Monika Czaplicka publikuje ostatnio serię na temat zarobków w branży szkoleniowej. Zagadnienie to przenosi się na inne, podobne obszary działania. Sam problem, który Monika porusza, rozbierając cenę za szkolenie na czynniki pierwsze, jest szerszy. Bo jak przeliczyć i wliczyć w cenę za usługę czy doradztwo lata, jakie się spędziło na doskonaleniu, kształceniu, douczaniu siebie? Wszystkie kursy, szkolenia, studia podyplomowe, które kosztowały, za które się zapłaciło z własnej kieszeni? A wyjazdy zagraniczne? Jak przeliczyć ten czas, który spędziło się na dokształcaniu, zamiast na zarabianiu kasy?

Jestem typem entuzjasty, który nie może się w życiu nudzić. Całe moje życie zadedykowane jest zgłębianiu wiedzy i poszerzaniu umiejętności w licznych, interesujących mnie obszarach. Z tego powodu posiadałam zestaw unikalnych umiejętności, których do niedawna nie umiałam należycie wycenić. Wiele lat swojego życia przepracowałam w tak zwanej kulturze, głównie w książkach. Sektor wiecznie niedofinansowany, dlatego przez lata godziłam się na niskie zarobki – w końcu to mnie zależało na tym, żeby coś ciekawego zrobić.

Strasznie długo się to ciągnęło, aż zaczęłam odczuwać, że coś mi się nie zgadza. Pierwszego przełomu dokonałam „rzucając pracę” w tzw. kulturze. W 2010 roku zrezygnowałam z tłumaczeń literackich, bo wynagrodzenie za nie było wstrząsająco niskie, wręcz głodowe w stosunku do szybko rosnących kosztów życia, opłat za media i żywność. (Na okoliczność tego tekstu repostuję tutaj wpis z mojego starego fajsa). Jeszcze jeśli ktoś nie angażuje całych swoich sił i zasobów w pracę intelektualną (albo dowolną inną), chałturzy, odwala rozmaite fuchy, to pewnie wydoli od pierwszego do pierwszego. Cóż z tego, kiedy psuje rynek. Raz, że słabym, niekiedy fatalnym poziomem, dwa, niską ceną, jaką bierze za zlecenia. Ktoś, kto jak ja wkłada całego siebie w to, co robi, nie ma szans nadgonić nadprodukcji ilościowo, w oczywisty też sposób nie zarobi odpowiednio dużo do normalnego życia. Choć powinien, bo dostarcza znacznie lepszy produkt końcowy. W efekcie jest tak, że np. w tłumaczeniach mamy gigantyczną górę szajsowych przekładów, których się po prostu nie da czytać i które na pewno wpływają na stan czytelnictwa w Polsce.

Po kulturze zaktywizowałam się w ekologii i promocji świadomego odżywiania/życia. Te parę lat temu była to nowość, na którą rynek nie wykształcił jeszcze odpowiedniego zapotrzebowania. Więcej trzeba było działać i promować za darmo „dla dobra świta”, niż cokolwiek zarabiać. Papuamu mnie obudziło, pisałam, kiedy okazało się, że tak naprawdę nie tylko nie ma zapotrzebowania, ale wręcz jest wrogość do moich działań. Poczułam się niepewnie z tym, co robię. Strasznie ciężko jest utrzymać entuzjazm, kiedy zaczynasz być traktowany jak ekscentryczny dziwak, burzący zastany ład świata. Musiałam się trochę wycofać, ale w efekcie też zrewidować stosunek do własnych osiągnięć. Zupełnie niedawno zaczęłam rozumieć, że to co robię musi mieć swoją cenę. Również po to, by było cenione przez innych. Samo rozdawanie dobra za darmo nie działa i nigdy nie zadziała, niezależnie od tego, co się robi. Poza tym, no co? Starzeję i mi się już nie chce walczyć z wiatrakami. Chyba po prostu zasługuję na więcej.

Poza tym w którymś momencie zaczęłam zupełnie zwyczajnie czuć, że tracę szacunek do siebie samej. Że moje duże zaangażowanie w niektóre działania dla innych zaczyna być nieadekwatne do zwrotu, jakiego w zasadzie nie otrzymuję. Zaczęłam czuć, że za niskie stawki nie mam już siły pracować, a po kilku świetnych projektach, do których właściwie musiałam dopłacić przestałam widzieć w tym sens. Powiedziałam sobie dość. Tak się nie godzi, tak nie można. Moje kompetencje, moja praca są przecież na wysokim poziomie. Powinnam za nie brać wysoką stawkę.

Zawsze miałam problem z wyceną tego, co robię. Zajmuję się trochę ideologicznym promowaniem wszystkiego, co służy ludziom i planecie, z oczywistych więc względów wspomagam małych i bardzo małych producentów, rolników, wytwórców, kampanie społeczne, jakieś działania artystyczne. Kiedy patrzyłam na drugą stronę, dla której przeskoczenie pewnego progu finansowego byłoby trudne, choć na dłuższą metę opłacalne, pojawiał się problem. W efekcie rezygnowałam z pracy/usługi, za którą nie mogłam uzyskać adekwatnej stawki. Udzielałam paru cennych, przyjacielskich rad, jak co ogarnąć i się wycofywałam.

Konsekwencje były proste – nie zarabiałam wcale na tym, co potrafię robić najlepiej i w czym jestem unikalna.

Dopiero wtedy do mnie dotarło. Przecież chcę pracować w tym, co kocham robić, tylko nie chcę już robić tego bez pieniędzy. Z drugiej strony nie chciałabym pracować dla kogoś, kto płaci, lecz nie spełnia moich standardów jakościowych czy moralnych, jak to jest w dużych firmach. Jak nie byłabym za stara na przymusowy wolontariat, tak jestem za stara na wewnętrzne kompromisy. Nie chce mi się; zbyt wysoki standard własnej działalności wypracowałam, by się teraz cofać w rozwoju. Na Zachodzie ktoś taki jak ja z całą pewnością już dawno zostałby wchłonięty przez rynek i wykorzystany do maksimum, tutaj w sumie mocno się marnuję. A ściślej mój potencjał jest marnowany, bo z własnym czasem mam co robić. Im starsze jest moje dziecko, tym mniej mam pewności, czy nie wyjadę, choć bardzo chciałabym zostać. Nie po pieniądze, ale po to, by się realizować, nie marnować, nie czuć tej stałej blokady możliwościowej i finansowej, jaką są tutaj obarczone koszty życia w stosunku do płacy. Po prostu chciałabym móc zrealizować swoje projekty, które tutaj potykają się o wieczny brak pieniędzy na pewne określone działania. A takich ludzi jak ja, jest przecież cała masa. Cała masa zmarnowanego potencjału.

Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Nie jestem naiwna, więc wiem, że ani łatwe, ani krótkotrwałe. Kwestia, żeby ten ruch, który już się w społeczeństwie zaczął, przełamał się w swej masie. Coraz częściej słychać sprzeciw odnośnie fatalnych warunków pracy w sektorze kultury, ale nie tylko tam. W powietrzu gdzieś fruwa coraz śmielej przejawiany brak zgody na umowy nie tyle „śmieciowe”, co niskopłatne, żebracze (ja np. nie chcę mieć umów o pracę, ZUS-ów i innych, chcę mieć tyle pieniędzy, żeby ogarniać własne sprawy i decydować samodzielnie, gdzie i jak je wkładam, bo np. nie korzystam z medycyny konwencjonalnej). Słychać również coraz więcej o absurdach obłożeń podatkowych, brakach ulg oraz trwonieniu naszych pieniędzy na szczeblu państwowym. Między innymi Związek Przedsiębiorców i Pracodawców oraz Centrum im. Adama Smitha publikują sporo na ten temat. Warto się zainteresować nie tylko populistycznymi hasłami oportunistycznych polityków, ale przede wszystkim rzetelną informacją i tym, jakie właściwie prawa zarobkowe powinniśmy posiadać. Społeczeństwu wychowanemu na wielopokoleniowych wyrzeczeniach trudno jest pomyśleć o tym, że życie może być łatwiejsze, ale w jakimś sensie ono powinno być łatwiejsze, żeby kraj mógł się dalej rozwijać.

Jestem dzieckiem lat 90, Balcerowicz to był mój idol i mocno wierzę w wolny rynek i rzetelną pracę. Tylko, że dziki kapitalizm, który pomógł Polsce podnieść się z pokomunistycznej szarej kupy, w tej chwili jest już większym obciążeniem dla społeczeństwa niż przynosi pożytku. Przede wszystkim działa osłabiająco na samo państwo, bo wypędza z niego lub ogranicza każdą osobę, chcącą się rozwijać. Służy dużym firmom, często z kapitałem zagranicznym, płacącym za granicą podatki, a nie pomaga zwykłym, drobnym przedsiębiorcom. Jest coś bardzo niepokojącego w tym, że wielkie firmy, korporacje, duzi przedsiębiorcy zarabiają bardzo dużo, płacąc głodowe i niegodne pensje swoim pracownikom. Niewłaściwe jest odgórne przyzwolenie na dolny pułap płacy, która nie dość że jest niska, to jeszcze można ją bezproblemowo obejść, poniekąd skazując ludzi na współczesne niewolnictwo.

Stawki na umowach o dzieło powinny przecież być zróżnicowane w zależności od poziomu i jakości pracy. Powinny dawać możliwość i motywację do doskonalenia swoich umiejętności.

Niewłaściwe jest również to, że instytucje kultury uznają za standard, wymuszanie bezpłatnej pracy od pisarzy, literatów, artystów, muzyków. Zamiast wpisywać w granty wynagrodzenie dla swoich – było nie było – podopiecznych, trwonią całkiem sporo na źle zarządzane bzdury. Jeśli w tej branży chcesz coś osiągnąć, musisz pół życia zapieprzać na darmowym stażu, by potem zarabiać na kaszkę do ogórków od teściowej… Niezależnie od tego, jak bardzo kultura jest ważna dla społeczeństwa i narodu, bo to przecież ona go kształtuje i określa jego granice.

Nie ma rozwoju bez pieniędzy.

Nie ma wzrostu pracownika bez rosnącego wynagrodzenia. Niekiedy dzwonią do mnie jeszcze różne osoby czy instytucje proponując tłumaczenie. Pierwsze pytanie, jakie zadaję, brzmi: „Ile?”. „Yy?” – za każdym razem słyszę ten sam zonk, a potem ofertę identyczną, jak pięć lat temu i jak dziesięć. No bo wiadomo, rynek książki od dekady albo więcej jest w fatalnej kondycji, wydawnictwa upadają, czytelnictwo też. Tyle, że cała ta sytuacja jest kręceniem bata na samego siebie.

Dopóki rynek nie zacznie płacić ludziom więcej i w bardziej zróżnicowany sposób w zależności od ich kwalifikacji, nic się nie zmieni.

Nadal będzie brakować specjalistów i po prostu dobrych pracowników, szczególnie z niszowych branż. Ci zaś specjaliści, którzy zostaną w zawodzie i w kraju będą się po prostu dalej zarzynać i potykać o prozaiczne przeszkody, które w dłuższej perspektywie zahamują ich rozwój. To w oczywisty sposób wpływa i będzie wpływać na tempo rozwoju samego kraju, który posiadając tak niezwykłe i pomysłowe zasoby ludzkie zwyczajnie je marnotrawi. Ot, wystarczy spojrzeć na ten bardzo ciekawy wpis o naszej kreatywności.

Wydaje się, że jest najwyższa pora na pewien bunt obywatelski. Chyba go właśnie doświadczamy, niestety w bardzo złej postaci, jaką jest zamiana sceny politycznej z nienowoczesnej na całkowicie konserwatywną. Nie ma się co łudzić. Odczucie, że – niezależnie od sektora – pracujemy za dużo za zbyt małe pieniądze, nieadekwatne do własnego wkładu w pracę, jest prawdziwe i będzie się odbijać w społeczeństwie coraz szerszym echem. Politykom już dawno powinny zapalić się czerwone lampki, ale oni lubią się budzić dopiero z ręką w nocniku pełnym po brzegi. Nie liczyłabym więc na to, że sami podejmą inicjatywę, pomimo iż powinni.

Choć rozwiązania systemowe muszą przyjść z góry, to z dołu musi wyjść jakiś nacisk. Nacisk też powinien być położony na niezgodę, by pracować za darmo, albo za półdarmo. To przecież my, swoją postawą kształtujemy rzeczywistość. Zaciskanie zębów i odmawianie sobie prawa do godności niczego nam nie zapewni. Dlatego ja sama od pewnego już czasu się na to nie godzę i odmawiam brania głodowych pieniędzy. Asertywności i stawiania granic trzeba się nauczyć, ale są one konieczne, by w dłuższej perspektywie lepiej żyło się wszystkim. Dla mojego pokolenia, wychowanego w komunie, to zadanie trudne, jednak nie niemożliwe. W ostateczności po co mam wkładać swój czas, siły i pieniądze w działania, za które sama mam zapłacić i za które nie dostanę zwrotu innego niż zachwyt i lajki na fejsbuku? Właściwej wyceny swojej pracy koniecznie trzeba się nauczyć, bo wyrzuty sumienia, że chce się „za dużo” nie nakarmią nas ani naszych dzieci. I trzeba też w końcu uwierzyć, że się zasługuje na zwrot.

Monika Czaplicka nikomu nie powinna się tłumaczyć z tego, ile zarabia za swój wykład. Powinna zarabiać tyle, ile jest odpowiednie dla jej kompetencji i ile ktoś będzie w stanie za to zapłacić. Bez oceny. Jeśli o mnie chodzi, to mam wygodny taras z leżakiem do kontemplowania jaskółek na niebie. Ale pracować za półdarmo dla innych już nie będę.

Aczkolwiek lajki potrzebne dla zwiększenia widoczności wpisu.

To już wiadomo, że Marta Frej.

To już wiadomo, że Marta Frej.