Czasem zastanawiam się, co tak naprawdę oznacza tradycyjna polska gościnność. Bo ona raz jest, a raz jej nie ma. Myślę tak ogólnie o tym, czy jesteśmy, czy nie jesteśmy gościnni i w jakim wymiarze. Bo razem z rokiem 2015 bardzo dużo moich osobistych mitów i wyobrażeń na temat polskości zaczęło domagać się wyjaśnień. Na przykład to, skąd się w nas wzięła taka zaciekła „niegościnność polityczna” względem uchodźców i imigrantów? A dalej, taka jawna i otwarta nieprzyjaźń do krajan o odmiennych poglądach?

Wydaje mi się, że jesteśmy bardzo gościnni, ale w pewien ściśle określony sposób. Na pewno tam, gdzie może zadziałać słynne „zastaw się, a postaw się”. Czyli w całej sferze pozorów, które mają pokazać nas w lepszym świetle. Pozorami nie lubię się zajmować, bo one są dla mnie nudne, nie ciekawią mnie. Lubię za to przyglądać się prawdziwej naturze człowieka, temu jak się przejawia. I widzę, że coś się takiego stało, że zapomnieliśmy o tym, co kiedyś w naturalny sposób obowiązywało lokalne społeczności.

Było kiedyś coś takiego, jak naturalny odruch gościnności, który pamiętał o tych najsłabszych. Ja to znam ze swojej góralskiej wsi, z mojej babki, mamy. Wiem, że każdy człowiek jest inny i wiem, że nie każdy region Polski będzie wyglądał tak samo, ale chcę opowiedzieć swoją historię. Ona nie jest jednostkowa, ani wyjątkowa. Ona jest „tradycyjna”.

Pierwsze zetknięcie z „Dziadem”

Bawiliśmy się pewnej wiosny na podwórku, kiedy przy płocie stanął stary, obszarpany Dziadek z wędrownym kijem w ręce. Pamiętam jak był ubrany, jaką miał brodę i jego głos też pamiętam. Zagadał do nas miło: „Dzieci, dzieci, głodny jestem, dajcie mi coś zjeść”.

Musiał to być koniec lat 70., czasy PRL-u. Nie pamiętam dobrze, ale wydaje mi się, że działo się to jeszcze przed okresem prawdziwej biedy, jaka przyszła na początku lat 80 razem ze Stanem Wojennym. Nasza wiejska bieda była wtedy taka dość jeszcze normalna. Jedliśmy to, co udało się wyhodować na gospodarce, a pieniądze wpadały z handlu lokalnymi dobrami, głównie drzewem. Pamiętam, że o jedzenie się dbało, szanowało się je. Nigdy nawet okruch się nie marnował, a chleb naprawdę całowaliśmy.

Nauczona byłam szacunku do pożywienia, aż tu nagle Dziad jakiś przychodzi i mówi, żeby mu dać! Bardzo to było nowe i szokująco nieznajome. Strasznie poczułam się zdziwiona taką sytuacją, ale on nie chce iść tylko stoi przy płocie, i powtarza: „Idź do mamy i poproś o chleb dla starego dziadka”.

Nie było to głupie, żeby zawołać mamę, niechże zrobi z tym wszystkim porządek:

„Mamo, mamo, przy płocie stoi dziad i o chleb prosi!”, zawołałam. A moja mama nawet nie podnosząc głowy znad swojego zajęcia powiedziała:

„To mu go daj”…

Kazała mi uciąć grubą pajdę i grubo posmarować smalcem. (No tak, to były te czasy, że paroletnie dzieci potrafiły używać noży i pomagały w gospodarstwie od małego). I jeszcze kazała mi zanieść mu herbaty w blaszanym garnuszku.

Dziecko nauczone, że gościnność dużo nie kosztuje

Myślę, że tego dnia nauczyła mnie czegoś, co wcześniej wpajała w nas babka Rusnakowa. Ona zawsze mówiła i powtarzała, że nikogo nie wolno traktować źle. Nie wolno gardzić, nie wolno się wynosić. Nie można śmiać się z „głupich”.

No tak, w tamtych czasach we wsiach chodzili „głupi”. Niedaleko od naszego domu było trzech – Józka, co do wszystkich się śmiała, miała nogi krzywe jakby świat opłynęła na beczce i taczkami woziła butelki na skup. „Baba Jaga”, co gęsi pasła przy drodze i strasznie głośno krzyczała do swoich schizofrenicznych duchów, jakie jej zostały po spalonych w czasie wojny przodkach, albo może po straconym dziecku. I Kołaciok, który miał straszne kołtuny na głowie i dzieci mówiły, ze mieszkają tam nietoperze.

Kołacioka nikt nie zaczepiał, bo jak przyszli Hitlerowcy, to matka ukryła go w piwniczce, na którą zwaliły się jakieś bale i chłopak nie mógł się z niej wydostać. Babie Jadze dokuczały dzieci, żeby je goniła ze swoją rózgą na gęsi, a Józkę potajemnie wykorzystywali faceci za jakieś drobne prezenty. Jak byłam całkiem mała, to umarł taki Ludwik, co był głuchy i w swojej młodości służył babce.

I tego mnie babka uczyła: „Jak jest głupi, to nie możesz się z niego śmiać, bo go tak Pan Bóg stworzył”.

I tak było. Tych słabszych ludzi po prostu podnajmowało się do jakichś drobnych robót, czy byli upośledzeni, czy pili nałogowo. Jak ktoś przyszedł i poprosił o pomoc, to można było na niego nakrzyczeć, że znowu przychodzi, ale nie można mu było odmówić. Chyba pokłosie tego zwyczaju pozostało w tym, że co roku w Boże Narodzenie nasi Cyganie ze wsi (przepraszam, że nie Romowie – u nas zawsze żyli Cygany i to Cyganka Bożena pilnowała nas, kiedy mama szła do pracy, a nie Romka) chodzą po kolędzie i zbierają datki. Muszą zaśpiewać swoim łamanym polskim kolędę, ale jakiś pieniądz albo jedzenie zawsze dostają.

Polska gościnność

Kiedyś rozmawiałam z przyjaciółką z Ukrainy Lesyą, która przez wiele lat mieszkała w Krakowie. Nie mogła przyzwyczaić się do tego, że Polacy czasem wpadają z wizytą na kawę, obiad czy przyjecie z pustymi rękami. Na Ukrainie, tej przynajmniej, z której pochodzi Lesya, przychodząc w gości zawsze przynosi się jakiś drobny upominek. Cukierki, czekoladki, ciastko. Nawet jeśli wstępujesz do kogoś tylko na herbatkę.

Musiałam się nad tym dobrze zastanowić. U nas wiadomo, że jeśli idzie się na imprezę, to bierze się ze sobą flaszkę jakiegoś alko. Jeśli dajmy na to jestem w ciągu dnia na mieście i chcę coś zjeść w towarzystwie, to wpadam do kogoś z przyjaciół z ciastkiem. No ale jak jest impreza, albo proszony obiad (i nie jest to impreza składkowa), to nie biorę nic do jedzenia. Zwyczajowo pytam, czy czegoś nie trzeba i zazwyczaj słyszę: „Zabierz siebie”. Kiedy zapraszam do siebie też mówię, że nic nie trzeba (chyba że mi czegoś zabraknie, ale to wyjątek).

I wydaje mi się, że to właśnie jest ta stara zasada, mówiąca o regułach polskiej gościnności. Pamiętam ją z dzieciństwa. Nie wiem w jakim stopniu obowiązuje wśród młodych ludzi obecnie; w moim pokoleniu jeszcze trochę działa. Jeśli ktoś ciebie zaprosił, to powinien podać to, co ma i potrafi zrobić najlepszego. Ma cię ugościć, uszanować, ma się postawić. Nie powinno się go zawstydzać przynoszeniem własnego jedzenia. Za to jeśli zostałeś zaproszony, to potem masz honorowy obowiązek zrobić adekwatną imprezę i odwzajemnić się.

Nie wiem jak gdzie indziej, u nas na wsi w zaprosinach musiał być remis. Jeśli ktoś już nie chciał robić przyjęć, po prostu wymawiał się z zaproszeń. Z tym jednak trzeba uważać, bo odmówienie wzięcia udziału w jakimś przyjęciu może zostać potraktowane jako obraza. Moja kuzynka od kilku już lat wypomina mi, że nie byłam na ślubie jej jedynej córki, mimo iż w tym czasie pracowałam. „Zobaczysz, ja też nie przyjdę jak ty będziesz żenić swojego”, wygraża mi palcem.

Pojawienie się zaś kogoś wyjątkowego, albo rzadko bywającego w gości, traktowane jest trochę jak uhonorowanie domu gospodarza. I faktycznie przynosi radość, widziałam to nie raz. Jest w tym jakiś szacunek i wydaje mi się, że rzadko odwiedzane starsze osoby czują się po prostu mało ważne, byle jakie, pozbawione możliwości podzielenia się swoją gościnnością.

Lesya mówi, że u nich remisowanie wielkości przyjęć jest zrozumiałe, lecz nie jest obowiązkowe. U nas nie były obowiązkowe tylko duże imprezy, gromadzące całą rodzinę. Najczęściej u centralnej osoby w rodzie – nie tyle najważniejszej, ile takiej, z którą wszyscy byli jednakowo związani. No albo u takiej, która robiła najfajniejsze imprezy. Rodzinne zebrania zwykle odbywały się u mojej mamy; w moim pokoleniu zaś wszyscy chodzimy do jednego z braci. To jest tradycja. I wtedy też nikt poza alkoholem nic nie przynosi. Gospodyni byłaby nieszczęśliwa, że „tyle się nagotowała, a nie ma kto zjeść”.

Staromodne przyjmowanie gości

Etykieta u nas na wsi raczej nakazywała przyjść do kogoś w gości i przepraszać za przyjście, a potem w ustalony sposób odmawiać wszelkiego poczęstunku, niż cokolwiek ze sobą nosić. Stare babki i dziadki tradycyjnie wchodzą do domu, stają w progu i mówią, że nie będą sprawiać kłopotu i że w zasadzie to już wychodzą. Nawet jeśli byli zaproszeni. Wtedy trzeba odprawić cały rytuał przyjmowania i witania: „Ale chodźcie, wejdźcie, żaden kłopot”. Potem następują te same ceregiele z poczęstunkiem. Gość odmawia, nic nie chce, a gospodarz zastawia cały stół i mówi: „Ale tylko trochę to trzeba coś zjeść”.

Polska gościnność zawsze będzie mi się kojarzyła z takim dającym gestem babci. Babcia Róża i jej amerykańska kuzynka Beth, pierwsza połowa lat 80.

Polska gościnność zawsze będzie mi się kojarzyła z takim dającym gestem babci Róży. Na zdjęciu z jej amerykańską kuzynką Beth, pierwsza połowa lat 80. Beth zresztą, przyjechała do nas również z pomocą – chciała sprawdzić na własne oczy, jak żyje się jej dalszym krewnym w Polsce po Stanie Wojennym. Przywiozła prezenty, potem dosłała paczki z brakującymi wtedy produktami.

Fajne to było. Oczywiście strasznie staromodne i młodsze pokolenia już mniej się krygują z tym ceremoniałem. Ze starszymi ludźmi zresztą dość długo nie umiałam sobie poradzić. Zanim zostałam dopuszczona do przyjmowania gości (pamiętajcie, że mówimy o czasach, kiedy ryby i dzieci głosu nie miały, a już na pewno nie zasiadały przy stole z dorosłymi), nie miałam pojęcia, że jak ktoś trzy razy z rzędu odmawia herbaty to i tak trzeba mu ją podać. Niezły łomot zbierałam, jeśli wpuściłam kogoś do domu, ale nie podałam herbaty czy chleba na stół…

Lesya mówi, że powiedzenie „Bóg w dom, gość w dom” stosuje się do niespodziewanych gości. Myślę, że może mieć rację, i myślę, że trochę mogliśmy o tym zapomnieć. Bo ten niespodziewany gość, przed którym nie musisz się „wystawiać”, ani który nie zrewanżuje się takim samym przyjęciem, ani nawet nie będzie dalszym znajomym, który stanął w progu odmawiając przyjęcia poczęstunku, może wnieść w twoje życie coś więcej niż zwykły posiłek. Może obdarować cię czymś, o czym nawet nie wiesz, że istnieje.

Ten stary Dziad przy płocie bardzo ucieszył się z pajdy chleba i herbaty. Pobłogosławił mnie szczodrze i powiedział, że moja mama zawsze była dla niego dobra. Kazał jej bardzo podziękować. Siadł pod płotem, zjadł, wypił, zapalił tabakę w fajce, a potem oddał garnuszek i uśmiechnięty poszedł dalej.

Czekałam potem na niego, ale nigdy już nie wrócił. Albo przynajmniej nie w tej samej postaci, bo przecież to wtedy zostałam nauczona dzielenia się dobrem. Nie mam z tym problemu i dzielę się, jeśli mogę. To niezwykłe, ale naprawdę nigdy mnie nie ubyło. Ani mojej rodzinie zresztą też. Wujek Ludwik miał prawie sześćdziesięciu chrześniaków, z czego tylko część należała do rodziny. Reszta to byli ubożsi sąsiedzi, których wspomagał groszem. Dla niego to był honor, on cieszył się z każdego chrześniaka. A przecież można było spuścić psy na tych wszystkich żebraków, „głupich”, ubogich czy innych. Mogli mnie rodzice nauczyć, że obcy są źli, niebezpieczni. Że nie należy.

Ale przecież należy…

Patrząc na naszą obecną sytuację społeczno-polityczną niepokoję się. Ale patrząc na różne społeczne inicjatywy i formy pomocy dla tych najsłabszych i wykluczonych miewam ostrożną nadzieję, że gdzieś nadal drzemie w nas bezinteresowna polska gościnność. Zwłaszcza, że dziś jest ona tak łatwa. Wystarczy zwyczajnie przelać parę złotych na taką czy inną organizację. Można oddać 1% podatku na pomoc dla najuboższych, pokrzywdzonych, słabych i zagubionych. Albo zwyczajnie można być życzliwym dla imigrantów i uchodźców. Nie wyzywać ich, nie dokuczać, nie poniżać. Nie traktować podle w pracy, nie bić na ulicy. Można, nawet dzisiaj, nie bać się obcego.

Ja wspieram PAH i Wspólnotę Chleb Życia. Wspólnota dla bezdomnych Emaus też jest bardzo prosta w obsłudze. Dobro naprawdę wraca, naprawdę się rozprzestrzenia. Warto je tworzyć, dzielić się nim, posyłać do innych. Świat nie stanie się lepszy bez nas.