Bazylia w oleju i przepis na omlet z amarantusa

Kupiłam na Targu Pietruszkowym ogromną wiecheć bazylii. Była bardzo świeża i „mocna”, lekko kwitnąca, z daleka się ją czuło. Połowę pęczka wsadziłam w szklance z wodą do lodówki, połowę zawiesiłam do góry nogami, żeby wysuszyć. Ale tak mnie jakoś do niej namiętnie ciągnęło, tak mi się chciało coś z tymi kwiatostanami na czubkach zrobić… I wtedy przypomniałam sobie, czego się niedawno nauczyłam na Chwast’ingu. Głównym przykazaniem, z jakim zostawiła mnie Basia Styczeń było – rób co czujesz, rośliny cię poprowadzą. Tak powstała moja pierwsza bazylia w oleju.

Przemówiła do mnie siła roślin!

Zrobiłam tak, jak mnie prowadziło. Oberwałam wszystkie czubki bazylii, kwiaty razem z kilkoma górnymi listkami, i zapakowałam do słoika. Dorzuciłam dwa czubki już lekko podsuszonej melisy z poprzedniego targu (to samo eko gospodarstwo Gorzkowskich, tak samo mocna melisa) i zalałam tłoczonym olejem słonecznikowym.

Olej ten przyciągnęłam jesienią z biodynamicznej Winnicy Wieliczka, gdzie wpadłam pomóc przy winobraniu. Stał sobie i stał, bo w swojej kuchni stosunkowo mało tłuszczów używam. Padło na niego, choć wydawało mi się, że całość nadal tak będzie sobie stać.

Nic bardziej mylnego! Bazylia z melisą plus ten olej niespodzianie zrobiły mi tydzień jedzenia. Po prostu pożarłam całą tę butelkę oleju w kilka dni. Dodawałam do wszystkiego, a jak nie było do czego, to moczyłam w nim wafle kukurydziane, które chętnie podjadam w ramach chipsów. Przepyszny!

Intuicja do eksperymentów

Latem prawie nie jadam cięższych rzeczy i nawet z jajkami mi nie po drodze, cóż kiedy w lecie kury niosą jak szalone i zawsze coś przywiozę od mamy. Stały mi więc i jajka w lodówce, aż wreszcie zrobiłam jajecznicę na tym bazyliowym oleju. I wtedy zaczęło mnie skręcać na myśl o omlecie. Omlet, omlet, omlet.

Z mąkami w moich szafkach zwykle panuje deficyt, więc pomiędzy mąką z cieciorki a ziemniaczaną, wybór padł na tę z amarantusa. Amarantus potrafi mieć silny, ziemisty smak, ale zazwyczaj dobrze się łączy z innymi składnikami i nie dysharmonizuje potraw. Robiłam już wcześniej omlety z soczewic, fasol czy gryki, to czemu by nie spróbować amarantusa?

Sprawdziłam raz i wyszedł smaczny. Zjadłam z pesto z czosnku niedźwiedziego. A potem zrobiłam jeszcze raz i wyszedł jeszcze pyszniej. A to dlatego, że lekko nawodniłam mąkę świeżymi borówkami (jagodą leśną). Przywiozłam ze wsi, razem z kilkoma słoiczkami dżemu, który z nich ugotowałam (z dodatkiem goździków). Świetny pomysł, i te borówki w cieście i na cieście, i pesto z czosnku niedźwiedziego też.

Bazylia w oleju i przepis na omlet

bazylia w oleju
Omlet z amarantusa, bazylia w oleju, pesto z czosnku niedźwiedziego, borówki z goździkami, patera od Andrzeja Mędrka.

Bazylia w oleju:

  1. Kupić dobrą, aromatyczną bazylię, rosnącą w polu. Liście i – jeśli jest – kwiatostan oberwać i opłukać, potem osuszyć  papierowym ręcznikiem, lub zostawić do wyschnięcia na sitku (niezbyt długo, żeby nie straciła aromatów).
  2. Upchać do słoika tyle, ile chce się uzyskać wyraźnego smaku (ja miałam do połowy).
  3. Zalać nierafinowanym tłoczonym olejem (to najzdrowsza i najbardziej wartościowa wersja olejów). Użyłam słonecznikowego, ale mogą być też inne oleje. Jeśli chce się uzyskać smak ziół, lepiej wybrać niezbyt intensywny smak oleju, ale np. dobra oliwa w połączeniu z bazylią da świetną opcję. O ile komuś nie szkoda dobrej oliwy „psuć” bazylią.

Do bazylii dodałam odrobinę melisy, ale dobrze skomponują się inne zioła z grupy „prowansalskie” – wszystko zależy od efektu, jaki chce się uzyskać. Jeśli nie bazylia, to można spróbować innych ziół, które się akurat ma.

Omlet:

  1. 3 jajka rozbić i roztrzepać w misce.
  2. Dodać 3 łyżki przesianej mąki z amarantusa, wymieszać żeby nie było grudek.
  3. Dodać kopiastą łyżkę (niedużą garść) borówek (jagoda leśna), ugnieść je niezbyt dokładnie, wymieszać.
  4. Dodać szczyptę nieoczyszczonej soli (szara czy różowa).
  5. Można całość zostawić na kilka minut, żeby mąka lepiej nasiąknęła.
  6. Dużą patelnię polać lekko olejem, położyć kilka liści bazylii z oleju, rozgrzać, ale nie spalić.
  7. Wylać równomiernie masę na patelnię, przykryć i zmniejszyć ogień.
  8. Odwrócić i też pod przykryciem smażyć na lekkim ogniu. Jeśli jest potrzeba to minimalnie podlać olejem. Ja zwykle tego nie robię.
  9. Gotowe jest oczywiście wtedy, gdy się przyrumieni.

Jak pisałam, świetnie skomponuje się z wytrawnym pesto – na przykład z czosnku niedźwiedziego, albo na średnio słodko – w moim przypadku był to dżem borówkowy (jagodowy) z niedużą ilością goździków. Smacznego!

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o filozofii Chwast’ingu Barbary Styczeń, o podążaniu za wegetacją roślin, intuicyjnym ich przetwarzaniu, przygotowywaniu na zimę i gotowaniu, zapraszam na bardzo ciekawe warsztaty – tutaj informacje i zapisy.

Chwast’ing u Basi, opowiadaczki historii

Na współczesną nomadkę Basię Styczeń i jej czerwonego kampera, przy którym powiewa z daleka widoczna flaga „Chwast’ing” natknęłam się na Festiwalu Wibracje. Popróbowałam jej pysznych maceratów, hydrolatów ju i mieszanek ziołowych, posłuchałam, co mówi o podążaniu za wegetacją i uznałam, że to coś dla mnie. Zabukowałam najbliższy termin między jej podróżami i w drogę.

Dzikie Ranczo i chwast’ing czekają.

Sosnowy wielki las, czyste dzikie jezioro, parę hektarów łąk, piaszczysty step i permakulturowe uprawy – to otoczenie Rancza w Brzeźnie. Oczyszczająca siła tego miejsca działa od razu. Pierwszego dnia usiadłam na moment w suchych trawach stepu i niespodziewanie przespałam bite dwie godziny. Wstałam spokojna, z wyczyszczoną głową, gotowa do zmian. Samo dobro.

chwasting chwast'ing
Dzikie łąki w Brzeźnie – sam kontakt daje oczyszczającą moc.

Przeczucie nie myliło mnie – Basia jak mało kto rozumie świat roślin i ma niesamowity kontakt z Matką Ziemią. Jest zielarką z łąk, posiadającą głęboką intuicję, popartą wiedzą ajurwedyjską i praktykami medytacyjnymi w Indiach. Łaziłyśmy więc po całej okolicy za ziołami na ten jej „chwast’ing”, prowadząc przy tym ważne dla mnie rozmowy.

Co akurat rosło, szło do miodu, oleju kokosowego, na kombuchę, albo do suszenia. Na jadalne kosmetyki i na jedzenie, którym można się wzmacniać i leczyć. Warzywa z ogrodu, owoce z krzaka, do buzi lub do gara. Proste życie, proste jedzenie, dobre uczucia i emocje. Bo chwast’ing Basi to też filozofia.

chwasting chwast'ing
Kombucha, z którą Basia rozmawia, jak z domowym zwierzaczkiem.
chwast'ing w Brzeźnie
Te żółte zapakowałam do oleju kokosowego i przywiozłam do domu. Podobno wspomagają nieśmiertelność :)))

Bliskość Natury pozwala na wewnętrzną integrację, to na pewno. Daleko od miasta można usłyszeć swój wewnętrzny głos, swoje myśli. Można poczuć spokój, choć na chwilę. Potem można go szukać w maleńkich przytuliskach zieleni w mieście i tuż za miastem. Zawsze jakieś się znajdzie.

Basia – opowiadaczka historii

Kiedy pisałam postać Bazylii ze swojej powieści, miałam na myśli kobietę, jaką chciałabym się stać. Kiedy poznałam Basię, zobaczyłam Bazylię. Ona już stała się taką Bazylią. Kobietą mądrą, spełnioną, dziką i przede wszystkim wolną. Ja jestem gdzieś w pół drogi, pomiędzy kolejnymi etapami życia. Jeden rozdział wyraźnie mi się skończył, dlatego potrzebowałam czegoś, co pozwoliłoby mi domknąć wewnętrzne procesy, towarzyszące przejściu na kolejny poziom.

Przez te dni w Brzeźnie dałam się prowadzić Basi i jej opowieściom o życiu. Pytałam o zagadnienie, albo sytuację, w jakiej się znajduję, a w odpowiedzi dostawałam historię. „Coś podobnego zdarzyło się mi/komuś kogo znam. Było tak i tak, skończyło się tak i tak”. Wnioski wyciągałam sama w trakcie opowieści. Najlepszy sposób na zrozumienie, ważne, by się otworzyć.

chwasting chwast'ing
Cud prostego jedzenia – młode ziemniaki i dal z cieciorki, świeżego kopru i młodej marchewki, wyrwanej z ziemi.
chwasting chwast'ing
Cud prostego jedzenia – młode ziemniaki i dal z cieciorki, świeżego kopru i młodej marchewki, wyrwanej z ziemi.

Bardzo dużo dały mi rozmowy z kobietą, która jest już w tym miejscu świadomości, do którego ja dopiero zmierzam. Dostałam mnóstwo inspiracji i wróciłam z workiem przemyśleń. Najważniejsza lekcja to to, aby słuchać siebie, oddzielić to, co pochodzi z wnętrza od tego, co jest cudze, zewnętrzne. Nie ulegać presji, nie spieszyć się, dać sobie przestrzeń i czas na najważniejsze dla siebie rzeczy.

A co jest najważniejsze? Co przynosi szczęście? Trzeba sobie samemu odpowiedzieć. Gdzieś w środku, w sercu każdy nosi taki idealny obrazek siebie i swojego życia. Czasem okazuje się, że nie trzeba biegać za ogonem, boksować się ze światem, ani zaharowywać na śmierć. Czasem najprostsze rzeczy bywają najlepsze.

Kobieca siła tkwi w spokoju

W jednej ze swoich opowieści Basia powiedziała: „Jestem wojowniczką, gdy ktoś dotkliwie nadepnie mi na ogon – odcinam głowę”. Popatrzyłam na nią z niedowierzaniem – tak łagodna, ciepła, pełna miłości i cierpliwości istota potrafi się zdenerwować? Rozejrzałam się po jej promieniującym spokojem otoczeniu i znowu uznałam, że to niemożliwe. Pomyślałam, że stosuje jakaś hiperbolę dla nadania mocy swojej historii.

chwasting chwast'ing
Weranda, na której dzieją się cuda, noc, która nigdy nie ciemnieje.

Zobaczyłam w niej tę wojowniczkę ostatniego dnia, w drodze do Poznania. Tam wsiadałam w pociąg, ona zaś udawała się w swoją stronę. Wcześniej zrobiłyśmy przystanek w Gorzowie, gdzie trzeba było coś załatwić w urzędach. Nic właściwie się nie wydarzyło. Po prostu twarz Basi przybrała skupiony wyraz.

Ale to wtedy dostrzegłam w niej lata doświadczeń, odbite w nagle surowo ściągniętych ustach. W wyostrzonym spojrzeniu, którym mierzyła przygotowane papiery. W zdecydowanym kroku, którym przemierzała urzędowe korytarze. W nadal ciepłym i łagodnym, jednak stanowczym tonie głosu, z którym się nie dyskutuje. Była rzecz do zrobienia i ona ją po prostu robiła. Wtedy zrozumiałam, że faktycznie, jeśli tylko trzeba, jak niemiłościwa Kali, odcina te głowy.

chwast'ing
Póki co, ta kosa służy tylko do wycięcia pokrzyw w drodze do agrestu i porzeczek…
chwasting chwast'ing
Moc dzikiego jeziora, przynosząca wytchnienie w drodze i szczęście obcowania z czystą wodą.

Nauczyłam się, że moc kobiety przejawia się na różne sposoby. Może się ujawnić w zapachu ręcznie zbieranych ziół lub w promieniach słońca, ogrzewającego macerat. W pogodzie ducha, która towarzyszy codziennym czynnościom. W daniu sobie czasu, by w drodze dla ochłody przystanąć nad jeziorem. W pilnej obserwacji swoich emocji, uczuć i potrzeb. W skutecznym załatwianiu spraw. W odcinaniu głów niszczycieli. W byciu sobą.

Wojowniczka z mieczem przewieszonym w czasach pokoju przez plecy, może użyć go we właściwym momencie. Nie będę się więc wahać, gdy moment ten nastąpi. Kwestia właściwego rozróżnienia.

24-26 sierpnia 2018 r. Basia Styczeń będzie prowadzić warsztaty na terenie biodynamicznej Winnicy Wieliczka pod Krakowem. Gorąco polecam Chwast’ing! W warsztatach udział weźmie też założycielka winnicy Agnieszka Rousseau, która opowie o żywej wodzie, oraz ja, Renata Rusnak, z medytacjami z duszą w poszukiwaniu własnej mocy. TUTAJ PROGRAM, zapraszamy!

Poszłam na masaż tajski, wróciłam zdziwiona

Poszłam na masaż tajski, a właściwie na jego weekendowy kurs. Akurat był po raz pierwszy w Krakowie Alfonso Cazenave z Karuna Bodywork. Zwykle stacjonuje w Warszawie, choć można go spotkać na różnych warsztatach w całej Polsce. Bardzo wzbogacające doświadczenie.

Nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać – choć brałam wiele różnych masaży, z tajskim nie miałam wcześniej kontaktu. Słyszałam tylko, że jest głęboko relaksujący i jakoś tam pomaga ogółem na zdrowie czy kondycję. Nie pociągała mnie ta obiegowa opinia, gdy mój kręgosłup przechodził różne, mniejsze lub większe stadia bólu. Wydawało mi się, że klasyczny masaż jest dokładnie tym, czego mi potrzeba. A tu niespodzianka – prawidłowo przeprowadzony masaż tajski pomaga i na kręgosłup i na inne bóle i napięcia w ciele. Po prostu robiony jest nieco inaczej, mniej siłowo.

Ciekawe w nim jest to, że przeprowadza się go w ubraniu. Wiadomo, powinno być luźne i wygodne, ale nie ma żadnego rozbierania, nacierania olejami. Najważniejsze wydaje się wyczucie ciała i przepływów energii w nim. Masażysta w łączności ze sobą nawiązuje energetyczny kontakt z osobą biorącą masaż. Potem przez odpowiednie poruszanie kończyn sprawdza napięcia i przykurcze mięśni czy stawów, na podstawie których decyduje o tym, z którą częścią ciała będzie pracował najintensywniej i najdłużej.

masaż tajski Karuna Bodywork
Alfonso Cazenave pokazuje w jaki sposób można używać grawitacji własnego ciała do mniej męczącego, ale efektywnego masażu tajskiego.

Doświadczony masażysta, już przy pierwszych pociągnięciach za nogi wyczuwa, w którym miejscu kończy się elastyczność. Teraz miejsca problematyczne musi przepracować w ten sposób, by jak najbardziej je rozluźnić i udrożnić. Osiąga to przez bardzo powolny, ale stały nacisk na daną tkankę oraz na główne linie energetyczne (meridiany) aż do granicy bólu.

W odróżnieniu od klasycznego, w masażu tajskim unika się przekraczania progu bólu, który odczuwany jest jako nieznośny. Nie oznacza to – jak mi się cały czas wydawało – że całość kończy się na słodkim mizianiu. Podczas warsztatów Alfonso przykładał szczególną wagę do tego, by uwrażliwić nas na odnajdywanie dłońmi różnic między konkretnymi tkankami, ale też między ich kształtem i przebiegiem linii energetycznych w ciele. By odróżniać tkanki zdrowe od napiętych. Dochodzenie do granicy bólu i taka praca z tkanką mięśnia czy stawu, żeby ją uelastycznić, ale i odblokować, pobudzić i uruchomić, daje bardzo dobre efekty.

masaż tajski Alfonso Casenave
Masaż tajski w ubraniach jest nie mniej wartościowy niż ten na gołe ciało

Dość niespodziewanie podczas tych ćwiczeń poukładała się moja dość rozproszona wiedza z różnych technik naturopatii, z których coś tam dla siebie liznęłam. Tradycyjna Medycyna Chińska, ajurweda, Hatha Joga czy akupresura, a nawet różne techniki zachodniego masażu, uwzględniające energetykę ciała człowieka, nagle połączyły się w jedno. Scaliła się świadomość swojego (ale i cudzego) ciała, lepiej zrozumiałam przepływ energii, a nawet szerzej uświadomiłam sobie proces dawania, brania i wymiany pomiędzy ludźmi. Taki wyraźny klik w głowie. Aha, to tędy płynie. Aha, to tak wygląda…

Fajnie scaliło mi się też to doświadczenie z rozumieniem zapisanych w ciele emocji, związku ciała z emocjami. W ostatnim czasie eksploruję psychoterapię przez ciało Lowena i rozumienie chorób/schorzeń według Totalnej Biologii/ Biologiki/ Pięciu Praw Natury. Każda zmiana naturalnej sylwetki i każda „choroba” to jakaś konkretna emocja, konkretny konflikt czy sytuacja stresowa. Niesamowicie było odkryć własne blokady, które np. uparcie ignoruję, nie chcąc się mierzyć z tym, co za nimi się kryje. Mogę sobie kłamać ile chcę, ale ciało nie kłamie nigdy. Gdy się wymienialiśmy rolami i to ja brałam masaż, pouwalniały się wszystkie emocje, poukrywane w pozornie luźnych stawach. Wyszłam więc z warsztatów mądrzejsza o własne tajemnice.

Cały czas, gdy piszę ten tekst, myślę o Alfonso Cazenave nie jako o masażyście, a jako o terapeucie. Nie tylko dlatego, że masaż tajski w jego wydaniu jest leczniczy (nie mam porównania do innych trenerów), ale i jego osobowość ma w jakiś sposób uzdrawiający wpływ na kursanta (na mnie miała).

masaż tajski Alfonso Cazenave
Alfonso Cazenave, Karuna Bodywork. Przypadek czy nie, że ćwiczyliśmy w Kontakcie. Przestrzeni ruchu i tańca, gdzie ściany dekorują energetyczne malowidła mojego znajomego, Patryka Chwastka? :))

Dlaczego? Bo uwrażliwiając nas na ciało drugiej osoby, uwrażliwił nas tak naprawdę na siebie samych. Pokazał, jak głęboki poziom samoświadomości fizycznej i emocjonalnej można osiągnąć, gdy przez cały czas utrzymuje się uwagę na sobie. Bardzo przydałoby mi się to zrozumienie, gdy pisałam Sto siedemdziesiątą pierwszą podróż Bazylii von Wilchek, szczególnie przy fragmencie, w którym tybetański lekarz, pan Yeshi Gyatso przywraca do życia bliską śmierci Bazylię (co za spoiler!).

[książka] [recenzja]

Dużą zasługę dla tego procesu miał oczywiście sam Alfonso – niezwykle cierpliwy, empatyczny a jednocześnie precyzyjny w tym, co chce przekazać.  Całe doświadczenie poczułam/odebrałam jako bardzo wyraźną i ważną cegiełkę do mojego osobistego rozwoju. Tym cenniejszą, że do tej pory operowałam własną duchowością poniekąd poza ciałem, w oderwaniu od niego.

Wiadomo, że każdy, kto się wewnętrznie rozwija dojdzie do tego momentu, gdy kliknie mu świadomość na przykład pożywienia, jakie jada. U mnie ten proces zaszedł jakieś 9 lat temu, a jego kulminacją było Ekobistro Papuamu. W pewnym momencie klika też umiejętność rozpoznawania pozytywnych i negatywnych wibracji, jakie wnoszą ludzie i miejsca. Żeby jednak kliknęło zrozumienie, że chcesz czy nie, jesteś istotą fizyczną – do tego potrzeba jakiegoś małego „oświecenia”. Mnie oświeciło akurat na warsztatach tajskiego masażu z Karuna Bodywork. Może warto spróbować?

[Artykuł nie jest sponsorowany, polecam od serca] [Zdjęcia z mojego telefonu, lepsze tu] [W Kontakt. Przestrzeń ruchu i tańca na Szpitalnej zbierają się grupy trenujących masaż, polecam, fajne miejsce, fajni ludzie]

Masaż tajski to też świetna okazja do poznania wielu wspaniałych ludzi!

Bhutańskie kino, Miód dla dakini, recenzja

Z okazji Festiwalu Pięciu Smaków do Polski zawitało bhutańskie kino (link), a kto czytał moją powieść, ten wie, że jej akcja toczy się właśnie w Bhutanie. Jasne było, że się wybiorę, szczególnie że polska premiera przypadła na dzień po moich urodzinach! W Krakowie grają go w Kice, niedużym offowym kinie, w którym jest salka na 12 miejsc z wygodnymi pufami zamiast siedzeń. Można wziąć w bufecie kawę, domowe ciastko, kraftowe piwo, albo węgierskie wino i zasiąść z przyjaciółmi. Bilet – 15 zł. Tak też uczyniliśmy, i był to naprawdę świetny pomysł na spędzenie czasu w gronie przyjaciół, którym chce się pogadać i podzielić wrażeniami.

Miód dla dakini to film, który można nazwać baśniowym kryminałem. Pod tym względem dość fajnie współgra z fabułą mojej powieści, Sto siedemdziesiąta pierwsza podróż Bazylii von Wilchek.

[książka] [adekwatny fragment] [recenzja]

Okazało się, że jest to całkiem interesujące kino azjatyckie dla fanów pięknych widoków, powolnej akcji, nieopatrzonej scenerii i symboliki, którą rozumie się tylko do pewnego stopnia. Jednym słowem, dla każdego, kto lubi oglądać rzeczy, których nie zna, spoza swojego kulturowego kręgu.


Po projekcji wszyscy jak jeden mąż uznaliśmy, że film mimo swoich niedociągnięć, oferował pewną magię, która „została pod powiekami”. Fabuła wydawała się prosta, choć w pewnym momencie trochę się pogubiliśmy. Coś z cyklu „zabili go ale się oświecił, w dodatku to była ona, ale nie ta, co ją ze skały spychali”.

Ktoś zgłasza na policję zniknięcie przeoryszy klasztoru, zrzucając winę na piękną Choden – nieznajomą, która niedawno zamieszkała w klasztorze. We wsi Choden nie jest lubiana – nazywa się ją czarownicą i obwinia o wszystko, łącznie z przysłowiowym kiszeniem mleka.

Refleksja nasuwa się sama – jak to możliwe, żeby we wszystkich kulturach i stronach świata, młode, niezależne i piękne kobiety zawsze wzbudzały te same uczucia – zazdrości, zawiści, niepokoju, a przede wszystkim były obwiniane o czary? Wzorzec stary jak świat, pytanie tylko, dlaczego mit czarownicy jest tak uniwersalny?

Detektyw Kinley [kinle], który podąża za Choden, usiłując znaleźć dowody jej zbrodni, jest spokojnym, zrównoważonym (nieco nudnym i mrukliwym) strażnikiem porządku. Można dodać, że pod względem przenikliwości, Sherlockiem Holmesem zdecydowanie nie jest. Ale idzie za mało mówiącą (a i to metaforami) Choden, i dużo rozmyśla. Robi to jednak w ciszy, oszczędnie grając skąpą mimiką.

Bhutańskie kino, miód dla dakini
Dechen Roder, Miód dla dakini (Honeygiver Among the Dogs), Bhutan, 2017.

Bardzo długie (za długie) i częste (zbyt częste) zbliżenia na jego twarz, irytują, ale jednocześnie powodują, że sami wsiąkamy w lekko hipnotyczny stan i otumanieni jak detektyw Kinley, suniemy za zwiewną postacią Choden. Za kobietą, którą od pierwszego do ostatniego kadru przesiąka cały obraz, łącznie z niepokojącymi snami Kinley.

Zdarzenia, których nie ma zbyt wiele i nie do końca są jasne, nie mają większego znaczenia. Znaczenie ma tylko to, że dobro wygrywa, a zło zostaje ukarane, choć na skromną miarę zwykłych ludzi. Uniwersalne przesłanie filmu jest w pełni zgodne z oficjalną filozofią Królestwa Bhutanu.

Opiera się ona na czterech filarach – dobrych rządach i moralności władzy (tu zwykły policjant może powiedzieć niemoralnemu przełożonemu, żeby się wyniósł ze stanowiska), kultywowaniu dziedzictwa (ubiór, tradycja), zrównoważonym rozwoju oraz ochronie środowiska (wątek walki o klasztorne ziemie, zasobne w minerały).

Trochę propaganda, a trochę baśń o ideałach. I tak, jak w dobrej baśni, zostajemy wciągnięci w coś, czego nie do końca rozumiemy, a co snuje się za nami dokładnie tak, jak Kinley po bhutańskiej dżungli i egzotycznych uliczkach Thimphu. Tym bardziej, że w nastroju film zachowuje sporo wdzięku i jest niezwykle urokliwy.

To w końcu święta czy wiedźma?

To, co moim zdaniem wyróżnia obraz bhutańskiej reżyserki Dechen Roder, to interesujący wątek dakini – oświeconej kobiety, chyba pierwszej w historii kina. Do tej pory nie spotkałam żadnej oświeconej joginki czy mniszki w kinie wschodnim, o zachodnio-chrześcijańskim nie wspominając. Były tylko dziewice, męczennice, ewentualnie wniebowstąpione. Czytałam, że w buddyzmie bhutańskim stosuje się równouprawnienie, może więc i pięćsetletnia legenda o oświeconej dakini jest w Bhutanie czymś normalnym, może to nie przejaw feminizmu reżyserki? Bhutańskie kino w tym mnie zaskoczyło. Jeśli ktoś zna film o oświeconej kobiecie, to proszę, niech koniecznie da znać.

Bhutańskie kino, miód dla dakini
Magiczne bhutańskie kino

Przepięknie zresztą miesza się tu wątek oświeconej kobiety z czarownicą – wieśniacy obrzucają ją kamieniami, podczas gdy ona medytuje, i dopiero mała dziewczynka (jak piękna kontynuacja kobiecej mądrości), przynosi mniszce miód. Gdyby w tej samej wsi pojawiał się oświecony facet, który usiadałby na środku i medytował, to choćby i źródło wyschło i bydło padło i niemowlęta poumierały, nikt by na niego ręki nie podniósł. Zaraz znieśliby mu jadło i dary i prosili o to, by jego mądrość i świętość przebłagały bogów… Czy to chodzi o moce kobiece, których się świat jednak boi? Dlaczego?

Dlaczego oświecona kobieta to wroga czarownica, a oświecony mężczyzna to święty mędrzec?

Oglądając film, nie da się uciec od poczucia, że wysokogórska, wiejska ludność Bhutanu stoi na dość prymitywnym poziomie, szczególnie w sferze wierzeń. Bardzo mi się od razu przypomniał krótki film dokumentalny, kręcony w 1956 roku w sąsiedniej wsi, w której się urodziłam. Gorąco polecam, jest bardzo interesujący. Skalna ziemia

Bhutańskie kino

Dobrze jest zobaczyć to zdumiewające pod wieloma względami królestwo, którego prawie nie widać gdzie indziej (ostatnio najłatwiej znaleźć na Instagramie). W kinie zdjęcia z Bhutanu są w filmach Khyentse Norbu Puchar Himalajów i Podróżnicy i magowie – co też jest niesamowite, bo Dzongsar Jamyang Khyentse Norbu jest bhutańskim rinpoche, czyli czymś na kształt naszego biskupa! (I to on jest imiennikiem rinpocze Dzongsara Drukpy z mojej powieści, a pomysł na Tashiego zaczerpnęłam z jego Pucharu Himalajów). Również część zdjęć do Małego Buddy Bertolucciego kręcona była w Bhutanie, w Paro).

Koniec końców, nawet bez brania poprawki na to, że Miód dla dakini został wyprodukowany w kraju, który swoją kinematografię rozwija od bardzo niedawna, głównie w kierunku popularnego w tamtej części świata Bollywoodu i łatwych komedii romantycznych, film mogę polecić z czystym sumieniem. Mimo iż jest dla miłośników kina w rytmie więcej niż slow, warto go obejrzeć, dla samych bodaj krajobrazów. Czekam na kolejne produkcje z tamtego kręgu kulturowego i mocno trzymam kciuki za bhutańskie kino.

[moja powieść] [adekwatny fragment] [recenzja]

Restauracje w Krośnie – wizyta warta zachodu

Jak już Kochanowski pisał: „Szlachetne Podkarpacie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż nie skosztujesz”, tako i ja rzekę. Jedźcie i kosztujcie, bo więcej niż warto. Byłam cztery razy i pojadę jeszcze, bo każdy raz utwierdza mnie w przekonaniu, że ta część Polski smakuje znakomicie. Szczególnie, że tym razem odwiedziliśmy aż trzy bardzo dobre restauracje w Krośnie – na tyle niewielkim mieście (47 tys. mieszkańców), żeby się tego wcale nie spodziewać (no wiem, że brzmi pretensjonalnie, przepraszam).

Troszkę zabrakło czasu, żeby się z Krosnem bliżej zapoznać – objazdy studyjne mają to do siebie, że są bardzo skondensowane i zadaniowe. Pięć restauracji, w każdej po kilkanaście dań – uwierzcie mi, ciężka to praca, a i czasu na zwiedzanie nie zostawia wcale. Bardzo szkoda, bo szybki rzut oka na krośnieński, bardzo urokliwy Rynek z renesansowymi kamienicami podpowiada, że można byłoby tu znaleźć parę pięknych miejsc.

 

Rynek w Krośnie, 2017.
Rynek w Krośnie, 2017.
Rynek w Krośnie, grudzień 2017.
Rynek w Krośnie, grudzień 2017.

 

Krosno, jak prawdopodobnie wszystkim, kojarzyło mi się ze szkłem – krośnieńskie lampki na wino, karafki, szklanki, wazy, flakony, również te formowane ręcznie, są symbolem jakości. Nie brakuje tu artystów pracujących w szkle, a i piękna szklana biżuteria stąd pochodzi. Polecam prześledzić fanpejdż Centrum Dziedzictwa Szkła. Co tam jednak szkło, kiedy mowa o kuchni!

Restauracje w Krośnie

Od teraz Krosno będzie mi się kojarzyło z doskonałą kuchnią. Najpierw trafiliśmy do działającej od kilku miesięcy przy Rynku restauracji Wino & Talerzyki. Autorski koncept Daniela Aniołowskiego i Adriana Boczara. O Aniołowskim i jego świetnej selekcji win karpackich pisałam półtora roku temu tutaj, wspominając wizytę w Dworze Kombornia. Kombornia posiada jakąś magiczną moc, przyciągania do siebie interesujących osobowości – okazało się, że wszystkie odwiedzone przez nas restauracje w Krośnie, współtworzą ludzie, którzy wcześniej pracowali na kombornieńskim dworze.

 

Restauracje w Krośnie, Daniel Aniołowski i Adrian Boczar, Wino & Talerzyki, grudzień 2017.
Restauracje w Krośnie, Daniel Aniołowski i Adrian Boczar, Wino & Talerzyki, grudzień 2017.

 

Zarówno Adrian Boczar z Wino & Talerzyki, jak i Łukasz Marcin Karnasiewicz właśnie w Komborni prowadzili kuchnię. Tych dwóch łączy historia współpracy w restauracji Naftaya w Hotelu Nafta, gdzie w tej chwili został Karnasiewicz. I ten ostatni szefuje trzeciej knajpie z naszego objazdu – Stare Krosno.

Jest to jakiś mały fenomen środowiskowy. Tym bardziej, że menu w każdym z tych miejsc jest od siebie zupełnie różne, a swoimi odmiennymi stylami miejsca te uzupełniają się bez pudła.

Wino & Talerzyki to świetna selekcja win, idealnie dobranych i proponowanych do dań przez Aniołowskiego plus owe talerzyki – porcje degustacyjne w cenie… 10 zł za sztukę, komponowane przez Boczara i zmieniane co tydzień.

Wyróżniają się talerzyki pieczołowitością swoich kompozycji. Zdecydowanie trzeba byłoby powtórzyć wizyty kilkakrotnie, żeby się upewnić, czy poziom, którego próbowaliśmy był standardowy, tymczasem cieszyliśmy się niemal doskonałą ucztą dla podniebienia. Tym szczęśliwszą, że każdemu daniu towarzyszyło wino z winnicy Sztukówka, ale w tak idealnym połączeniu konkretnych roczników z daniami, że choć znam te wina dobrze, byłam szczerze zaskoczona ich możliwościami! Jak to się mówi, w punkt.

 

Restauracje w Krośnie - opieńka, żółtko, palone siano (wegetariańska wersja tatara) oraz jesiotr, karmelizowany por, jarmuż, Wino & Talerzyki.
Restauracje w Krośnie – opieńka, żółtko, palone siano (wegetariańska wersja tatara) oraz jesiotr, karmelizowany por, jarmuż, Wino & Talerzyki.
Restauracje w Krośnie - królik, kapusta, rydz oraz ciemna czekolada, pomarańcza, beza, Wino & Talerzyki.
Restauracje w Krośnie – królik, kapusta, rydz oraz ciemna czekolada, pomarańcza, beza, Wino & Talerzyki.

 

Zje się tu bardzo nowoczesne, a jednak proste dania, pozbawione pianek, ciekłych azotów i innych technologicznych nowinek, które powoli wychodzą z mody. Smak i struktura oparte są wyłącznie o połączenia dobrze skomponowanych składników. Składniki zaś to lokalne, pochodzące z jak najbliższej okolicy Krosna produkty. I nie rzucam tu czczych słów o „lokalności”.

 

Restauracje w Krośnie - lokalne (dobre) sery i karpackie nalewki z Korczyny, Wino & Talerzyki.
Restauracje w Krośnie – lokalne (dobre) sery i karpackie nalewki z Korczyny, Wino & Talerzyki.

 

Podkarpacie chyba dzięki temu, że nigdy nie zostało wysiedlone, naprawdę cieszy się silną tradycją żywności. To tu, jak nigdzie indziej dostaniesz porządny chleb w niemal każdym sklepie, co chwilę natkniesz się na świetnego producenta, spróbujesz domowych (dobrych) alkoholi. Ekologiczne uprawy też nie są tu zaskoczeniem. Łatwo się było o tym przekonać ostatniego dnia naszego wyjazdu, na Ekogali w Jasionce. Ilość i jakość produktów z Podkarpacia jest naprawdę imponująca.

Kiedy porównuję siłę i jakość tradycyjnego jedzenia tu i na swoim rodzinnym Podhalu, to Podhale – choć też nigdy nie wysiedlane – wypada bardzo słabo. Zapewne zepsuło się przez niewymagających turystów, łatwość wciskania im kitu oraz – być może – trudne warunki klimatyczne do upraw. Na pewno powszechna emigracja do Ameryki też zrobiła swoje. Nasi górale nauczyli się, że można żyć łatwiej niż Pon Bucek im kazał… (Ale żeby nie było, i na Podhalu znajdzie się, choć z większym trudem, przepyszne, tradycyjne jedzenie 1, 2).

Siłą Podkarpacia jest zresztą jego ustystematyzowanie. Prężnie działające Stowarzyszenie Pro Carpathia i bardzo dobrze opracowany Szlak Kulinarny zdecydowanie pomagają i motywują producentów do trzymania się tradycji. Jeśli nie wiecie, gdzie zjeść, co zobaczyć lub gdzie się zatrzymać na Podkarpaciu, to sięgnijcie do owego szlaku – w tym roku został wymieniony przez National Geografic jako jeden z siedmiu cudów Polski.

Stare Krosno jest całkowitym przeciwieństwem nowoczesnych Talerzyków. To kuchnia bardzo tradycyjna, mięsna, obfita, zapijana starokrośnieńskim piwem i destylatami (chrzanówka!). Ulokowana w renesansowej kamienicy przy Rynku oferuje dania, które nie należą do mojej codziennej raczej roślinnej i lekkiej diety.

 

Restauracje w Krośnie - mięsiwa różne, widok ledwie na kawałek suto zastawionego stołu! Stare Krosno, grudzień 2017.
Restauracje w Krośnie – mięsiwa różne, widok ledwie na kawałek suto zastawionego stołu! Stare Krosno, grudzień 2017.

 

Naprawdę sceptycznie spojrzałam na stół, na który wjechały schabowe z kością, karkówki, kaczki, gęsi, ryby, opiekane ziemniaki, zasmażane kapusty i co tam jeszcze… No i musiałam zdjąć czapkę z głowy, bo wszystko było przygotowane wyśmienicie i na bardzo dobrym produkcie. No po prostu jak Wielkanoc u dziadka na bogato zaraz po świniobiciu. I ceny jakieś takie, że w Krakowie nie do pomyślenia.

Za tę kuchnię odpowiada szef kuchni z Naftayi, Łukasz Marcin Karnasiewicz. I tutaj czekała mnie kolejna niespodzianka, bo kiedy widzisz tak całkowicie tradycyjną kuchnię, nie spodziewasz się, że jej twórca potrafi wyserwować dania bardzo nowoczesne.

A Naftaya to połączenie dwóch sił – i tej nowoczesności, z tendencją do unikania zbyt ekstrawaganckich eksperymentów, których leciutki posmak możemy znaleźć w Talerzykach, i tradycji, próbowanej w Starym Krośnie, lecz zdecydowanie zmodernizowanej. Nie zawaham się powiedzieć, że takie dania jak krem z kiszonej kapusty na półgęsku z jajkiem i rydzami zasługuje na rekomendację Slow Foodu.

 

Restauracje w Krośnie - krem z kiszonej kapusty, półgęsek, rydze, Naftaya, grudzień 2017.
Restauracje w Krośnie – krem z kiszonej kapusty, półgęsek, rydze oraz jeleń z krupniokiem, buraczkami, miodem i puree kasztanowym, Naftaya, grudzień 2017.

 

Naftayę warto jeszcze wspomnieć z powodu serwowanych tu kordiałów, niegdyś powszechnie stosowanych jako lek na serce. Ponoć kordiał tym różni się od nalewki, że dany składnik maceruje się wódką, dosładza miodem lub cukrem i jednocześnie zakwasza cytryną. Wikipedia stawia znak równości między kordiałem i nalewką, ale chyba się w tym względzie myli. A, piliśmy również w Naftayi zacny wermut z derenia.

 

Restauracje w Krośnie - ravioli, boczek, kaczka, jajko, oraz wermut z derenia! Naftaya, grudzień 2017.
Restauracje w Krośnie – ravioli, boczek, kaczka, jajko, oraz wermut z derenia! Naftaya, grudzień 2017.

 

Tak więc w świętej trójcy krośnieńskiej znajdą się Naftaya z jej nowoczesną kuchnią polską i kordiałami, Stare Krosno jako przedstawiciel tradycyjnej kuchni polskiej z piwem i wódkami oraz Wino & Talerzyki z kuchnią nowoczesną, łączoną z winem.

 

Przycupnięty między gomułkowskimi blokami sympatyczny Pałac Polanka, 2017.
Przycupnięty między gomułkowskimi blokami sympatyczny hotel Pałac Polanka, 2017.

 

Po takiem poziomie trzech pod rząd restauracji w Krośnie, kuchnia hotelu Pałac Polanka, gdzie nocowaliśmy, wypadła już tylko dobrze, wspomnę ją jednak z dwóch powodów. Zważywszy na to, że trzy poprzednie restauracje były świetne, oraz że była to nasza  p i ą t a  restauracja tego dnia, fakt, że było „tylko dobrze” mówi wiele. Ciężko udźwignąć podniebienia ludzi konających z przejedzenia. Ale ważniejsza sprawa to śniadanie – podobała mi się i prezentacja i obfitość lokalnych produktów. Jak bardzo jest to różne od standardowych byle jakich śniadań hotelowych! Zdjęcie, które wybrałam na główne do tego postu zrobiłam właśnie na śniadaniu w Pałacu (u góry postu).

 

Restauracje w Krośnie – już tylko poprawna, bezpieczna i lekko bezosobowa kuchnia Mariusza Zalichty w Pałacu Polanka. Grudzień 2017.
Bardzo fajne, ładnie zaserwowane śniadanie z lokalnych produktów, Pałac Polanka, 2017.

 

Polecam relację z pozostałych restauracji i karczm, które odwiedziliśmy w tym objeździe – koleżanka Magda z Garńca Smaku opisała je lekkim piórem tutaj. Ciekawy odcinek Radka Kotarskiego z cyklu Podróże z historią o wytwarzaniu szkła można obejrzeć tutaj. W zaś Krakowie można zerknąć do Centrum Szkła i Ceramiki na Lipowej 3. I koniecznie wybierzcie się na jakiś weekend pod naszą południowo-wschodnią granicę.

Partnerzy wyjazdu Podkarpackie, Przestrzeń Otwarta i Podkarpacki Szlak Kulinarny.

Bhutan. Chcę pojechać do Królestwa Grzmiącego Smoka

Wciśnięte między Chiny i Indie, malutkie Królestwo Bhutanu zafascynowało mnie na początku 2013 roku, kiedy król Jigme Khesar Namgyel Wangchuck ogłosił, że jego rolnictwo będzie w pełni ekologiczne. Bhutan był pierwszym państwem na świecie, które to otwarcie zdeklarowało. Organiczne uprawy, jako naturalne dobro narodu, zostały wpisane do konstytucji, co skutecznie zamknęło drogę szkodliwym korporacjom typu Monsanto.

Do konstytucji została również wpisana ochrona bhutańskich lasów przed wycinką. Po wsze czasy co najmniej 60% powierzchni Bhutanu mają pokrywać lasy! W tej chwili 72% całego królestwa jest zalesiona, a oni je chronią. Minister Szyszko by ich wyśmiał, ale ja niezwykle szanuję to jedyne państwo na świecie o ujemnej emisji dwutlenku węgla.


(są polskie napisy)

Wszystko przez to, że w latach 70. ubiegłego stulecia czwarty król, Jigme Singye Wangchuck, zaproponował filozofię Szczęścia Narodowego Brutto. Oparł ją na czterech filarach: zrównoważonym rozwoju, moralnych rządach, kultywowaniu dziedzictwa oraz ochronie środowiska, a następnie wdrożył je w życie. Do dziś Królestwo wydaje się uprawiać spójną politykę, w której te wartości nie pozostają pustymi frazesami.

Robi się tam rzeczy, o których gdzie indziej zupełnie się nie myśli. Na przykład specjalnie dla żurawi, które co roku na jesieni zlatują do doliny Phobjikha, wszystkie kable wkopano w ziemię i tak poprowadzono trasy, by ludzie nie wchodzili im w drogę. Południowe stoki gór pozostawiono do swobodnego przemieszczania się tygrysom. Ochroną otacza się prawie wszystkie gatunki zwierząt, jakie występują na terenie Królestwa. Kładzie się też silny nacisk na rozwój wsi, dzieci w szkołach uczone są rolnictwa i rzemiosła, a wszystko przez to, że w koncepcji Szczęścia Narodowego Brutto zwraca się uwagę na wpływ środowiska naturalnego na szczęście ludzi.

Z czasem, stopniowo stawałam się mentalną obywatelką królestwa Bhutanu o jednym z najniższych PKB na świecie. Im więcej się dowiadywałam, tym łatwiej było mi się nim fascynować. W pełni darmową opieką medyczną i edukacją dla wszystkich obywateli, równouprawnieniem, wspólnotowością i stosowaniem rozwiązań, które służą ogółowi, autentyczną decentralizacją władzy i podnoszeniem jej moralności.

Wszystkie te wartości są w całkowitej zgodzie ze mną, z moją wizją sprawiedliwego i odpowiedzialnego świata. Koncepcja zrównoważonego rozwoju gospodarczego, opartego nie na sztucznie napędzanej konsumpcji, lecz na zabezpieczeniu rozsądnego poziomu rzeczywistych potrzeb mieszkańców, bardzo ze mną harmonizuje. Podoba mi się też pomysł, by unikać zadłużenia i nie wyprzedawać dóbr naturalnych globalnym korporacjom. Bhutan wyciągnął wnioski z lekcji innych słabo rozwiniętych gospodarek, gdzie zapanowały korupcja, wyzysk i rozlew krwi, choć oczywiście gospodarczo pozostaje dość zależny od Indii.

Dziś czuję się wierną poddaną ledwie o 6 lat starszej od mojego syna Królowej, Jetsun Pemy. Darzę sympatią i szacunkiem o 6 lat młodszego ode mnie Króla, który do swych poddanych przemawia skromnie skłoniony.

Na równi z Bhutańczykami cieszę się, że w lutym 2016 urodził się następca tronu, szósty w dynastii Król Smok. Podziwiam jednocześnie, że wszystkie wydatki, celebrujące to święto, zamiast na fajerwerki, skierowane zostały na modernizację państwa. Z okazji narodzin następcy tronu, w Bhutanie wyremontowano budynki publiczne i posadzono drzewa. Sztucznych ogni nie było.

Nic więc dziwnego, że wyruszając w Podróż z hrabiną von Wilchek, umieściłam część akcji właśnie w Bhutanie. Ba, dałam nawet Królowej małą, choć istotną rolę do odegrania. Może „za zasługi” dla bhutańskiej kultury, Królowa pozwoli mi podróżować po swoim kraju nie tylko tam, gdzie mogą przypadkowi turyści? W tej chwili z powodu ograniczenia turystyki zagranicznej i masowego napływu obcych wzorców kulturowych (ochrona kultury własnej), pobyt ograniczony jest do wyznaczonych miejsc, tras i zabytków, oraz kosztuje masę pieniędzy.

Bardzo chcę na własne oczy sprawdzić, co z tej niezwykłej idei „Szczęścia Narodowego Brutto” jest prawdą, a co tylko nowoczesną propagandą. Czy Bhutan faktycznie jest urzeczywistnieniem marzeń znerwicowanego człowieka Zachodu o osiągnięciu wiecznego szczęścia i wewnętrznego spokoju? Czy sprawiedliwość, równość i dobro jednostki są autentycznie realizowane?

Bhutan, 171 podróż Bazylii von Wilchek
Bhutan, ilustracja Barbary Iwańskiej do mojej „Sto siedemdziesiątej pierwszej podróży Bazylii von Wilchek. Rozdział „Podejrzana postać”.

Zostawiając Polę, młodszą bohaterkę „Sto siedemdziesiątej pierwszej podróży Bazylii von Wilchek” w bhutańskim klasztorze pod nadzorem buddyjskich mnichów, w jakimś sensie zrekonstruowałam własne dzieciństwo, spędzone w górach. Prosta, góralska mądrość moich dziadków i innych „starców” ze wsi, była dla mnie specyficznym rodzajem religii, w którym siły Natury i Bóg miały tożsame cechy. Starzy ludzie, którzy swoimi opowieściami mieli na mnie wpływ, byli kimś takim, jak klasztorni opiekunowie Poli, którzy w pozornie prostej sentencji czy anegdocie, odpowiadają na trudne pytania, albo udzielają wskazówek w stylu: „Trzeba przestać chcieć, żeby przyszło to, czego pragniesz”.

Miałam tę mądrość na co dzień, a i tak pół życia zeszło mi na dochodzeniu do najprostszych prawd, bo wciąż mi się wydawało, że życie musi być skomplikowane, co najmniej jak sprawy miłosne Bazylii. Chyba po to przydzieliłam Poli buddyjskiego rinpocze, żeby nauczył ją cierpliwości, której sama uczę się do tej pory.

Podróż bohaterek mojej powieści, to podróż w głąb siebie. Pozornie po krainach rzeczywistych i mitycznych, ale tak naprawdę do środka własnych ograniczeń i słabości. I poszukiwań szczęścia, a przede wszystkim rozumienia szczęścia. Tego, że szczęście jest wtedy, gdy nie pragniemy więcej, niż na danym etapie życia i na własnym poziomie świadomości jesteśmy w stanie osiągnąć. Oraz, że cierpliwość, wybaczenie i praca nad sobą popłacają.

A po co jeszcze Pola pojechała z Bazylią do Bhutanu – to już czytelnik musi się sam dowiedzieć. Powieść można kupić pod tym adresem. Na Mikołaja kurier w cenie.

Jak zostałam producentką filmową (albo prawie)

Fale na wodzie mają w sobie magiczną moc. Wrzucasz kamyk w jednym miejscu, a on porusza spokojną toń, wprawia ją w drżenie całkiem gdzie indziej. Pierwsze koło. Drugie koło. Trzecie koło. Tak po kręgach rozchodzi się treść, przemieniając się w coś zupełnie innego, interpretując samą siebie.

Kiedy w 2015 roku dla żartu zaczęłam spisywać historię Bazylii von Wilchek, bo Bazylia-Anna zamiast butów w góry kupiła fotel, nie zastanawiałam się nad tym, co stanie się dalej. A dalej było tak – niewinne i przyjemne żarty rozrosły się w sporą powieść, powieść swoją obrazowością sprowokowała ilustracje, ilustracje zaś dały impuls do tego, żeby powstał film.

Poznałam niedawno reżyserkę i producentkę filmową Różę Misztelę. Potrzebowałam zrobić zwiastun mojej książki. Myślałam, że pojedziemy gdzieś w plener, albo do kawiarni i ja powiem: „Dzień dobry, nazywam się Renata, napisałam właśnie książkę i ona jest o pięćdziesięcio- i piętnastolatce, które wspólnie wyruszyły w podróż przeciw siłom zła”. I że będzie słodko, z przywoływaniem dzieciństwa w górach, czytaniem fragmentów i że to przekona czytelników do kupienia powieści.

Róży głowa działa jednak inaczej – dwa dni później zadzwoniła z pomysłem na scenariusz fabularny etiudy. Dostałam migreny, bo co prawda zrobiłam podyplomowe studia scenopisarstwa i na prawdziwym planie filmowym byłam, ale z produkcją filmową nigdy do czynienia nie miałam. Jest to jednak prawda, że w przypadku twórczości moja asertywność spada niemal do zera. Łatwo dałam się wkręcić w etiudę. Pomogłam przy scenariuszu i przy produkcji.

„Podróż” Róży Miszteli zaskoczyła mnie mocnym rytmem, mrokiem i klimatem spomiędzy psychodelicznego snu a gry fantasy, w której bohaterka przekracza kolejne poziomy, podążając po neurotycznie powtarzalnych liniach ciągłych polnej drogi i niekończących się korytarzy. Nie wiem, czy chodzi o podróż młodszej bohaterki powieści, Poli, przez Ogrody Przodków, czy widzimy śniące się w powracającym śnie wnętrze jej głowy, czy może ocieramy się o podświadomość hrabiny von Wilchek, której ciemna strona została przeze mnie starannie ukryta pod wyidealizowanym obrazem superbohaterki…

Dzięki wytężonej pracy i sile woli udało się nagrać materiał na etiudę i stworzyć jej zwiastun w krótkim czasie. Nic by z tego oczywiście nie było, gdyby nie pomoc licznych przyjaciół i cudownych ludzi z ekipy filmowej.

Dziękowałam już osobiście i będę dziękować jeszcze nie raz, ale w tym miejscu wspomnę o drogiej Sylwuni Oksiucie-Warmus, która wylała sporo potu w scenie walki z Fangiem (ma być w etiudzie), o pani Małgorzacie Podreckiej za udostępnienie świetnej lokalizacji w willi na Straszewskiego 10, o Adze Majksner, która pomagała mi w czym tylko się dało, no i wszystkim tym, na których wsparcie mogłam liczyć. Ekipie filmowej, która pracowała tak ciężko, dziękuję podwójnie!

W ten sposób powstała adaptacja, której w ogóle się nie spodziewałam. Całkiem odmienna w wydźwięku i klimacie niż moja powieść. Kolejny krąg fali na wodzie, który zaistniał po rzuconym w żartach kamyku. Niezwykłe jest to, że każdy czytelnik i czytelniczka utworzy swoją własną falę. Każdy krytyk i każda recenzentka opowie swoją interpretację. Każda adaptacja będzie osobną historią, a każda ilustracja wytworzy nowe życie.

To kiedyś tłumaczył mi Alex Motyl, kiedy zapytałam go, czy zgadza się z moją interpretacją jego obrazu. Zasłonił się oboma rękami i zaczął odżegnywać od jakiegokolwiek komentarza:

„Przecież ja to tylko namalowałem! Ty nie wiesz, co czułem i myślałem podczas malowania, a ja nie wiem, co ty czujesz i myślisz, patrząc na to. Prawo do interpretacji własnego dzieła kończy się w momencie, kiedy wypuścisz je na świat i oddasz innym. Wtedy to inni zyskują wyłączne prawo do jego analizy i krytyki”.

Tak mi powiedział dawno temu, i ja w to wierzę, bo w szczególny sposób cenię sobie moje własne przeżycia podczas lektury lub oglądania. Sama piszę recenzje, które dotykają moich światów i zainteresowań, niekoniecznie zaś mają związek z intencjami twórców.

Czekam też na inne krótkie video, które powstało na podstawie przygód Bazylii von Wilchek. Stworzyła je Vera Zalucka, kuratorka sztuki współczesnej i moja przyjaciółka, dla której świat przedstawiony w powieści nieodłącznie wiąże się ze mną i moim dzieciństwem w górach. Jej historia osadzona jest w widokach gór, w półcieniach lasu i moim drewnianym, rodzinnym domu. Nawet Polę zagrała moja prawdziwa bratanica, Karina (która zresztą jest pierwowzorem książkowej Poli).

Z niecierpliwością czekam na kolejne głosy i kolejne interpretacje. Co przyniosą? Co wniosą, co pominą, a co odejmą?

Jutro przyjeżdża książka z drukarni. Od czwartku będzie ją można kupić na Targach Książki w Krakowie (stoję osobiście na stoisku A27 – w katalogu wydawnictwo Naturalnie). Potem będzie dostępna tutaj: https://renatarusnak.com/ksiazka

Zapraszam, polecam, czekam na opinie!

Róża Misztela, Park Chongung i Renata Rusnak, zdjęcia do etiudy Podróż, 2017

U góry zdjęcie Emanuela Kudzi z planu „Podróż” w reżyserii Róży Miszteli, 2017.

Czy proszenie o pomoc jest wstydliwe

Konrad Kruczkowski, który pisze fajne krótkie felietony do katolickiej Aletei, poruszył jeden z najważniejszych dla chrześcijaństwa wątków – pomoc innym. Pisze, że dla potrzebujących proszenie o pomoc jest wstydliwe, bo nie chcą czuć się kimś gorszym, nieudacznikami. Że nikt się potem nie chce przyjaźnić z tymi, którym musi pomagać. Oraz że osoby, które doświadczają pomocy, też nie chcą się przyjaźnić z darczyńcami.

To prawda, że tak często bywa, ale wydaje mi się, że niepotrzebnie, że to dość wypaczona wizja świata i swojego miejsca w nim. Urodziłam się w górach, gdzie człowiek od człowieka i jego pomocy jest bardzo uzależniony. Bo przecież jak Pon Bucek se wymyśli, to wybije gradem, zaleje deszczem, skosi mrozem, albo osunie grapę i tyle ludzie widzieli. U nas na wsi życie zawsze było bardzo wspólnotowe. Jak były żniwa, albo skubacki, albo trzeba było pomóc po pożarze, to nikt nie myślał, czy proszenie o pomoc jest wstydliwe. Szło się i robiło, po kolei, gdzie kto mógł i na ile mógł w obrębie sąsiedzkiej czy rodowej wspólnoty.

Życie we wspólnocie

Jeden miał konia, drugi dużo rąk do pracy, inny więcej mleka od krów, a jeszcze inny umiał dobrze gotować i obsługiwać imprezy rodzinne, albo pięknie śpiewać czy pleść wianki. Byli różni specjaliści i ich pomocnicy, niektórzy znali się na drzewie w lesie, inni na uprawach, jeszcze inni byli ogromni silni i w zębach podnosili dębowe stoły dla zabawy. Byli też ludzie starzy i mądrzy, do których chodziło się po rady, albo uzdrowienia. Pamiętam, że osoby bogatsze funkcjonowały trochę jak małe banki i pomagały długoterminowymi pożyczkami, najczęściej bez procentu, albo spłacanymi w dobrach naturalnych. Mój wujek Ludwik miał 64 chrześniaków i tylko kilkoro z nich było z jego najbliższej rodziny. Cała reszta to były osoby ubogie, albo wręcz bardzo biedne, w tym nosił do chrztu również dzieci cygańskie. I zawsze był pierońsko dumny, że to jego proszą na chrzestnego.

A dlaczego prosili? Bo chrzestny był zobowiązany do finansowego wsparcia. Musiał dać pieniądze na chrzest, na komunię i na ślub, a małym chrześniakom też podrzucał coś na cukierki. Naprawdę pomagało to biednej rodzinie w tych kluczowych momentach i naprawdę nie było wstydu prosić wujka Ludwika, tylko honor. Jeśli się zgodził, to tak jakby mówił „twoja rodzina godna jest pomocy, zasługuje na to”, bo na przykład nie przepije tych pieniędzy, bo pracuje, stara się wiązać koniec z końcem. Dla wujka to też był honor, bo nie tylko poświadczał jego status materialny, ale i mówił o tym, że wujek po chrześcijańsku zasłuży sobie na miejsce w niebie.

Osoby, które w potrzebie są (biedni) i nie są (bogaci), zazwyczaj nie przyjaźnią się między sobą, to raczej normalne. Ale czy dzieje się tak dlatego, że proszenie o pomoc jest wstydliwe, czy raczej dlatego, że po prostu żyją w innych światach i czym innym się interesują, o czym innym rozmawiają? Przecież nie tylko status społeczny zawęża przyjaźnie, ale również pole, w jakim na co dzień funkcjonujemy. Jeśli ktoś jest biznesmenem to zazwyczaj nie pogada z pracownikiem o trapiących go problemach, bo nie będą podzielać tej samej wizji. Intelektualista zwykle nie dogada się z pracownikiem fizycznym, urzędnik z prywatnym przedsiębiorcą, a matka jednego dziecka z dobrze sytuowanej rodziny z niepracującą matką pięciorga. Dzielą ich nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim sposób postrzegania świata.

Pomoc czy przyjaźń?

Oczywiście, że na pierwszy rzut oka wychodzą różnice w statusie społecznym, ale są one mylne. Ludzie nie przyjaźnią się ze sobą, bo nie mają wspólnych zainteresowań, problemów, stylu życia i zwyczajnie nie mają o czym gadać, bo się im nawzajem wydaje, że są nierozumiani. Szczerze mówiąc nie do końca rozumiem, po co wszystkie osoby, które potrzebują pomocy, miałyby się przyjaźnić z osobami, które mogą pomóc?

Przecież osoba szukająca pomocy nie szuka przyjaźni. To taka pułapka, w którą wpadają altruiści, wierząc, że są tak dobrzy, że niezastąpieni. Nie, każda (prawie) osoba potrzebująca raczej na pewno ma przynajmniej jednego dobrego, kochanego, wartościowego przyjaciela, który ją wspiera jak może. Tyle tylko że tym przyjacielem będzie najpewniej człowiek, który jest w podobnej sytuacji finansowej, no bo przecież kogo wybieramy na przyjaciół, jeśli nie tych, którzy rozumieją nas najlepiej? Artysta artystę, pracownik pracownika, urzędnik urzędnika, właściciel innego właściciela.

W dawaniu pomocy nie jest ważne zawieranie przyjaźni, lecz pomoc sama w sobie. Jeśli ktoś potrafi pomóc bezinteresownie osobie z którą nic go nie łączy, to ten ktoś nie będzie czuł się pomocą przytłoczony i wtedy proszenie o pomoc może stanie się mniej wstydliwe.

Status społeczny a miejsce w społeczności

Na wsi, gdzie się urodziłam ludzie żyli w społeczności, w której każdy pełnił swoją funkcję. Wszyscy w jakimś sensie byli sobie potrzebni, bo robili różne rzeczy, wypełniali różne luki. Bogatsi mogli zatrudniać uboższych, ubożsi mogli dawać swoją siłę fizyczną. Jedni mieli większe tytuły, inni mniejsze, i jasna sprawa były nadużycia, nieszczęścia, niesprawiedliwość i wykluczenia, ale mniej więcej każdy mógł odnaleźć jakiś należny sobie szacunek. Nawet jeśli tylko był dobrym sługą, nadal było miejsce dla niego w życiu owej społeczności. Moją babcię stać było na służbę, ale do końca życia o swoich służących mówiła dobrze i z szacunkiem, bo otrzymywała od nich prawdziwą pomoc w dużym gospodarstwie, którego sama z pewnością nie zdołałaby obrobić.

Teraz sytuacja znacznie się zmieniła, służba przestała istnieć, a jej miejsce zajęły różne usługi. Dostęp do informacji z telewizji i internetu oraz rozwój technologii ułatwiającej ciężką pracę, możliwość dobrze płatnej pracy za granicą zmienił cały świat. Są też banki i pożyczki oraz ogólnodostępna wiedza z rozmaitych poradników, od prawników, psychologów, czy choćby programów śledczych. Ludzie w mojej wsi żyją teraz nieco inaczej i radzą sobie dobrze, ale te więzi, te obyczaje wspólnotowe, ta bezinteresowna i bezproblemowa wzajemna pomoc istnieją nadal.

Nie ma problemu

Cała moja najbliższa rodzina pracuje z jedzeniem, dlatego kiedy w górach zdarzają się jakieś imprezy sportowe, biegi, rowery, motory, to w prosty sposób organizatorzy trafiają do nas. Rozmawiałyśmy niedawno z siostrą o tym, że warszawiacy nie mogą wyjść z podziwu, jak „z tymi góralami wszystko da się załatwić bez problemu”.

Sama parę dni temu znalazłam się w potrzebie. Róża Misztela z LeLe Crossmedia Production zapaliła się do mojej książki „Sto siedemdziesiąta pierwsza podróż Bazylii von Wilchek” i zdecydowała zrobić na jej podstawie etiudę. Pojechałyśmy w góry szukać lokacji. Zadzwoniłam dzień wcześniej do brata, „Maruś, będziemy szukać leśniczówki do zdjęć, może coś przyjdzie ci do głowy”. Kwadrans po tym, jak weszłyśmy do domu mojej mamy, przyjechał. „Zjesz maślaki z ziemniakami i jajkiem?”, spytałam. „A chętnie, chętnie, jak masz coś dobrego”, odparł, choć jego restauracja z lokalnymi daniami jest 5 kroków dalej. Jeszcze nie zmiotłam swojego talerza, kiedy zaczął się kręcić: „Zaraz się ściemni, nic nie będzie widać”. To było coś, o czym ględziłam Róży, kiedy nasz start z Krakowa się opóźniał. W górach szybciej robi się ciemno.

Zawiózł nas na Studzionki, gdzie jest mini skansenik z przepiękną drewnianą kaplicą, zorganizowany przez prywatne osoby, które kochają nasze gorczańskie tradycje. Dojechaliśmy do końca drogi. Gdzie tu auto zostawić? „A tu wjedźcie”, pokazali nam własne podwórze mieszkańcy. Ledwie podeszliśmy pod kaplicę na szczycie, jak z lasu wyszedł Krzysztof z koszykiem na grzyby. Zaraz za nim wybiegł potężny podhalan, który właśnie zdezerterował z bacówki do domu. „Co tam, jak tam”, pyta. „A wiesz, Renia napisała książkę i chcą filmik do tego zrobić, szukamy jakiejś dobrej chaty”. „Ni ma problemu, zaroz dzwonio”, powiedział Krzysiek i pół minuty później miałyśmy pozwolenie od właściciela na robienie zdjęć. „Nie ma problemu, klucze są u tych i tych, wszystko wam pokażą”, powiedział.

„Nie ma problemu”, „Nie ma sprawy”, to coś, co najczęściej da się usłyszeć od gorczańskich górali. „Nie ma problemu” powiedział Zbyszek od Samotni w Gorcach, kiedy po nocnej zmianie i wielogodzinnym braku snu jechał z nami terenówką na szczyt Gorca, bo potrzebne były zdjęcia do filmiku Very Zaluckiej, również opartego o moją książkę. Prawie nikt nigdy nie ma tam problemu z taką czy inną drobną przysługą lub konkretniejszą pomocą. Wielokrotnie tego doświadczałam i również wielokrotnie byłam świadkiem czegoś takiego, choć naturalnie nie jestem naiwna i wiem, że świat nie zawsze wygląda cały na różowo i że nawet w mojej wsi zdarzają się ludzie, którzy nie otrzymują potrzebnej pomocy. Być może częściowo dlatego, że nie potrafią zdobyć się na odwagę i poprosić?

„Niezasługiwanie” na pomoc

Niekiedy udzielanie pomocy nie przynosi oczekiwanych rezultatów, potrzebujący nie potrafi wykaraskać się ze swoich problemów i nie potrafi zmienić swojego życia. Dotyczy to jednak stosunkowo niewielkiej grupy społecznej, która jednak jest widoczna i z którą ktoś potrzebujący pomocy nie chce się identyfikować. Nikt nie chce „iść na garnuszek”, „być jak bezdomny lub bezrobotny”, być nieudacznikiem jak ten i ten konkretny sąsiad z bloku, ze wsi czy z ulicy. Każdy potrzebuje minimum akceptacji i szacunku do swojej osoby, dlatego tak ważne jest, żeby sobie wzajemnie taką akceptację i szacunek okazywać, niezależnie od tego kto w jakiej sytuacji się znajduje.

Trudna sytuacja życiowa może skończyć się tym, na co Konrad zwrócił uwagę we wcześniejszym artykule – nie zwrócenie się o pomoc może doprowadzić do samobójstwa. Niemal rok temu straciłam w ten sposób bardzo drogiego mi przyjaciela. Dwa tygodnie wcześniej zapewniał mnie, że wszystko idealnie i nie może być lepiej. Patrzyłam mu w oczy i wiedziałam, że coś ukrywa, ale co mogłam zrobić? Przecież zawsze było idealnie i w najlepszym porządku, bo był człowiekiem sukcesu, cenionym i uwielbianym przez innych.

A przecież proszenie o pomoc czy emocjonalne wsparcie – może stać się nadużyciem wyłącznie wtedy, gdy kryją się za nim fałszywe intencje, chroniczna, wygodna niechęć do wprowadzenia zmian, czy emocjonalne uzależnienie od konkretnych okoliczności. Z drugiej strony niektóre eksperymenty społeczne pokazują, że nawet przypadki pozornie beznadziejne w sprzyjających okolicznościach potrafią zmienić autodestrukcyjne nawyki.

Z obserwacji i różnych lektur wynika, że to raczej my sami siebie (i innych) stygmatyzujemy tym, że wszystko trzeba robić samemu. Że trzeba sobie radzić, trzeba coś udowadniać, najczęściej zresztą tylko sobie. Albo, że nie zasługujemy na wsparcie innych. A wcale nie. To niemożliwe żeby zawsze i w każdych okolicznościach być całkowicie samowystarczalnym. I każdy zasługuje, no chyba że naprawdę postara się w swej podłości dojść do kraju.

„Wstydliwe” momenty

Pewnie dlatego, że wychowałam się we wspólnotowej społeczności, nigdy nie obawiam się ani prosić o pomoc, ani jej dawać. Będąc normalnym człowiekiem, uznającym swoje prawo do omylności i porażki, w sytuacjach kryzysowych, proszę przyjaciół i znajomych, a czasem nawet nieznajomych specjalistów o pomoc. Tak samo, jak pomagam przyjaciołom oraz znajomym i czasem nieznajomym, którzy do mnie piszą, jeśli to jest możliwe.

Człowiek świadomy siebie, zna i rozumie swoje mocne i słabe strony. Mocne wykorzystuje, w słabych szuka albo współpracowników albo pomocy osób trzecich. Człowiek, który nie ma dystansu do siebie i uwierzył, że otaczająca go negatywna rzeczywistość jest jedyną alternatywą i ostateczną prawdą, będzie sabotował swoje mocne strony i unikał szukania pomocy, w przekonaniu, że jej nie otrzyma, lub że na nią nie zasługuje. Niska samoocena i niemożność przyznania się, zaakceptowania faktu, że z czymś sobie nie radzimy nie sprzyjają możliwości poczynienia zmian w życiu. No bo czasem ta pomoc jest jednak konieczna.

W tej chwili na przykład w związku z książką robię ogromnie dużo nowych dla mnie rzeczy, których nie robiłam nigdy wcześniej i jasne jest, że się gubię. Brakuje mi doświadczenia, nie wiem co mam robić, zjada mnie totalny stres, ale bardzo często proszę innych o radę i pomoc. Czy się tego wstydzę? Nie. Czy dostaję odmowę? Nie. Czy ktoś będzie mnie oceniał za to, że robię coś po raz pierwszy i nie umiem? Nie sądzę, a nawet jeśli, to czy powinnam podkulić ogon i przestać?

A co dopiero dzieje się w tych najtrudniejszych momentach życia, kiedy dotyka nas prawdziwe nieszczęście, choroba, śmierć bliskich, utrata pracy, gwałtowne zerwanie czy inny rodzaj kompletnego załamania i depresji? Czy w tych sytuacjach możemy wszystko sami? Czy nie powinniśmy poprosić o pomoc, kiedy jej naprawdę potrzebujemy?

Czy naprawdę proszenie o pomoc jest wstydliwe?

Kiedy parę lat temu napisałam na fejsie, że znajomej spalił się dom z całym dobytkiem, odpowiedzieli ludzie zupełnie mi ani jej nieznani. Zrzucili się, kupili pralkę, lodówkę, ubrania dla dzieci i zwieźli wszystko na miejsce. I już. Nic więcej, żadnych pytań, żadnego zastanawiania się, czy proszenie o pomoc jest wstydliwe. Spalił się dom, więc normalne, że potrzebna jest pomoc. Podobnie jak wielodzietnej rodzinie, żyjącej w nędznym baraku było potrzebne drewno na budowę domu. W takich przypadkach robi się zbiórkę datków w kościele, albo po sąsiedzku. Nikt o nic nie prosi ani nie pyta, to się wśród ludzi, którzy maja w sobie pokorę i wiedzą, że nieszczęście może dotknąć każdego, po prostu robi…

Odpowiedni gest w stronę potrzebującego, pozwoli wykorzystać mu tę pomoc jako dźwignię do lepszego życia. Stowarzyszenie „Wiosna” i akcja Szlachetna Paczka, którym m.in. oręduje Kruczkowski, jest najlepszym przykładem takiej bezinteresownej pomocy, której nie blokuje się wstydem czy niezasługiwaniem. Każdy z nas potrzebuje pomocy, nawet jeśli nie codziennie, to często. Tak, jak napisał Konrad, pomaganie jest przecież budowaniem więzi, a nie czymś wstydliwym, gorszym. Jest też naprawianiem świata i myślę, że każdy z nas powinien umieć zarówno prosić o pomoc jak i jej udzielać. Bo czy świat nie powinien ulegać zmianom na lepsze przez to, że jedna osoba pomoże drugiej? Nawet, gdyby tylko miała jej wysłuchać? Przecież chodzi o to, żeby nie było problemu.

Zobacz tekst o góralskiej gościnności.

Czy proszenie o pomoc jest wstydliwe?
Czy proszenie o pomoc jest wstydliwe?

Depresja niechcianego dziecka, Projekt/cel

Miałam ostatnio kilka rozmów na temat poczucia bezsensu życia, utajonej, podskórnej depresji, braku radości życia, tracenia entuzjazmu i podobnych, zatem wrzucam luźną notatkę. Oprócz zwykłych okoliczności towarzyszących depresji (podwójny konflikt – obniżenia poczucia własnej wartości oraz poczucia winy – który spełnia rolę biologicznego hamulca, chroniącego nas przed niebezpieczeństwem/walką/utratą życia), może nękać nas również tak zwana depresja niechcianego dziecka.

Nastroje depresyjne odczuwają osoby, których mózg automatyczny (podświadomość) wdrukował sobie program „depresja niechcianego dziecko”. „Niechciane dziecko” to jakakolwiek negatywna reakcja rodzica na pierwszą wieść o ciąży. Rodzic/rodzice mogą potem pogodzić się z myślą o dziecku i całe życie bardzo je kochać, ale pierwsza reakcja, podobnie jak okoliczności towarzyszące poczęciu (np. pękła prezerwatywa), potrafią negatywnie ukształtować i skutecznie zepsuć przyszłemu człowiekowi radość i lekkość istnienia.

Okoliczności, kiedy rodzice dowiadują się o nieplanowanej ciąży często są mocno stresogenne. U matki czy ojca pojawia się milion pytań, na które w danym momencie wydaje się nie być odpowiedzi: jak sobie poradzę z wychowywaniem? Skąd wezmę pieniądze? Czy mam siłę/pieniądze na kolejne dziecko? Czy mam odpowiedniego partnera, czy chcę spędzić z nim/nią życie? Co jeśli jestem za stara/za młoda, co jeśli choruję…

W chwili, gdy rodzic przeżywa silny stres w izolacji, np. długo nie powie nikomu o ciąży, albo w dodatku zastanawia się, czy urodzić dziecko czy nie, to cały ten stres wpisuje się w program „Projekt/cel” dziecka. „Projekt/cel” to to, co potem kształtuje nasze wzorce zachowania i to, co nasza podświadomość (mózg automatyczny) w sobie zakoduje, łącznie z wadami „wrodzonymi” i „dziedzicznymi” (najlepsze rozwiązanie mózgu automatycznego dla traumy rodzica, gwarantujące przeżycie płodu).

Depresja niechcianego dziecka

Osoby urodzone w takim programie będą miewać nawracające cyklicznie poczucie: „po co żyję?”, „jaki jest sens mojego życia?”, „jestem ciężarem dla innych” (poczucie winy), „lepiej żeby mnie nie było” i podobne.

Żeby to przepracować, wystarczy uświadomić sobie na bardzo głębokim poziomie to, co i tak podświadomie wiemy. Trzeba to wyjąć na zewnątrz, wypowiedzieć, nazwać, napisać na kartce: „jestem niechcianym dzieckiem” „rodzic/rodzice mnie nie chcieli, nie planowali, nie oczekiwali”, „rodzice się mnie nie spodziewali”.

Potem należy wypisać wszystko, co dotyczyło okoliczności naszego poczęcia i przyjścia na świat, np. „mama miała już roczne dziecko i była wykończona”, „tata był za młody i nie ogarniał życia”. „Rodzice nie mieli wtedy mieszkania/pracy/warunków, było im ciężko w życiu”. „Życie mojego ojca/matki na zawsze się zmieniło/załamało, odkąd się urodziłem/urodziłam”. Postarać się całą ich sytuację dokładnie zrozumieć oraz oddzielić od swojego własnego życia.

Powiedzieć sobie i napisać: „to były lęki i obawy mojej matki/ojca, taka była ich ówczesna sytuacja życiowa, to się przydarzyło im, to należy do nich, nie do mnie”. Spalić zapisaną kartkę.

Wybaczyć.

Jeśli nas nie porzucili po poczęciu – docenić, okazać wdzięczność, podziękować, że mimo wszystko zostali z nami, że pozwolili nam się urodzić. Że mimo ciężkich warunków, albo ich nieumiejętności i wad, zrobili wszystko, co było w ich mocy, żebyśmy doszli tu, gdzie jesteśmy.

Potem uświadomić sobie, że „ja (imię) wybrałam/wybrałem życie, ja chce żyć, ja tu jestem, bo taka jest moja decyzja”. „Moja dusza wybrała wcielenie/Bóg mnie tu przysłał”. „Mogę być wolny/wolna od strachu i poczucia izolacji moich rodziców, mogę jasno i wyraźnie widzieć cel i sens swojego istnienia”. „Nie jestem więcej bezbronnym dzieciątkiem, które nie przeżyje bez rodziców, żyję dzięki własnej woli, dlatego że ja (imię) potrafię żyć, wiem jak żyć”. W pełni uświadomić sobie to, co czyni nasze życie pięknym i sensownym (praca, hobby, przyroda, dziecko, partner/partnerka, pies, doświadczanie, przygody).

Trzeba przeżyć cud własnych narodzin na nowo. Ucieszyć się ze swojego przyjścia na świat, tu i teraz!

Należy to wszystko przepracować szczególnie, jeśli jest się dzieckiem  porzuconym, opuszczonym przez jedno czy oboje rodziców, albo gdy rodzice dali ciała na pełnej linii i to na nas spadła cała odpowiedzialność za życie – swoje i ich. Porzucone dzieci w dorosłości będą ścigały cień swojego rodzica, będą się wiązały z mężczyznami i kobietami, którzy też porzucają, bo będą czuły przymus realizowania programu, według którego zostały poczęte. „Ojciec/matka mnie porzucił, ale dzięki temu żyję” „Żeby żyć, muszę wiązać się z ludźmi, którzy mnie porzucą”. Te osoby też same będą odrzucać wszelką bliskość, bo bliskość jest przyczyną problemów, niezgodnych z ich programem biologicznym. Przed bliskością, czyli prawdziwymi, zdrowymi więziami będą uciekać, bo te (według ich wzorca) prowadzą do bolesnego odrzucenia.

Żeby więc zacząć żyć własnym życiem, żeby przestać realizować wzorzec traum naszych rodziców, musimy zacząć zauważać drobne momenty w życiu. Chwile, podczas których możemy cieszyć się życiem, cieszyć się z tego, że istniejemy. Przyjmować z wdzięcznością to, że (i kiedy) inni nas doceniają, kochają, wspierają. Kiedy przyjaciele i rodzina mówią „dobrze, że jesteś”, „dziękuję za to, co dla mnie robisz”. Cieszyć się z każdej dobrze wykonanej pracy, odważyć się spojrzeć na siebie w lustrze i powiedzieć sobie: „ej, (imię), dobrze że jesteś!”

Niechciane w przeszłości dziecko, masz pełne prawo do życia, skoro już żyjesz!

Więcej o biologicznych konfliktach leżących u podstaw depresji i depresji klinicznej tutaj oraz tutaj (polecam uwadze drugi link, który niestety jest po angielsku). Tutaj dość sensownie o depresyjnych mechanizmach stresu, tutaj o tym, do czego takie trudne uczucia są nam potrzebne, a tutaj o tym, jak prawidłowo pisać listy/notatki uwalniające i wybaczać.

Polub/Udostępnij pod wpisem.

Ostatnia rodzina, nie ma tabu, jest miłość

Trochę późno zabrałam się za ten film, tym niemniej gorąco polecam! Ostatnia rodzina Matuszyńskiego to moim zdaniem obraz wybitny. Niezwykle zrównoważony, oszczędny i bez tez, w dodatku zrobiony ze skromnością, pochyloną głową i pełen pokory. Oczywiście emocjonalnie trudny i poruszający, ale jednak zrealizowany znakomicie, gra wszystkich aktorów wyborna. Jestem pewna, że przetrwa próbę czasu i przejdzie do kanonu.

Opowiada o złożonych relacjach rodzinnych u Beksińskich. Wojna, okupacja, wydziedziczenie, przesiedlenie w tle, zaś na co dzień zaburzony syn (dziś pewnie zdiagnozowaliby zespół Aspergera albo inne OSD) i para intelektualistów, która bez współczesnej psychoterapii usiłuje sobie z tym wszystkim poradzić.

Dużo pojawiło się radykalnych zarzutów od bliskich Beksińskich na temat tego, że „oni przecież się tak nie zachowywali”. Że film odczłowiecza (mnie chciałoby się powiedzieć „odbrązawia”), że goni za sensacją, że nakreśla coś, co nie istniało naprawdę. Ale co, jeśli oni się tak nie zachowywali przy ludziach? A w domu? W swoich niezwykle zawiłych wzajemnych relacjach?

Mam wrażenie, że pierwszą ocenę zagłuszyły emocje i wartościowanie moralne, próby uchronienia pewnej ikony i zasady „o zmarłych nie mówi się źle”. Odbieram to jako błąd w sztuce – w ogóle nie chodzi tu o ocenę moralną, bo sami Beksińscy przyjmowali swój los z dużą pokorą i akceptacją (albo przynajmniej bez walki i sprzeciwu). W recenzjach panuje zdumiewająco zgodna opinia, że film nie pokazuje miłości, ale moim zdaniem trzeba trochę niedowidzieć, żeby owej miłości nie zauważyć. Przecież to jest opowieść o ludziach niezwykle wrażliwych estetycznie, którzy kochają się mimo wszystko i próbują nie utonąć w chaosie, jaki nazywa się życie. Życie w dodatku przeplecione bólem – w tym samym sensie fizycznym co i egzystencjalnym – oraz permanentną śmiercią.

Wizualnie obraz jest po prostu idealny, idealnie odnoszący się do stylistyki tamtych lat. Zarzuty, że za mało w nim sztuki i stosunku do sztuki, wokół których kręciło się życie Beksińskich, są moim zdaniem niezasadne – to obraz całkowicie sztuką przesiąknięty, tyle że jest ona w jego tkance, w tle, w domyśle, w ledwie tylko zaznaczonych rozmowach na jej temat. Ona istnieje POMIĘDZY (czyli wszędzie), a to przecież nie jest rozprawa naukowa na temat twórczości Zdzisława, albo też muzycznych zdolności Tomasza. To film o ojcu i synu, o żonie i matce.

Nikt nie lubi, kiedy jego strefa tabu zostaje naruszona. Stwarza to spory osobisty dyskomfort, a przecież jesteśmy kulturowo zmuszani do dodatkowego zatajania wszystkiego, co niewygodne i mogłoby świadczyć o nas (o podmiocie kultu) źle. Ale – czyż o dysfunkcyjnej rodzinie, w której panuje tyle wzajemnej cierpliwości, wsparcia, próby zrozumienia, ile widzimy w Ostatniej rodzinie, może świadczyć źle to, że mimo dysfunkcji ona trwa, kocha, wspiera i akceptuje?

Społecznie Ostatnia rodzina to ważny film. Mocno kojarzy mi się z odbrązowionymi filmami Kena Loacha. Może więc pora przestać zagłuszać jego wartość ze względu na ochronę tajemnic rodu, który przecież sam jakoś się z nimi uporał? Ostatnia rozmowa Zdzisława Beksińskiego z Piotrem Dmochowskim, w której ten pierwszy przyznaje się do swoich potajemnych pragnień, by kogoś zgwałcić, mówiąc jednocześnie o tym, że zawsze był o siebie spokojny, bo brzydzi się przemocą, świadczy o tym najlepiej.

Osobiście nie znalazłam ani jednego słabego punktu w Ostatniej rodzinie. W żadnej jego warstwie. Uważam, że należy go oglądać z włączoną głową, w skupieniu. Widzieć więcej tego, co odbywa się poza kadrem, poza ciasnym korytarzykiem mieszkania Beksińskich (swoją drogą świetny zabieg narracyjny). Starać się zrobić to, co całe życie wydawał się robić Zdzisław – zrozumieć.

Jan P. Matuszyński, Ostatnia rodzina (2016)
Jan P. Matuszyński, Ostatnia rodzina (2016).