Ano tak co jakiś czas wraca do mnie temat, o którym sporo rozmyślam. O naturalnej wewnętrznej sile, o kobiecości, samopoznaniu i o tym, co nami w życiu kieruje – absolutnej konieczności samorealizacji. O tym, że konieczność samorealizacji jest czymś, co od dziecka popycha nas do działania, do wyrażania siebie. Bez tego życie chyba nie miałoby żadnego znaczenia, nie, ono nawet nie byłoby w ogóle możliwe.

Duża grupa ludzi potrafi żyć „jak człowiek”, dopasować się, robić typowe dla większości rzeczy, chodzić do „normalnej” pracy, zarabiać pieniądze, utrzymywać „normalne” związki. Jakaś część z nas rodzi się jednak niedopasowana, z odczuciem dyskomfortu w znormalizowanej codzienności, z niepokojem w duszy, z potrzebą doświadczenia czegoś większego w sercu.

Tego wiecznego głodu uzyskania odpowiedzi na pytanie „jak, dlaczego, po co?” nie da się zbyć ani zagłuszyć – tak mocno uwiera, że trzeba za nim podążać, najczęściej pod wiatr.

To trudne, bo jeśli w coś w życiu wierzysz, i to coś jest dla ciebie najważniejsze i najświętsze, ważniejsze i świętsze niż wszystko inne, najpewniej zostaniesz osądzony, skrytykowany, wiele osób odwróci się od ciebie, wiele poczuje się obrażonych. Przynajmniej do momentu, aż nie odniesiesz sukcesu, ale to już inny temat.

To żaden komfort czuć się odrzucanym, nierozumianym i niesłusznie ocenianym. Osoba niedopasowana nie ma jednak wyjścia – nawet jeśli potrafi zaprzeczyć sobie, nie potrafi porzucić idei tego, w co wierzy, co nadaje wewnętrzny sens jej życiu i co często jest jedyną latarnią błyskającą na rozbujanym oceanie, pełnym potężnych fal, raf i rekinów. Płynie więc stale pod prąd, przeciw wszystkim, walcząc i wytyczając przed sobą drogę, wciąż w poczuciu braku zrozumienia i w przekonaniu, że wychodzi ze schematów, w jakich tkwią inni. Ale zbuntowane schematy to wciąż są schematy – każdy buntownik przechodzi przecież dokładnie taką samą drogę.

W tej walce o siebie tyle energii trzeba poświęcić na walkę z otoczeniem, że gdyby ją spożytkować na projekty, które chce się zrealizować, można by góry przenosić. Jak więc pogodzić te dwie rzeczy – potrzebę bycia lubianym i akceptowanym przez otoczenie, z wewnętrzną potrzebą łamania wyrównanych standardów, nie robienia tego samego, co wszyscy; z potrzebą samorealizacji i oddania się wewnętrznemu prowadzeniu?

Nie wiem jak.

Wiem tylko tyle, że postępowanie w zgodzie ze sobą nie jest egoizmem; to jest zwykła życiowa konieczność, taka sama jak oddychanie.

I że nie trzeba udawać kogoś innego i nie trzeba sobie zaprzeczać – zawsze jest się tylko tym, kim się jest. I nigdy nie polubi cię i nie zaakceptuje ktoś inny, dopóki sam siebie nie polubisz, nie pokochasz i nie zaakceptujesz. Mam na myśli tak naprawdę.

Poczuć się dobrze ze samym sobą można tylko w jednej sytuacji – kiedy się siebie w pełni zaakceptuje – w pełni to znaczy całego siebie. Ale żeby to zrobić, najpierw trzeba zrozumieć kim się jest. To trudne, bo zazwyczaj otoczenie nie pozwala być sobą innym niż jest ono samo. Otoczenie wyrównuje i wciąga w ściśle określone schematy, normy, ustalone zachowania, takie bądź inne, zawsze jednak podporządkowane zasadzie: „jeśli wchodzisz między wrony, kracz jak i one”. Nawet jeśli ci się poszczęści z kochającą i akceptującą rodziną, to szkoła, praca, szefowie, koleżanki, kochanki przypomną ci, że masz się nie wychylać. Masz nie robić tego, masz nie robić tamtego. Nie mówić tak, nie myśleć siak, nie wyglądać tak, nie zachowywać się tak. Tak czyli w zgodzie ze sobą. Masz się dostosować, podporządkować i zachowywać inaczej. Jeśli za wszelką cenę będziesz się starał być lubiany i doceniany, zaczniesz chodzić na kompromisy, rezygnować z tego, co ci w sercu gra, zamiast podążać za sobą – zaprzeczysz sobie i temu w co wierzysz.

Oczywiście nigdy nie wiesz, że sobie zaprzeczasz, dopóki ktoś lub coś nie sponiewiera cię tak, że sięgniesz dna. Najłatwiej to wychodzi, kiedy pokochasz kogoś, kto cię nie zaakceptuje w pełni, ale są to też graniczne życiowe sytuacje – śmierć, utrata źródła utrzymania, choroba. Degradacja na poziomie molekularnym następuje w tempie przyspieszonym, ale jak wreszcie sięgniesz tego dna, wcale nie rozlegnie się żadne głośne „pierdut”; to co się pojawi, to nagła cisza i ulga. Nawet jeśli spadając narobiłeś sobie wiele ran i siniaków, to co boli to już nie ty prawdziwy, a tylko te rany, które wystarczy wylizać. Bo teraz właśnie jesteś ty. Prawdziwy, nagi, oko w oko ze sobą. Dokąd uciekniesz przed sobą? I czy masz inne wyjście, jak wreszcie się zaakceptować i wreszcie bardziej pokochać siebie i bardziej oddać się sobie, niż kochasz i oddajesz się otoczeniu?

Zdrowiej jednak będzie, jeśli już przed takim pieprznięciem o dno zacznie się pracować nad samoświadomością i nad samoakceptacją, bo to podstawowy klucz do pełnej samorealizacji.

Samorealizacja jest najważniejsza i to za nią należy podążać – to właśnie jest nasza największa wewnętrzna siła. Ale  jeszcze trzeba rozumieć, co to znaczy realizować siebie, bo dla każdego będzie to coś innego. Dążenie do pozycji, kariery, sukcesu czy fortuny to często pozorna samorealizacja, choć są ludzie, dla których jest to naturalna i zgodna ścieżka rozwoju.

Mówię jednak o tej wewnętrznej drodze, o twoim prawie do bycia sobą, do znania siebie i swoich potrzeb. O działaniu w zgodzie ze sobą.

Nie można być w niezgodzie ze światem i z innymi, jeśli żyje się w zgodzie ze sobą, dlatego nie można stawiać przed sobą otoczenia i jego oczekiwań, które cię w jakiś sposób hamują, bądź ograniczają.

Jeśli się realizujesz, a ktoś obok ciebie to ocenia, albo mu to nie pasuje, albo chce cię zmienić, czy wpłynąć na ciebie, a ty nie ulegniesz, może poczuć się zraniony czy odrzucony. Tak często jest z naszymi bliskimi; zresztą sami to w sobie też mamy. Ale tu chodzi o zrozumienie, że jest to tylko pozorne zranienie, nie wynikające z tego, że ta osoba (lub ty jej) daje ci wolność na jaką zasługujesz, lecz z tego, że pragnie cię kontrolować. To są dwie zupełnie różne rzeczy.

W oczywisty sposób to prawo działa w obie strony – tak samo ta druga strona ma prawo do samorealizacji i znania oraz określania własnych potrzeb, które z kolei ty musisz uszanować. Osoby dobrze dopasowane, akceptujące siebie nawzajem i spełniające najważniejsze wzajemne potrzeby będą dobrze czuć się w swoim towarzystwie, nie będą się ranić, ani negatywnie oceniać. Osoby źle dopasowane powinny pomyśleć o poszukaniu sobie bardziej sprzyjającego środowiska. Na świecie żyje taka masa ludzi – gdzieś tam są ci podobni do nas. Nie wiem, czy warto z nich rezygnować dla zasad i reguł ogólnie przyjętych?

Ja sama dążę do wewnętrznej wolności, opartej na zrozumieniu i poznaniu siebie od wielu już lat. Jestem coraz bliżej, lecz stanę się wolna, dopiero w momencie, w którym zacznę po prostu być. Sobą.

Sel­fie z cie­niem i w tramp­kach, NYC, Metro­po­li­tan Museum of Art, Sztuka Japo­nii, 2013