości. Nawet jeśli na tym etapie wydaje im się, że korzystniejszy jest stan posiadania i niezaspokojonej konsumpcji, któregoś dnia tylu ich zacznie chorować, że przechyli się szala i zbiorowa intencja zacznie dążyć do uzdrowienia. To zresztą już można obserwować na Zachodzie, gdzie te procesy są o wiele lat przyspieszone w stosunku do nas.

Kiedy walczysz o swoje racje, dostajesz zwrotny feedback, żeby się odczepić, że jesteś wariatem, że chcesz nie wiadomo czego, że twoje wartości są bezwartościowe. Nawet jeśli w głębi serca wiesz, że tak nie jest, czujesz się zmuszony do udowadniania, że nie jesteś słoniem, albo żyrafą. To zawsze budzi frustrację, nakręca spiralę agresji, leży u podstaw konfliktów. Po co są te konflikty? Zupełnie po nic, nic się nimi nie ugra, nikogo nie przekona, wprost przeciwnie.

Jeśli zamiast tego spokojnie zaakceptuje się siebie, swoje poglądy, jeśli będzie się siebie szanowało, czyli między innymi nie pozwalało o sobie mówić źle jak o świrze, nie będzie prowokowało awantur i konfliktów, można po prostu robić swoje i się tym dzielić. Ja robię tak i tak, ja uważam tak i tak, ja wiem to i to. Albo cię to przekonuje, albo nie. Nie musi, choć ja zdania nie zmienię.

Nie pozwalam się już śmiać z mojego jedzenia, ani z moich nawyków, nawet w postaci koleżeńskich przytyków. Jeśli słyszę, że ktoś mi współczuje z powodu mojej diety, proszę, by przestał, bo ja mu nie współczuję, więc i on nie powinien. Nie oczekuję współczucia, a jedynie akceptacji, bo i ja jego akceptuję. Jem w taki sposób, żyję tak, bo tak wybieram, bo to jest mój sposób na życie. Staram się pokazać, że się da, że to nie jest wcale takie trudne, a już na pewno nie jest niemożliwe. Że się opłaca, że nie kosztuje nie wiadomo ile. I że jest dobrą postawą człowieka wobec świata.

I tutaj jest ten ważny moment – szanuję siebie,  ale muszę szanować również innych. Jeśli ktoś je w McDonaldzie i nie chce tego zmienić, niech je. Przecież zdrowie wcześniej czy później go dopadnie. Nie można ludziom na siłę mówić, co mają robić. Można za to dawać im dobry przykład, opowiadać o tym, co się robi i ze swojego życia robić atrakcyjną formę tak, by sami chcieli podążać tymi śladami. Można piętnować ogólne szkodliwe postawy i promować inne, te dobre.

Nie mam pretensji do ludzi o to, że jedzą w McDonaldzie. Pretensje mam do McDonalda, że karmi ludzi trucizną, zarabiając na cudzym nieszczęściu, chorobie i śmierci. To jest karygodna postawa.

To nie jest wina ludzi, że wielkie koncerny korzystając z najnowocześniejszej wiedzy, w którą pakują krocie, żerują na biologiczno-chemicznych mechanizmach mózgu, by więcej zarobić*. Ci, którzy jadają śmieci, choć o tym nie wiedzą, są po prostu uzależnieni. Nikt im nie pomaga z tego wyjść, bo przecież nie robi tego medycyna konwencjonalna, ani przemysł spożywczy, ani farmaceutyczny, ani przemysłowe rolnictwo, ani szkoła, ani media, ani duchowi przewodnicy kościelni. Czyli te gałęzie, które odpowiadają za ludzką kondycję i zdrowie, a które mają największą siłę opiniotwórczą lecz które nie ponoszą żadnej społecznej odpowiedzialności za to, co czynią.

W tej chwili całe to zagadnienie rozumiem tak, że po prostu kamyk do kamyka, tekst do tekstu, osoba do osoby – musimy edukować, promować prawidłowe postawy i świadomość, ale nie siłą, tylko zwyczajnie, po ludzku, operując pojęciami przyjemności i korzyści. Tak działamy jako twory ewolucyjne i tak jesteśmy przystosowani do przetrwania – ma być korzyść i ma być przyjemność.

Ekoterror nie jest ani przyjemny, ani korzystny, dlatego lepiej jest przepracować swój wojowniczy wizerunek. Wydaje mi się, że przyjazne, pozytywne oddziaływanie na innych przynosi o wiele więcej korzyści, choć dla wielu nadal może wydawać się zbyt ingerencyjne, albo dziwne.

Im mniej walki, tym więcej miłości. Im więcej miłości, tym więcej pozytywnych zmian.

W to teraz wierzę, integrując się z ludźmi, którzy są po prostu dobrymi ludźmi, niezależnie od tego, czy żyją i jedzą podobnie do mnie, czy nie. W ostatecznym rozrachunku, jakie to ma znaczenie? Wiele jednak musiałam przejść, żeby to zrozumieć. Ścieżka wojownika w czasach pokoju jest ścieżką, która się mija z prawdziwymi potrzebami świata. Nie ma po co jej eksplorować, skoro są inne wyjścia.

*Porównaj Michael Moss, Sól, cukier, tłuszcz, Galaktyka 2014.

Akcja Greenpeace na płaskowyżu Nazca w Peru, 2014.

Akcja Greenpeace na płaskowyżu Nazca w Peru, 2014.