Świat, którego już nie ma. Tatiana i pan Wogelkow

W 2006 roku napisałam większe opowiadanie o ekscentrycznym antykwariuszu Wogelkowie. Jan Wogelkow wbrew swojej woli, przekonaniom, pozycji społecznej i rozumowi zakochuje się w Ukraince, Tatianie. Tatiana karmi bezpańskie koty, których on nienawidzi. Wynikają z tego różne komiczno-tragiczne perypetie, głównie na skutek tego, że relacja z Tatianą rozwija się tylko w głowie introwertycznego Wogelkowa. Ona sama boryka się z zupełnie innymi problemami natury prywatnej.

W 2006 r. Tatiana z mojej opowieści była zwykłą dziewczyną z Ukrainy. Potrzebowałam jej do zarysowania kontrastu z Wogelkowem, mieszkańcem krakowskiego Podgórza o niemieckich korzeniach. Użyłam tego kraju chyba wyłącznie dlatego, że jestem ukrainistką i po prostu najlepiej znam Ukraińców. Do kryzysu imigranckiego było jeszcze bardzo daleko.

W ciągu tych już jedenastu lat parokroć zabierałam się za rozpisanie opowiadania do normalnej powieści. Chciałam pogłębić kobiecą bohaterkę, która do tej pory figurowała jako enigmatycznie zarysowana fantazja Wogelkowa. Miałam różne pomysły, co zrobić z Tatianą, jednak ciągle coś mi umykało. Dopiero teraz wpadłam na właściwy pomysł, jak uzupełnić tę postać.

Pomiędzy oczekiwaniem na redakcję i ilustracje do 171 podróży Bazylii von Wilchek, czytam i rozpisuję rzeczywistość uchwyconą w 2006 roku. I muszę przyznać, że ze sporym zdumieniem odkrywam, jak bardzo jest już nieaktualna.

Dekadę temu Wogelkow był zaledwie anachronicznym człowiekiem analogowym, który, mimo iż świat parł do przodu, był w stanie prowadzić swój antykwariat bez internetu. Dziś jest postacią praktycznie niemożliwą, jeśli zatem chcę zostawić jego obrzydzenie do świata wirtualnego, muszę przynajmniej nauczyć go pisać maile. Wogelkow może nadal nie posiadać smartfona ani Facebooka, ale przecież komputer i maila mieć musi. Fabule nic to nie przeszkadza – jego nieudolna walka z komputerem doda mu tylko uroku.

Inną natomiast kwestią jest narodowość Tatiany. Kiedyś była dziewczyną zza gorszej granicy, która przyjechała zarobić coś na lepszą przyszłość. Potencjalnie niezbyt udana partia dla Wogelkowa, ale tylko tyle. Dziś za to jest banderowską imigrantką, która odbiera pracę dobrym Polakom. Jako kandydatka na żonę mojego bohatera niemal przestaje być możliwa. Wogelkow będzie musiał pokonać w sobie o wiele więcej uprzedzeń, niż zrobiłby to parę lat temu.

Jestem trochę zszokowana tym, jak bardzo zmienił się kontekst całego pobytu Tatiany w Polsce. W tak krótkim czasie. Jeszcze dwa lata temu, kiedy zaczynałam pisać Bazylię, przeczytałam Wogelkowa. Wówczas wciąż nie był tak przestarzały. Uśmiechałam się pod nosem z powodu internetu, ale z Tatianą nadal wszystko było w porządku.

Teraz już nie jest. Teraz to, jak żyliśmy dziesięć lat, ba, jeszcze dwa lata temu, straciło na znaczeniu. To, co obowiązywało kiedyś, nie stosuje się dnia dzisiejszego. Żyjemy w całkiem innej rzeczywistości, w tej, która zmienia się z dnia na dzień i za rok, za dwa będzie jeszcze inna. Muszę przepisać całe tło społeczne opowieści o Tatianie i Wogelkowie, bo to z pierwszej dekady XXI wieku wygląda jak czarno-białe filmy z lat 50. poprzedniego stulecia…

To świat, którego już nie ma. Nawet jeśli nie w całości, to w dużej mierze. Mój bohater, który dziesięć lat temu walczył ze zmieniającym się duchem czasu, dziś przemienił się w resentyment za przeszłością.

A jak będzie wyglądał świat, w którym roboty będą za nas pracować, a sztuczna inteligencja będzie płacić podatki i ponosić odpowiedzialność karną za swoje błędy? Jak sobie z tymi pędzącymi zmianami poradzi nasza obecna mentalność? W tej chwili wydaje mi się, że nie jesteśmy na taką przyszłość gotowi.

Świat, którego już nie ma
Świat, którego już nie ma (Spotkanie, serwetka z matury, 1993).

Włosy Bazylii von Wilchek z okazji Dnia Kobiet

Pomyślałam, że kobieta tak związana z internetem jak postać z mojej książki, Bazylia von Wilchek, z całą pewnością opublikowałaby coś z okazji Dnia Kobiet. Byłby to fragment związany z wewnętrzną siłą, wspierającą kobiety w ich samostanowieniu. Coś, co nawiązywałoby do woli, pierwotnej, nieograniczonej witalności, doświadczenia i mądrości, które wszystkie w sobie nosimy.

Bazylia przedstawiłaby obraz kobiety nieskrępowanej takiej, która naprawdę rozumie, gdzie jest należne jej w społeczeństwie miejsce. Już nie tej kobiety, która musi wyrywać się z pęt niewoli, wciąż walczącej o fundamentalne prawa.

Bazylia chciałaby widzieć swoje siostry świadome własnej siły, żyjące w pełnej harmonii ze sobą i światem, pewne tego, kim są i czego pragną.

Dlatego dziś w imieniu mojej bohaterki, udostępnię jeden z ulubionych fragmentów, Włosy Bazylii von Wilchek. Obyśmy wszystkie odnalazły swoją prawdziwą kobiecą siłę.

Włosy Bazylii von Wilchek

Bazylia von Wilchek zabawiła całe pięć majowych dni w niezwykle pięknym otoczeniu przyrody. Siedząc na tarasie widokowym, opaliła się tak bardzo, że czterokrotnie zeszła z niej cała skóra. Przydało się to po długim zimowym sezonie, który spędziła na Alasce, gdzie badała życie dzikich wilków. W tym czasie wzięła też udział w kilku zawodach psich zaprzęgów i dwa najważniejsze z nich wygrała. Podczas trzeciego zajęła trzecie miejsce, ponieważ złapała ją okropna śnieżyca i straciła głos od przekrzykiwania wiatru. Ciągle jeszcze dokuczała jej lekka chrypka, na którą nie miała czasu zwracać uwagi.

Mijał piąty dzień pobytu w pensjonacie, gdy lunął rzęsisty deszcz, który zmył z Bazylii wszystkie cztery warstwy schodzącej skóry. Dopiero po kilku godzinach tego naturalnego prysznica poczuła się wystarczająco odświeżona. Jej ciało wreszcie nasyciło się witaminą D i wiosennie orzeźwiło.

Stanęła całkiem naga przed lustrem i bardzo dokładnie się sobie przyjrzała. Tak, skóra znowu zrobiła się cudownie ożywiona, rześka i idealnie gładka. Przyczyniła się do tego odpowiednia dieta złożona z dużych ilości pachnących nowalijek. Porastały całe nasłonecznione zbocze pod pensjonatem, gdzie Bazylia chętnie myszkowała.

Na koniec popatrzyła na swoje lśniące, kruczoczarne włosy. Urosły przez te dni do samej ziemi i wyglądały, jakby zaraz miały w nią wrosnąć i się ukorzenić.

– Oho – szepnęła konspiracyjnie.

Szybko złapała z walizy spore żelazne nożyce. Jako mała dziewczynka raz podejrzała babkę, która tuż przed śmiercią zamknęła się na trzy dni w swoich komnatach. Spędziła je w samotności na rozmyślaniach. Ostatniego dnia Bazylka zerknęła przez dziurkę od klucza. Zobaczyła babkę trzymającą w jednej garści bardzo długie, żywe, wijące się włosy, w drugiej zaś nożyce. Trochę to przeraziło Bazylkę, a trochę zafascynowało. Dlatego instynktownie zatrzymała nożyce, a teraz się z nimi nie rozstawała. Jej własne włosy potrzebę ukorzenienia zaczęły przejawiać bardzo późno ‒ dopiero wtedy, gdy przeżyła silny zawód miłosny.

Bazylia musiała ściąć je znienacka. Gdyby jakimś cudem zorientowały się, co planuje, późniejsza fryzura za nic by się układała. Przerabiała to już parokrotnie. Trzeba było działać szybko i bez namysłu. Kilka zdecydowanych cięć na wysokości łopatek i już wyrastająca z głowy aż do ziemi chęć zakorzenienia się zniknęła, jak ręką odjął. Bazylia nie miała pojęcia, w jakich sytuacjach rosły włosy babce – w jej przypadku działo się to zawsze, ilekroć ogarniały ją silne emocje, po których odrobinę dłużej zostawała w pięknym, przepełnionym harmonią miejscu. Jakby poprzez włosy wyrażała się jej podświadoma potrzeba, by osiąść gdzieś na stałe.

Nie mogła na to teraz pozwolić. Raz, prawdziwym celem jej podróży były odległe Himalaje. Dwa, miała przecież swoją ukochaną Latarnię na Klifie. Trzy, frustracja z powodu nudnego sterowania pojazdem nie była wystarczającym powodem do zaniechania dalszej jazdy. Nie mogła przecież powiedzieć, że monotonia podróży wywołuje w niej jakiekolwiek emocje, dlatego zaczęła podejrzewać się o to, że zwyczajnie obawia się trudnej misji i usiłuje jej uniknąć. Oraz cztery, nawet jeśli pominąć zmuszające ją do stałego ruchu misje, sama wolała zwiedzać coraz to nowe, piękne miejsca, niż zakorzenić się w jednym, bodaj najpiękniejszym.

Po raz ostatni wyszła na taras widokowy, by rzucić okiem na rozkwitłą nad doliną tęczę, której czubka prawie mogła dotknąć. Głęboko odetchnęła i potakując sama sobie, powiedziała:

– Zdecydowanie pora ruszać w drogę.

Z walizą w jednej ręce i ze ściętymi włosami w drugiej, Bazylia wyszła przed pensjonat. Walizę wstawiła do pojazdu, ale włosy, które nadal były żywe, musiała gdzieś zakopać. Przekonała się już, że wyrastają z nich różne lokalne odmiany drzew i krzewów owocowych. Raz w Piemoncie wyrosła nawet cała winnica, z której pochodziło świetne wino.

Nauczona doświadczeniem, ruszyła w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. Musiało być dobrze nasłonecznione, osłonięte przed wiatrem i na tyle oddalone od lasu, by przyszłe drzewko mogło wyrosnąć silne i zdrowe. Bazylia miała nadzieję, że tym razem będzie to czarny bez. Nieopodal pensjonatu mieszkał mistrz lokalnych nalewek. Hrabina bardzo ceniła sobie jego nalewki, zwłaszcza te z czarnego bzu. Uwielbiała je sączyć zimowymi wieczorami przy kominku w gabinecie. A że rzadko bywała w Latarni, mogła pochwalić się kolekcją bardzo starych roczników, które w każdym innym domu dawno zostały wypite, a nawet zapomniane.

Wreszcie znalazła odpowiednie miejsce i zakopała rwące się do życia włosy, a gdy podniosła się z ziemi, zauważyła, że powrotną drogę do pojazdu zastępuje duży kot. Był biały, puszysty i miał błękitne oczy. Siedział i w milczeniu oraz ze zwykłą kocią wyniosłością przyglądał się Bazylii.

Włosy Bazylii von Wilchek
Barbara Iwańska, Włosy Bazylii von Wilchek, ilustracja do Sto siedemdziesiąta pierwsza podróż Bazylii von Wilchek, 2017.

Czy polska gościnność istnieje? Tradycje honorowania gości

Czasem zastanawiam się, co tak naprawdę oznacza tradycyjna polska gościnność. Bo ona raz jest, a raz jej nie ma. Myślę tak ogólnie o tym, czy jesteśmy, czy nie jesteśmy gościnni i w jakim wymiarze. Bo razem z rokiem 2015 bardzo dużo moich osobistych mitów i wyobrażeń na temat polskości zaczęło domagać się wyjaśnień. Na przykład to, skąd się w nas wzięła taka zaciekła „niegościnność polityczna” względem uchodźców i imigrantów? A dalej, taka jawna i otwarta nieprzyjaźń do krajan o odmiennych poglądach?

Wydaje mi się, że jesteśmy bardzo gościnni, ale w pewien ściśle określony sposób. Na pewno tam, gdzie może zadziałać słynne „zastaw się, a postaw się”. Czyli w całej sferze pozorów, które mają pokazać nas w lepszym świetle. Pozorami nie lubię się zajmować, bo one są dla mnie nudne, nie ciekawią mnie. Lubię za to przyglądać się prawdziwej naturze człowieka, temu jak się przejawia. I widzę, że coś się takiego stało, że zapomnieliśmy o tym, co kiedyś w naturalny sposób obowiązywało lokalne społeczności.

Było kiedyś coś takiego, jak naturalny odruch gościnności, który pamiętał o tych najsłabszych. Ja to znam ze swojej góralskiej wsi, z mojej babki, mamy. Wiem, że każdy człowiek jest inny i wiem, że nie każdy region Polski będzie wyglądał tak samo, ale chcę opowiedzieć swoją historię. Ona nie jest jednostkowa, ani wyjątkowa. Ona jest „tradycyjna”.

Pierwsze zetknięcie z „Dziadem”

Bawiliśmy się pewnej wiosny na podwórku, kiedy przy płocie stanął stary, obszarpany Dziadek z wędrownym kijem w ręce. Pamiętam jak był ubrany, jaką miał brodę i jego głos też pamiętam. Zagadał do nas miło: „Dzieci, dzieci, głodny jestem, dajcie mi coś zjeść”.

Musiał to być koniec lat 70., czasy PRL-u. Nie pamiętam dobrze, ale wydaje mi się, że działo się to jeszcze przed okresem prawdziwej biedy, jaka przyszła na początku lat 80 razem ze Stanem Wojennym. Nasza wiejska bieda była wtedy taka dość jeszcze normalna. Jedliśmy to, co udało się wyhodować na gospodarce, a pieniądze wpadały z handlu lokalnymi dobrami, głównie drzewem. Pamiętam, że o jedzenie się dbało, szanowało się je. Nigdy nawet okruch się nie marnował, a chleb naprawdę całowaliśmy.

Nauczona byłam szacunku do pożywienia, aż tu nagle Dziad jakiś przychodzi i mówi, żeby mu dać! Bardzo to było nowe i szokująco nieznajome. Strasznie poczułam się zdziwiona taką sytuacją, ale on nie chce iść tylko stoi przy płocie, i powtarza: „Idź do mamy i poproś o chleb dla starego dziadka”.

Nie było to głupie, żeby zawołać mamę, niechże zrobi z tym wszystkim porządek:

„Mamo, mamo, przy płocie stoi dziad i o chleb prosi!”, zawołałam. A moja mama nawet nie podnosząc głowy znad swojego zajęcia powiedziała:

„To mu go daj”…

Kazała mi uciąć grubą pajdę i grubo posmarować smalcem. (No tak, to były te czasy, że paroletnie dzieci potrafiły używać noży i pomagały w gospodarstwie od małego). I jeszcze kazała mi zanieść mu herbaty w blaszanym garnuszku.

Dziecko nauczone, że gościnność dużo nie kosztuje

Myślę, że tego dnia nauczyła mnie czegoś, co wcześniej wpajała w nas babka Rusnakowa. Ona zawsze mówiła i powtarzała, że nikogo nie wolno traktować źle. Nie wolno gardzić, nie wolno się wynosić. Nie można śmiać się z „głupich”.

No tak, w tamtych czasach we wsiach chodzili „głupi”. Niedaleko od naszego domu było trzech – Józka, co do wszystkich się śmiała, miała nogi krzywe jakby świat opłynęła na beczce i taczkami woziła butelki na skup. „Baba Jaga”, co gęsi pasła przy drodze i strasznie głośno krzyczała do swoich schizofrenicznych duchów, jakie jej zostały po spalonych w czasie wojny przodkach, albo może po straconym dziecku. I Kołaciok, który miał straszne kołtuny na głowie i dzieci mówiły, ze mieszkają tam nietoperze.

Kołacioka nikt nie zaczepiał, bo jak przyszli Hitlerowcy, to matka ukryła go w piwniczce, na którą zwaliły się jakieś bale i chłopak nie mógł się z niej wydostać. Babie Jadze dokuczały dzieci, żeby je goniła ze swoją rózgą na gęsi, a Józkę potajemnie wykorzystywali faceci za jakieś drobne prezenty. Jak byłam całkiem mała, to umarł taki Ludwik, co był głuchy i w swojej młodości służył babce.

I tego mnie babka uczyła: „Jak jest głupi, to nie możesz się z niego śmiać, bo go tak Pan Bóg stworzył”.

I tak było. Tych słabszych ludzi po prostu podnajmowało się do jakichś drobnych robót, czy byli upośledzeni, czy pili nałogowo. Jak ktoś przyszedł i poprosił o pomoc, to można było na niego nakrzyczeć, że znowu przychodzi, ale nie można mu było odmówić. Chyba pokłosie tego zwyczaju pozostało w tym, że co roku w Boże Narodzenie nasi Cyganie ze wsi (przepraszam, że nie Romowie – u nas zawsze żyli Cygany i to Cyganka Bożena pilnowała nas, kiedy mama szła do pracy, a nie Romka) chodzą po kolędzie i zbierają datki. Muszą zaśpiewać swoim łamanym polskim kolędę, ale jakiś pieniądz albo jedzenie zawsze dostają.

Polska gościnność

Kiedyś rozmawiałam z przyjaciółką z Ukrainy Lesyą, która przez wiele lat mieszkała w Krakowie. Nie mogła przyzwyczaić się do tego, że Polacy czasem wpadają z wizytą na kawę, obiad czy przyjecie z pustymi rękami. Na Ukrainie, tej przynajmniej, z której pochodzi Lesya, przychodząc w gości zawsze przynosi się jakiś drobny upominek. Cukierki, czekoladki, ciastko. Nawet jeśli wstępujesz do kogoś tylko na herbatkę.

Musiałam się nad tym dobrze zastanowić. U nas wiadomo, że jeśli idzie się na imprezę, to bierze się ze sobą flaszkę jakiegoś alko. Jeśli dajmy na to jestem w ciągu dnia na mieście i chcę coś zjeść w towarzystwie, to wpadam do kogoś z przyjaciół z ciastkiem. No ale jak jest impreza, albo proszony obiad (i nie jest to impreza składkowa), to nie biorę nic do jedzenia. Zwyczajowo pytam, czy czegoś nie trzeba i zazwyczaj słyszę: „Zabierz siebie”. Kiedy zapraszam do siebie też mówię, że nic nie trzeba (chyba że mi czegoś zabraknie, ale to wyjątek).

I wydaje mi się, że to właśnie jest ta stara zasada, mówiąca o regułach polskiej gościnności. Pamiętam ją z dzieciństwa. Nie wiem w jakim stopniu obowiązuje wśród młodych ludzi obecnie; w moim pokoleniu jeszcze trochę działa. Jeśli ktoś ciebie zaprosił, to powinien podać to, co ma i potrafi zrobić najlepszego. Ma cię ugościć, uszanować, ma się postawić. Nie powinno się go zawstydzać przynoszeniem własnego jedzenia. Za to jeśli zostałeś zaproszony, to potem masz honorowy obowiązek zrobić adekwatną imprezę i odwzajemnić się.

Nie wiem jak gdzie indziej, u nas na wsi w zaprosinach musiał być remis. Jeśli ktoś już nie chciał robić przyjęć, po prostu wymawiał się z zaproszeń. Z tym jednak trzeba uważać, bo odmówienie wzięcia udziału w jakimś przyjęciu może zostać potraktowane jako obraza. Moja kuzynka od kilku już lat wypomina mi, że nie byłam na ślubie jej jedynej córki, mimo iż w tym czasie pracowałam. „Zobaczysz, ja też nie przyjdę jak ty będziesz żenić swojego”, wygraża mi palcem.

Pojawienie się zaś kogoś wyjątkowego, albo rzadko bywającego w gości, traktowane jest trochę jak uhonorowanie domu gospodarza. I faktycznie przynosi radość, widziałam to nie raz. Jest w tym jakiś szacunek i wydaje mi się, że rzadko odwiedzane starsze osoby czują się po prostu mało ważne, byle jakie, pozbawione możliwości podzielenia się swoją gościnnością.

Lesya mówi, że u nich remisowanie wielkości przyjęć jest zrozumiałe, lecz nie jest obowiązkowe. U nas nie były obowiązkowe tylko duże imprezy, gromadzące całą rodzinę. Najczęściej u centralnej osoby w rodzie – nie tyle najważniejszej, ile takiej, z którą wszyscy byli jednakowo związani. No albo u takiej, która robiła najfajniejsze imprezy. Rodzinne zebrania zwykle odbywały się u mojej mamy; w moim pokoleniu zaś wszyscy chodzimy do jednego z braci. To jest tradycja. I wtedy też nikt poza alkoholem nic nie przynosi. Gospodyni byłaby nieszczęśliwa, że „tyle się nagotowała, a nie ma kto zjeść”.

Staromodne przyjmowanie gości

Etykieta u nas na wsi raczej nakazywała przyjść do kogoś w gości i przepraszać za przyjście, a potem w ustalony sposób odmawiać wszelkiego poczęstunku, niż cokolwiek ze sobą nosić. Stare babki i dziadki tradycyjnie wchodzą do domu, stają w progu i mówią, że nie będą sprawiać kłopotu i że w zasadzie to już wychodzą. Nawet jeśli byli zaproszeni. Wtedy trzeba odprawić cały rytuał przyjmowania i witania: „Ale chodźcie, wejdźcie, żaden kłopot”. Potem następują te same ceregiele z poczęstunkiem. Gość odmawia, nic nie chce, a gospodarz zastawia cały stół i mówi: „Ale tylko trochę to trzeba coś zjeść”.

Polska gościnność zawsze będzie mi się kojarzyła z takim dającym gestem babci. Babcia Róża i jej amerykańska kuzynka Beth, pierwsza połowa lat 80.
Polska gościnność zawsze będzie mi się kojarzyła z takim dającym gestem babci Róży. Na zdjęciu z jej amerykańską kuzynką Beth, pierwsza połowa lat 80. Beth zresztą, przyjechała do nas również z pomocą – chciała sprawdzić na własne oczy, jak żyje się jej dalszym krewnym w Polsce po Stanie Wojennym. Przywiozła prezenty, potem dosłała paczki z brakującymi wtedy produktami.

Fajne to było. Oczywiście strasznie staromodne i młodsze pokolenia już mniej się krygują z tym ceremoniałem. Ze starszymi ludźmi zresztą dość długo nie umiałam sobie poradzić. Zanim zostałam dopuszczona do przyjmowania gości (pamiętajcie, że mówimy o czasach, kiedy ryby i dzieci głosu nie miały, a już na pewno nie zasiadały przy stole z dorosłymi), nie miałam pojęcia, że jak ktoś trzy razy z rzędu odmawia herbaty to i tak trzeba mu ją podać. Niezły łomot zbierałam, jeśli wpuściłam kogoś do domu, ale nie podałam herbaty czy chleba na stół…

Lesya mówi, że powiedzenie „Bóg w dom, gość w dom” stosuje się do niespodziewanych gości. Myślę, że może mieć rację, i myślę, że trochę mogliśmy o tym zapomnieć. Bo ten niespodziewany gość, przed którym nie musisz się „wystawiać”, ani który nie zrewanżuje się takim samym przyjęciem, ani nawet nie będzie dalszym znajomym, który stanął w progu odmawiając przyjęcia poczęstunku, może wnieść w twoje życie coś więcej niż zwykły posiłek. Może obdarować cię czymś, o czym nawet nie wiesz, że istnieje.

Ten stary Dziad przy płocie bardzo ucieszył się z pajdy chleba i herbaty. Pobłogosławił mnie szczodrze i powiedział, że moja mama zawsze była dla niego dobra. Kazał jej bardzo podziękować. Siadł pod płotem, zjadł, wypił, zapalił tabakę w fajce, a potem oddał garnuszek i uśmiechnięty poszedł dalej.

Czekałam potem na niego, ale nigdy już nie wrócił. Albo przynajmniej nie w tej samej postaci, bo przecież to wtedy zostałam nauczona dzielenia się dobrem. Nie mam z tym problemu i dzielę się, jeśli mogę. To niezwykłe, ale naprawdę nigdy mnie nie ubyło. Ani mojej rodzinie zresztą też. Wujek Ludwik miał prawie sześćdziesięciu chrześniaków, z czego tylko część należała do rodziny. Reszta to byli ubożsi sąsiedzi, których wspomagał groszem. Dla niego to był honor, on cieszył się z każdego chrześniaka. A przecież można było spuścić psy na tych wszystkich żebraków, „głupich”, ubogich czy innych. Mogli mnie rodzice nauczyć, że obcy są źli, niebezpieczni. Że nie należy.

Ale przecież należy…

Patrząc na naszą obecną sytuację społeczno-polityczną niepokoję się. Ale patrząc na różne społeczne inicjatywy i formy pomocy dla tych najsłabszych i wykluczonych miewam ostrożną nadzieję, że gdzieś nadal drzemie w nas bezinteresowna polska gościnność. Zwłaszcza, że dziś jest ona tak łatwa. Wystarczy zwyczajnie przelać parę złotych na taką czy inną organizację. Można oddać 1% podatku na pomoc dla najuboższych, pokrzywdzonych, słabych i zagubionych. Albo zwyczajnie można być życzliwym dla imigrantów i uchodźców. Nie wyzywać ich, nie dokuczać, nie poniżać. Nie traktować podle w pracy, nie bić na ulicy. Można, nawet dzisiaj, nie bać się obcego.

Ja wspieram PAH i Wspólnotę Chleb Życia. Wspólnota dla bezdomnych Emaus też jest bardzo prosta w obsłudze. Dobro naprawdę wraca, naprawdę się rozprzestrzenia. Warto je tworzyć, dzielić się nim, posyłać do innych. Świat nie stanie się lepszy bez nas.

Zapach zielonej papai, czyli lubię azjatyckie kino

Odświeżyłam sobie Zapach Zielonej Papai. Chodził za mną od tygodnia. Był czas, pewnie z dziesięć lat temu, kiedy sukcesywnie i pasjami oglądałam kino azjatyckie. Wykłócałam się wtedy zapiekle z moim przyjacielem Alexem, czy da się te filmy oglądać ze zrozumieniem, czy nie. On obstawał, że nie, ja że mnie to nie obchodzi, bo to kino jest po prostu wizualnie wysmakowane. Nigdy nie doszliśmy w tej sprawie do porozumienia, w końcu facet wychował się na amerykańskich komiksach o super bohaterach…

Ja zaś rosłam w górach, na łące i w lesie, i chyba dlatego mam w sobie coś ze spokojnej wschodniej kontemplacji. Lubię się przyglądać, kiedy coś jest po prostu subtelnie piękne. Czy ma sens czy nie ma. Co z tego, że połowy mowy ciała, odmiennych gestów, ekspresji, tajnych kulturowych kontekstów nie rozumiem, skoro wciąż jestem zdolna do doznań estetycznych?

Z otwartą głową, w tych spokojnych obrazach, w których dla nas dzieje się tak niewiele, a dla nich – na poziomie emocjonalnym i kulturowym – zapewne ogromnie dużo, wciąż jestem w stanie znaleźć coś dla siebie. Choćby rozbudzić zaciekawienie. Jak na ujęciu, w którym kilkuletni syn dotyka stopy matki po tym, gdy opuszcza ich ojciec. On bezgłośnie płacze, ona bezgłośnie płacze, siedzą w kucki obok siebie, aż nagle on powolutku wyciąga dłoń i na moment kładzie ją na jej stopie.

Oczywiście ani odrobinę nie rozumiem, dlaczego muszą płakać bezgłośnie. Nie mam również pojęcia, dlaczego się nie przytulają, ani dlaczego to nie matka dotyka syna. I za cholerę nie pojmuję, dlaczego po tym geście obije się uspokajają, lecz czy scena jest przez to mniej przejmująca?

Anh Hung Trang, Zapach zielonej papai, 1993.
Anh Hung Trang, Zapach zielonej papai, 1993. Po lewej scena z chłopcem, po prawej inna scena ze służącą dziewczynką.

Strasznie leniwie leci fabuła, prawie nie dzieje się nic. Codzienna krzątanina, przedstawiona z punktu widzenia młodej służącej, albo raczej przesunięty na nią punkt widzenia obrazuje zastany świat. Ale jakimś cudem skromna, nieśmiała i bardzo wrażliwa na piękno dziewczyna zdobywa serce panicza.

Znowu nie za bardzo wiadomo o co chodzi i jaki to niesie społeczny kontekst, jaki podobna sytuacja mogłaby mieć oddźwięk? Musiałabym dużo douczyć się o kulturze i tradycji Wietnamu, nie wiem tylko czy w tym przypadku potrzebuję. Może przesłanie filmu jest równie banalne, co turecko-argentyńskie telenowele? Może ich urok polega tylko na tym, co sama sobie w te obrazy wstawię i dopowiem? Może pociąga mnie w tym kinie dokładnie mój zachodni brak zrozumienia i tajemnica inaczej postrzeganego życia? Albo może impertynencja fałszywego przekonania, że rozumiem, że wiem?

Jakie to wszystko ma znaczenie? Alexa mierżą te obrazy, a ja nasiąkam snującymi się powoli, wysmakowanymi po wschodniemu scenami, cieszę się nimi. Przynoszą mi ukojenie, wyciszają, przenoszą w inny świat. Tego mi przecież wystarcza, by Zapach zielonej papai wracał do mnie co kilka lat. A pod koniec i tak włącza mi się silna nostalgiczna tęsknota za moim ukochanym filmem wschodnim, „Wiosna, Lato, jesień, Zima, znowu Wiosna„…

Świadome zmiany zamiast noworocznych postanowień

Dziwaczny to był rok. Dla mnie osobiście nie tyle trudny, co nieustannie konfrontujący z własnymi wyobrażeniami na różne tematy. Zmusił mnie do odpuszczenia tylu przekonań, że pod koniec prawie mogę powiedzieć „królowa jest naga”. Na szczęście stała obserwacja siebie i świadome zmiany od dłuższego już czasu pomagają mi przechodzić przez podobne procesy w miarę bezboleśnie.

Cieszę się, że świadomość zmian nauczyła mnie odpuszczania. Gdy byłam młodsza, dużo bardziej walczyłam „o swoje”. Strasznie mnie to poniewierało, głównie z tego powodu, że wcale nie znałam tego co „moje” naprawdę. Napierałam na coś, co wydawało mi się prawdą, a tu nagle bęc-bęc i a ku-ku. Teraz jest inaczej. Uważniej przyglądam się i sobie i otaczającej mnie rzeczywistości, obserwuję stosunek jeden do drugiego i zwyczajnie odpuszczam to, co zbędne.

Najbardziej chyba udało mi się uporządkować emocje, związane z presją innych na mnie. Ostatni rok był taką bardzo głęboką droga do środka, coraz dalej od zewnętrznego zgiełku. Zawsze miałam intuicyjną tendencję do wyznaczania swojego terytorium, w którym chroniłam się przed presją otoczenia, ale było to bardziej ucieczkowe. Na zasadzie – wychodzę z bezpiecznej strefy i jestem stawiana w sytuacjach, z którymi trzeba się skonfrontować. Kiedy ciśnienie jest za duże to mam się dokąd wycofać. Moja własna budka ślimaka. Teraz natomiast czuję, że w większym stopniu decyduję za siebie. Ani nie muszę się konfrontować, ani nie muszę się wycofywać. Mogę zwyczajnie wybierać. Zaczyna mi być dobrze tu gdzie jestem i tak jak jestem.

Chcieć za dużo na raz (niepotrzebnych rzeczy)

W środowiskach rozwojowych jest taka dość silna presja, żeby wszystko było już, tu i teraz. Jest mocne ciśnienie na to, żeby od razu być pięknym, wiecznie młodym i bogatym. Samo w sobie zapewne jest to słuszne, ja jednak uważam, że każdy powinien wyznaczać własne kryteria tych określeń. Mamy tak różne osobowości, predyspozycje i potrzeby, pochodzimy z tak różnych środowisk i tak różnie postrzegamy świat, że jeden efekt końcowy dla wszystkich jest zupełną fikcją. A jednak, będąc zwierzętami stadnymi, staramy się upodabniać do innych. Jeśli ktoś ma taki samochód, mieszkanie czy tyle zarabia, to ja też muszę. A jeśli ja nie posiadam czegoś, to inni niech też tego nie mają.

Z jakiegoś powodu rozwój poszedł w stronę zdobywania więcej, zamiast iść w stronę poznawania siebie i swoich własnych, prawdziwych potrzeb.

To właśnie jest ta zewnętrzna presja. Albo będziesz wyglądać, posiadać, zachowywać się jak my wszyscy, albo nie będziesz do nas przynależeć. Albo będę mieć, mówić, wyglądać jak wszyscy, albo będę nikim…

Dlaczego?

Po co robimy coś tylko dlatego, że tak wypada, jest przyjęte, dobrze wygląda? Dlaczego nie robimy tego, czego naprawdę potrzebujemy? Dlaczego nie odmawiamy czegoś, co nas tak średnio interesuje, ale w środowisku „mogłoby dobrze wypaść”? Czasem czujemy niechęć do robienia czegoś, ale i tak to robimy, bo „należy”. Jeśli daje się na coś takiego przyzwolenie, to wir wciągający w podobne sytuacje staje się coraz większy i większy. Coraz trudniej i trudniej jest odmówić. Znam masę ludzi, którzy tak bardzo pozwalają zawładnąć swoim życiem temu co „należy” i dobrze jest”, że zaczynają traktować je jak swoje własne. Zaczynają wierzyć, że są tym, czym stali się dla innych.

Skąd to się bierze?

Psychologia udzieliła już z tysiąc odpowiedzi na to pytanie. Tak jesteśmy społecznie kształtowani, żeby nie być zbyt zindywidualizowanymi jednostkami. Żebyśmy mogli być częścią grupy i działali na jej korzyść – rodziny, wspólnoty, kraju. Miało to sens przez długi czas, szczególnie w czasach, gdy ludzkość napędzały niskie popędy, a głód i potrzeba przeżycia były silniejsze niż wewnętrzna moralność. Dziś jest już inaczej. Dziś świat nie zna granic, a jednostki takie jak rodzina urodzeniowa czy państwo dawno nabrały zupełnie nowego sensu.

Dziś nie jesteśmy już skazani na przytwierdzenie do jednego miejsca, i jednego środowiska. Szczególnie jeśli jest toksyczne. Możemy zmieniać otoczenie, szukać dla siebie miejsca w szerokim świecie. Gdzieś przecież żyją ludzie podobni do nas. Mamy prawo być sobą, bo z podobnymi sobie możemy budować nowe wspólnoty – czy to w pracy, czy w rodzinie, czy bodaj dzieląc pewne wartości „na Facebooku”. Wcale nie musimy odkształcać siebie na tyle, żeby w sztuczny sposób dopasować się do innych.

Żeby dojść do siebie i tego, czego naprawdę potrzebuje się od życia, trzeba wykonać pewną pracę. Trzeba nauczyć się mówić „nie”. Ale takie trochę inne „nie”, niż zwykła asertywność wobec tego, w czym definitywnie nie chcemy brać udziału. W tym zakresie nawet prawo nam pomaga, warto z niego korzystać. Szczególnie mam na myśli kobiety, które nadal godzą się na pewne niechciane rzeczy, bo wydaje im się, że muszą, bądź powinny, bądź nie widzą dla siebie innej perspektywy.

Żeby odpuścić robienie tego, co naprawdę nie jest nasze, trzeba zrozumieć, co nasze jest. Co jest moje własne w świecie, w którym żyję w nieustannej interakcji z innymi? W sytuacji, w której ukształtowała mnie rodzina i kraj, w którym się urodziłam? Kim w tym wszystkim jestem ja sama?

Wzorce

Poznawanie siebie jest zdaje się wycieczką na całe życie. Sporo pomaga praca z wzorcami podświadomości, które rządzą nawet naszymi wyborami. Większość wzorców przetrwania (zachowanie w danej sytuacji, konkretne stany emocjonalne, rodzaje relacji w jakie wchodzimy z innymi, choroby i procesy wewnątrz organizmu), przejmujemy w chwili poczęcia od swoich przodków, rodziców, dziadków, ciotek. Wszystkie traumatyczne zdarzenia w rodzie znajdą w nas odzwierciedlenie.

Część wzorców wytwarzamy sami, radząc sobie lepiej lub gorzej z własnymi doświadczeniami życiowymi. Mózg automatyczny rządzi nami z precyzją szwajcarskiego zegarka, zapisując cała swoją wiedzę w podświadomości. Podświadomość ukrywa przed nami to, z czym sobie świadomość nie radzi. W genach ukrywa nawet to, z czym nie poradzili sobie nasi rodzice i dziadkowie.

Na tym polega praca – żeby sięgnąć po to, co ukryte, wyparte, emocjonalnie trudne, wydobyć to na powierzchnię i przywrócić do świadomości. Okaże się, że ogromna część naszego zachowania, albo „potrzeb”, to tylko biologiczne wzorce. Wzorce nie są moim prawdziwym ja. To tylko sposób zachowania, który przejęliśmy od innych, najczęściej przodków. Jeśli coś w życiu, w związkach, w pracy powtarza się w kółko i w kółko, to nie jest to ani los, ani pech, tylko wzorzec. Trzeba odnaleźć, co go zaprogramowało i przetransformować w świadomość. Dopiero w tym miejscu jesteśmy w stanie dokonać zmian.

Świadome zmiany drobnymi krokami

Trochę zajęło mi zrozumienie tego, że rezygnacja nie jest przegraną. Jestem entuzjastą o dużej sile woli i w zasadzie całe swoje życie przeżyłam kierując się tylko pasjami. Inaczej rzecz ujmując, nie potrafię wykonywać tych czynności, w które nie wierzę, i które mnie nie satysfakcjonują. Fajnie, prawda? Dobrze jest mieć takie życie. A jednak ostatni rok pokazał mi, że pasją też można się zmęczyć. Szczególnie, jeśli przekroczy się własne granice, prawdziwy poziom zapotrzebowania na to, co się robi.

Każdy, kto tworzy publicznie w jakimś sensie publicznie żyje. Moi czytelnicy nie tylko wiedzą, co myślę, ale i co jadam, gdzie jadam, z kim bywam, co robi moje dziecko, jakie mam koty i nawet o której wstaję. Prywatność mojego życia jest przesunięta z mojej własnej woli. Jeśli piszesz coś, co ma wpływać na innych, oni powinni widzieć twój przykład. Trzeba dawać przykład. Ale kiedy otwierasz swoją prywatność na innych, w naturalny sposób wystawiasz się na krytykę.

Na czym polega presja życia w otwarty sposób? Wcale nie na tym, że inni ocenią cię źle, tylko na tym, że sam zaczynasz siebie oceniać przez pryzmat tego, jak postrzegają cię inni. I nagle okazuje się, że stajesz się własnym zakładnikiem, bo coraz częściej musisz robić rzeczy, które pasują do twojego wizerunku, a nie te, które chcesz robić naprawdę. To dopiero jest presja! Musiałam wycofać się dość mocno z własnej aktywności, żeby ponownie zrobić miejsce dla siebie.

Dobrze jest znaleźć równowagę. Dobrze jest potrafić się zatrzymać i poznać gdzie kończy się prawdziwa potrzeba robienia czegoś, a gdzie zaczyna presja, nawyk, wzorzec działania. Dobrze jest wrócić do podstaw i nieco przeorganizować swoje życie. Nie potrzebuję być wszędzie i robić wszystko, nawet jeśli mi się nie chce. Nie muszę być atrakcyjna dla innych przez całe swoje życie, bo mnie to normalnie męczy. Nie mogę pracować z pasji przez 18 godzin na dobę, żeby nie odbiło się to na moim zdrowiu. Człowiek nie jest w stanie realizować się na wszystkich polach i we wszystkich dziedzinach życia w pełnym napięciu. Bo czy w życiu chodzi o napięcie? Raczej nie. Wcale nie chcę być lepsza niż jestem, bo przy swoich standardach i tak jestem najlepsza jaka mogę być.

Sukces wcale nie przychodzi wtedy, kiedy jesteśmy najlepsi we wszystkim, tylko wtedy, kiedy czujemy się spokojni i zrealizowani. Kiedy potrafimy powiedzieć, że każdy dzień, niezależnie od wrażeń, albo wydarzeń był przeżyty świadomie i dobrze. Warto sobie odpowiedzieć na pytanie, czy w chwili ciszy, sam na sam ze sobą czujemy w sercu spokój i zadowolenie? Bo tylko one mówią o tym, że nasze życie jest prawdziwe, że nie przygniata go presją bycia gdzie indziej i robienia czego innego albo więcej.

Szczęście to nie są spektakularne zdarzenia ani ekstremalne emocje. Szczęście to jest stan wewnętrznego spokoju i świadomości siebie. To taki zwykły, cichy ciepły uśmiech na twarzy, można powiedzieć – bezwarunkowy. A taki uśmiech pojawia się wtedy, kiedy akceptujemy, kochamy i szanujemy siebie po prostu dlatego, że jesteśmy sobą. Nie zaś dlatego, że robimy lub posiadamy więcej i więcej. Ten zgiełk wokół nas wcale nie jest potrzebny. Lecz żeby go nie słyszeć i nie ulegać mu, trzeba przestać porównywać siebie do innych. Fajnie, jeśli nasza stadność objawia się tym, że uzdrowimy i wybudujemy silne więzi z rodziną, przyjaciółmi i społecznością, w której funkcjonujemy. Niezbyt fajnie, jeśli skoncentrowana jest na posiadaniu więcej, robieniu mocniej, przeżywaniu emocjonalniej niż NAPRAWDĘ potrzebujemy. Dlatego odpuszczam to, co DLA MNIE nieważne.

Świadome zmiany to wcale nie wszystko i na raz, lecz drobne codzienne kroki, które wykonuje się dla siebie i z powodu siebie. I nie ma co w tym wszystkim bać się egoizmu! Kiedy docierasz do swojej prawdziwej natury, która nie podlega ocenie, rozumiesz, że ona również nie ocenia. W takiej czystości serca po prostu nie ma miejsca na bycie osobą niewrażliwą czy złą. Jest miejsce na prawdę i zrozumienie – i siebie i innych.

Oczywiście stale należy pamiętać o wzorcach – trzeba odróżnić to, czego nie potrzebujemy, od tego, czego potrzebujemy, ale z czego rezygnujemy z powodu wzorców niezasługiwania, niskiej samooceny, wyuczonej bierności, niezaradności, depresji. W tym obszarze świadome zmiany są nawet konieczniejsze.

To taki tekst, który piszę od 29 grudnia. Bo piszę i sama siebie próbuję w tym wszystkim odnaleźć, zrozumieć. Nie chcę robić żadnych, ale to żadnych postanowień na swoje życie. Nie potrzebuję ich. Potrzebuję tylko odnajdywać siebie każdego dnia w każdej swojej myśli i w każdej czynności. Być sobą. Zmieniać moje życie na bardziej moje niż cudze. Wyzbywać się presji robienia czegokolwiek z powodu innych. Fajny link wczoraj wrzucił Krzysiu Gonciarz na podobny temat do wystąpienia scenarzysty i pisarza Charliego Kaufmana. Jest po angielsku, ale Krzyś przytacza fragment tłumaczenia u siebie (1’45).

Świadome zmiany są jak balansowanie na linie. Fragment instalacji Między wodą a niebem Jerzego Kędziory na Kładce Ojca Bernatka, Kraków 2016, Fot. Andrzej Mędrek
Świadome zmiany są jak balansowanie na linie. Fragment instalacji Między wodą a niebem Jerzego Kędziory na Kładce Ojca Bernatka, Kraków 2016, Fot. Andrzej Mędrek

Suszony bób – rarytas góralski w kuchni

Niekiedy pamięć płata figle. Na ostatnie Terra Madre ściągnęłam górali z mojej rodzinnej Ochotnicy. Przywieźli sporo lokalnych ciekawostek, między innymi suszony bób górski. Ależ się zdziwiłam – jak to bób SUSZONY?!

Tadek z Cyrhli (Gospodarstwo Ekologiczne Cyrhla) miał prostą odpowiedź: „Normalnie suszony. Przecież kiedyś tylko się suszyło”. Naprawdę parę dni zajęło mi przekopywanie pamięci, zanim coś w niej wreszcie brzdąknęło. Przypomniałam sobie nawet nie to, że znam suszony bób, ale że świeży bób pierwszy raz jadłam dopiero w dorosłym życiu, chyba już po studiach! Przypomniałam sobie to samo swoje zdumienie: „Ale jak to bób świeży?!”.

Ano tak to!

Kiedyś na jednym z targów kupowałam nieznaną mi odmianę fasolki. Starsza pani która nie mogła pojąć, o co ja się dopytuję z tą ekologią i odmianami, cierpliwie tłumaczyła: „Ona naprawdę jest świeżutka, dopiero co zbierana, bardzo miękka, pani spróbuje”… Musiałam dopiero przyjść do domu i ugotować sobie świeżutkiej mięciutkiej fasolki, żeby zrozumieć.

Jest świeży bób, jest świeży groszek, jest świeża fasolka. Tak samo jak jest groch suszony, fasola suszona no i oczywiście suszony bób. Doprawdy, eureka!

No i dobrze.

Nie było się co zastanawiać, tylko bób ugotować. Twardy jest tak samo jak Jaś i podobnie trzeba go potraktować. Najpierw więc porządnie namoczyć, co najmniej na noc, a potem dość długo gotować, choć jednak krócej niż Jasia. Z bobem jest ten mały problem, że ziarna są różnej wielkości i czemuś różnie zasychają. To znaczy jedne potrafią już być całkiem miękkie, kiedy inne nadal są twardawe. Na ich plus jest to, że skórka nie puszcza i nie rozpadają się. A przynajmniej mi nie udało się ich rozgotować.

Smak suszonego bobu jest bardzo ciekawy. Oczywiście nie ma już tego uroku co świeży, nie ma też tej delikatności, ale na tle różnych fasol, włączając Białego Jasia i wrzawską, jest naprawdę ekstra. Taka fasola o smaku bobu z wyłaniającą się niekiedy orzechową nutą. Aż dziw, że jest tak mało znany. W wegańskiej gastronomii powinien zrobić karierę, szczególnie że zimą (mi) smakuje lepiej niż mrożony. Z drugiej strony można się domyślać, że rynek pewnie w całości przejada go na świeżo. (A z trzeciej, to czy w Polsce istnieje wegańska gastronomia?).

Mimo iż wszystkie strączkowe są do siebie bardzo zbliżone, każde ziarenko ma swój osobny, niepowtarzalny smak. Kiedy testuję nową fasolkę, soczewicę czy groch, zawsze zostawiam jej jak najwięcej miejsca, żeby nie stłumić go innymi składnikami. Dopiero po zapoznaniu się z nim myślę, z czym najlepiej jego pojedyncze nuty połączyć. Nauczył mnie tego Paul Pitchford w książce Odżywianie dla zdrowia. Wypisał tam, które konkretne zioła najlepiej pasują do których strączków. Pitchford opierał się o ich wzajemne, wspierające i uzupełniające działanie lecznicze oraz ich wartości odżywcze. Ja z czasem odkryłam, że pewne kombinacje ziół wydobywają z konkretnej odmiany jej najlepsze walory smakowe.

Tak na przykład, jeśli weźmiecie bazylię, oregano, cząber albo tymianek, to z każdym kolorem soczewicy będzie smakować inaczej. Ni cholery nie spasuje tak idealnie z czym innym, choć niby to soczewica i to soczewica. Zielona świetnie szła z lubczykiem, czerwona z kurkumą, bazylią i suszonym koprem, brązowa z oregano, złota z imbirem, a czarną i kanadyjską… zapomniałam. Te dwie ostatnie są najsmaczniejsze, więc pewnie niewiele do nich dodawałam (mówię o czasach Papuamu, kiedy robiłam osobne dania, bo teraz prawie wszystko gotuję jednogarnkowo).

Podsumowując – gdy spotykam się z czymś nowym, jestem ostrożna z dodatkami. Skupiam się maksymalnie na oryginalnym, subtelnym smaku danej roślinki. W drugiej kolejności łączę i doprawiam.

Przepis na suszony bób

W przypadku suszonego bobu postanowiłam pozostać dość konserwatywna w swoim wyborze i połączyłam go z lokalnymi produktami – wszystko, co rośnie w jednej wiosce. W moim przypadku było to super łatwe, bo naprawdę połowę składników mam przywiezionych gdzieś od mamy, albo kupionych u ochotnickich producentów. Jak to ja, kupuję produkty ekologiczne. Innego jedzenia staram się nie jeść, jeśli nie zachodzi konieczność.

Tak zatem po namoczeniu, ugotowaniu (nie na śmierć, jeszcze musi wytrzymać kilkanaście minut z ziemniakami) i spróbowaniu gołego bobu (nawet bez soli), zdecydowałam się połączyć go w takiej kombinacji:

  • suszony bób,
  • ziemniaki,
  • kawalątko topinamburu,
  • suszone grzyby, śliwki, borówki (czarne jagody) i pomidory,
  • kilka sztuk kiszonego agrestu,
  • złoty len polski, orzechy włoskie,
  • pieprz,
  • świeży, wyciśnięty na koniec czosnek górski.

Świetny czosnek mam też z Cyrhli. To stara lokalna odmiana „Harnaś”, która rośnie u nas w Gorcach. Nie mam pojęcia, co w nim jest, jaka magia czy diabeł. Odkąd go kupiłam na Terra Madre cały miesiąc jadłam codziennie i to bez przesady po jakieś pół główki. Tak cholernie mi smakuje, że nie jestem w stanie się powstrzymać. Być może mój organizm wyczuł coś znajomego i postanowił się tym nasycić. Przez lata mieszkania w mieście mało kiedy trafiałam na fajny czosnek i go raczej unikałam. A teraz wsuwam jak wiewiórka orzeszki. I skłaniam się jednak ku wersji, że może to kwestia odmiany Harnaś. Ma wszystkie czosnkowe walory, a przy tym jest na tyle delikatna, że nie rujnuje kubków smakowych. No pyszny ten czosnek po prostu.

Ziemniaki – akurat mam bella rosa, też z Terra Madre. Są niezłe.

Trzy grosze wtrącę do topniamburu – ostatnie lata wszystkie fęsi restauracje katowały nas pure z tego słonecznika. Chwała bozi wreszcie biedak trafił do kategorii passé. To jednak, że sam w sobie jest nieciekawy nie powinno go skreślać z listy naszych zakupów! Dodanie jednej niedużej bulwy do garnka ziemniaków bardzo, bardzo, bardzo poprawia smak ziemniaków! W ogóle polecam dodawanie kawałka do czegokolwiek, z czym smak słonecznika może się fajnie połączyć. Warto kupić z kilo tego warzywa i mieć zapas na cała zimę. Co istotne – gotować go nie dłużej niż 5 minut! Inaczej nie smakuje.

Grzybami kiedyś u nas w górach nazywało się tylko prawdziwki. Reszta to było jakieś coś, co rosło i można było suszyć, ale kto by tam sobie głowę zawracał. Z powodu nasilonej turystyki, stopniowego zanieczyszczenia powietrza, a zwłaszcza z powodu ocieplenia i wynikających z niego susz, z grzybami nawet w górach zaczyna być różnie. Raz są, raz nie ma. Dlatego nieźle jest się przeprosić z innymi niż leśne górskie „prawdziwe” grzyby. Ja szczęśliwie wciąż mam do nich dostęp, ale wydaje mi się, że i tak mają gorszy smak niż kiedyś. Przypuszczam, że za sprawą szybszego suszenia (i przesuszania) nie na piecach kaflowych.

Śliwki to wiadomo, najlepiej suski, ale trzeba uważać. Jedna, dwie i dość. Borówki nie szkodzą, raczej zdobią. Kompotu robić nie ma co, jedynie lekko zakwasić. Do zakwaszenia użyłam też suszonego pomidora (obeszłoby się, ale przyzwyczajenie) i kiszonego agrestu (od Bożeny Stawickiej). Tak sobie o tym agreście natychmiast pomyślałam, bo skoro góry i wieś to i agrest.

Otłuściłam wszystko złotym lnem i orzechami, a zaostrzyłam pieprzem. No i owym czosneczkiem.

Gotowe. Dobre. Zdrowe. Lokalne. Przyjazne Matce Naturze. Polecam : )

Suszony bób w potrawce.
Suszony bób w potrawce.

12 wigilijnych potraw w 3 godziny

Ha, równo cztery lata temu, w 2012 r. Reni Jusis (EkoMama) zaprosiła mnie do swojego ekologicznego programu w Dzień Dobry TVN. Nazywało się to „12 wigilijnych potraw w 3 godziny”. Pomysł był taki, żeby z dań, które dawałam w Papuamu (ekologiczne, roślinne, zdrowe), złożyć kolację wigilijną. Gdzieś mi się lista tych dań zgubiła prawie na wieki, aż nagle odnalazłam w starym laptopie jakąś kopię. Jeśli ktoś nie jest bardzo związany z tradycją i chciałby spróbować czegoś nowego postnego, to może mu się przydać.

Ja te 12 dań przygotowałam w niecałe dwie godziny, bo choć program trwał trzy, to co chwilę kazali mi robić ciszę na ekranie.  Trochę się ze mnie podśmiewali prowadzący, że nie da się tego zrobić w takim czasie, ale miałam potem satysfakcję z oglądania ich min. Nagranie się uchowało – widać, jak się denerwuję bo mi kuchenka nie chce się odpalić, pociągam nosem prosto do mikrofonu i gadam głupoty, ale co tam, dania wyszły spoko, a Jolanta Pieńkowska wciągająca po programie moje słodkie kluski uszami do dziś mnie cieszy : )

Nie ma się co jednak ścigać – ja miałam nawykowego speeda z knajpy i dobrą znajomość dań. Normalnie pewnie trzeba będzie poświęcić na to trochę więcej czasu; na pewno warto robić uważnie, żeby nic nie spalić i odpowiednio zrównoważyć smaki. To co jednak najważniejsze – z tym jedzeniem chodzi o jego lekkość, radość, poszukiwanie swoich smaków i zabawę, bo to one dają zdrowie. Jeśli coś komuś nie pasuje w tych przepisach, śmiało może je zmodyfikować. Im więcej prób, tym lepsze efekty. Im więcej zepsutych dań, tym większe doświadczenie. Wszystko rozbija się o to, co się ze sobą połączy jak najprzyjemniej.

Czas przyrządzania posiłków zależy właściwie wyłącznie od organizacji pracy – najpierw nastawić trzeba to, co gotuje się najdłużej, a w tym czasie kroić i przygotowywać coś innego. To powinny być 3 krótkie, ale intensywne godziny – niech na każdym palniku coś się gotuje. Cały czas trzeba słuchać garnków i regulować płomienie. Dużych można używać tylko, jeśli stoi się bezpośrednio nad kuchenką i patrzy na jedzenie. Podczas siekania czy obierania, lepiej je zmniejszyć. Albo kiedy się wychodzi z kuchni, zresztą w tym czasie w ogóle lepiej nie wychodzić z kuchni, a już zwłaszcza spoglądać na fejsa 😉

No i przede wszystkim – nie trzeba od razu robić wszystkich 12 dań, choć z radością usłyszę, że ktoś spróbował. Jeśli nie ma się zbyt dużego doświadczenia w kuchni, można po prostu wybrać jeden set, który wydaje się najciekawszy i od tego zacząć. Jedzenie zresztą dobre nie tylko w święta.

12 wigilijnych potraw

Pojedyncze potrawy składam w takie dania: 1. barszcz, 2. kasza gryczana + grzyby w wodorostach + groch zielony + duszona kapusta, 3. ziemniaki w mundurkach (można zastąpić kaszą jaglaną albo ryżem razowym) + czerwona soczewica + sałatka z czerwonej kapusty, 3. słodkie kluski + fasolka mung z malinami + słodka sałatka, 4. kompot.

Ekologiczna Reni Jusis w Dzień Dobry TVN i 12 potraw w 3 godziny Renaty Rusnak.
Ekologiczna Reni Jusis w Dzień Dobry TVN i 12 potraw w 3 godziny Renaty Rusnak.

1. Barszcz

  • 1,5 kg dobrych soczystych buraków,
  • 200 gr fasoli Piękny Jaś,
  • pół selera,
  • 1 cytryna,
  • 2 winne jabłka/jedno duże,
  • szczypta nierafinowanej soli (np. himalajska, albo kłodawska nieoczyszczona),
  • 10 ziarenek ziela angielskiego,
  • 10 ziarenek pieprzu,
  • kilka gałązek świeżej pietruszki,
  • kilka suszonych śliwek.

Fasolę namoczyć na noc, odlać wodę, wrzucić do garnka 5 litrowego z niezbyt dużą ilością wody, gotować 30 minut. Buraki pokroić w kostkę, dorzucić do garnka, od razu podlać wyciśniętym sokiem z całej cytryny. Jeśli trzeba, dolać trochę wody, ale barszcz powinien być gęsty. Dodać przypraw i 15 minut później pokrojony w kostkę seler. Gotować do miękkości, szczególnie fasola musi być miękka, żeby nie powodowała wzdęć. Gotować najlepiej pod pokrywką. Barszcz powinien mieć gęsty wsad, który warto zjeść. Można również doprawić liściem laurowym albo jałowcem (nie oba na raz). W razie potrzeby dokwasić cytryną.

Wersja solo do picia – tak samo, tylko bez fasoli; fasolę zagotować do miękkości osobno i ewentualnie dodawać do odcedzonego barszczu do przegryzienia parę ziaren dużej fasoli.

Wersja przecierowa – dolać około 0.5L wody do gotowania, wyjąć około 1/3 buraków i fasoli i zblendować, dorzucić buraki z powrotem do garnka.

2. Kasza gryczana

  • 0,5 kg kaszy gryczanej niepalonej,
  • pół płaskiej łyżeczki galangalu,
  • szczypta nierafinowanej soli.

Najwartościowsza kasz gryczana jest biała, niepalona. Należy ją bardzo starannie przepłukać, bo łatwo złamać ząb na małym kamyku! Wrzucić wyłącznie na wrzątek, mniej więcej w proporcjach wody 2:1. Dodać galangal (dostępny w serii ziół św. Hildegardy, ale czasem bywa i w innych seriach) i lekko osolić na początku. Starać się nie dawać zbyt dużo wody, żeby nie trzeba było odlewać. Każde odlanie wywaru z dowolnej kaszy czy ryżu powoduje utratę wartości odżywczych, ale przede wszystkim smaku. Źle palone kasze gryczane nierównomiernie się gotują – jedne ziarna już się rozpadają, inne wciąż są twarde. Trzeba to wypośrodkować, albo kupić dobrą, sprawdzoną kaszę, z dobrego gospodarstwa.

Grzyby w wodorostach

  • 0,5  kg  pieczarek,
  • 5  suszonych  prawdziwków,
  • pół garści wodorostów – jakie się ma (ilość może być większa bądź mniejsza, traktować to jako przyprawę),
  • sos sojowy nisko solony,
  • szklanka wody.

W rondlu lub głębokiej patelni wrzucić na wodę prawdziwki z wodorostami i pod przykryciem dusić około 20 minut. Podlewać wodą w miarę potrzeby. Dorzucić pieczarki pokrojone w ćwiartki i podlać odrobiną sosu sojowego do smaku. Przykryć i dusić do miękkości. Podlewać i mieszać w miarę potrzeby. Na sam koniec zdjąć pokrywkę i odparować wodę, bez wysuszania grzybów. Można położyć osobno do nakładania obok kaszy, ułożyć z góry na kaszy, lub zmieszać z kaszą – w zależności od upodobań.

Groch z suszem

  • 0,5  kg  grochu zielonego (namoczonego  na  noc),
  • podgrzybki/prawdziwki,
  • suszone śliwki,
  • daktyle.

rondel

Groch namoczyć, zlać wodę, wstawić w niezbyt dużej ilości wody razem z grzybami, gotować bez pokrywki. Zebrać szumowiny. Po 15 minutach od zawrzenia wrzucić kilka suszonych śliwek i kilka daktyli. Gotować do całkowitej miękkości grochu. Odparować wodę, lub w miarę potrzeby dolać odrobinę. Starać się nie odcedzać.

Duszona kapusta

  • ćwiartka włoskiej kapusty,
  • ćwiartka białej,
  • suszony koper
  • 2 cebule
  • sos sojowy nisko solony.

Pokroić w drobna kostkę cebule, wrzucić na głęboką patelnię lub rondel, wsypać sporo suszonego kopru (świeży dodać pod koniec i uważać na ilość), podlać dość obficie sosem sojowym. Dusić jakieś 10 minut pod przykryciem, mieszać i podlewać małą wodą w razie potrzeby. Dorzucić posiekaną w średnie, niezbyt wielkie paski białą kapustę, wymieszać, dolać wody i dusić około 10 minut. Posiekaną w kostkę/kwadraty kapustę włoską dorzucić i dusić pod przykryciem kolejne 5, 7 minut. W razie potrzeby dolać sosu sojowego. Wodę raczej odparować, ale jeśli jej będzie za dużo lepiej wyłączyć i zostawić kapustę w wodzie, niż gotować dłużej do utraty koloru. Kapusta powinna być dość chrupka. Wodę można też zlać i użyć jako wywar bądź do podgrzewania innych dań suchych.

3. Ziemniaki w mundurkach

  • potrzebna ilość ziemniaków,
  • nierafinowana sól.

Przed gotowaniem dobrze wyszorować szczotką do warzyw, albo czymś trącym, przeznaczonym tylko do tego celu (np. plastikowy druciak ) i BARDZO dokładnie wyciąć wszystkie kiełki i zazielenione miejsca, nie są przyjazne dla zdrowia. Gotować w małej ilości lekko osolonej wody i nie wylewać jej, tylko odcedzić do dzbanka i użyć do podlewania podczas gotowania kaszy czy ryżu, albo nawet jako wywar. Idealna przyprawa plus zachowane wartości odżywcze!

Czerwona soczewica z ziołami

  • 250 gr soczewicy czerwonej,
  • suszony i świeży koper,
  • bazylia,
  • kurkuma.

Wypłukać soczewicę, można namoczyć wcześniej kilka godzin, zagotować. Wrzucić sporą łyżeczkę kopru suszonego lub posiekane drobno łodyżki z połowy  świeżego pęczka. Dodać tyle samo bazylii suszonej/łodyżek i pół płaskiej łyżeczki kurkumy*. Gotować na wolnym ogniu do rozgotowania – uwaga, szybko się gotuje, pilnować, żeby się nie sfajczyła. Małą szczyptę nieoczyszczonej soli dodać na sam koniec**, tylko dla delikatnej równowagi. Odparować wodę na tyle, by soczewica była gęsta, ale nie sucha.

* kurkuma ma tylko trochę nadać koloru i zadziałać bakteriobójczo, nie może stłumić i zdominować smaku. Soczewica powinna mieć smak ziół.
**nie solić strączków na początku gotowania, bo twardnieją.

Surówka z czerwonej kapusty złamana cynamonem

  • pół kapusty czerwonej (albo ile zjecie),
  • cynamon mielony,
  • pietruszka zielona,
  • cytryna,
  • 3 słodkie jabłka.

Czerwoną kapustę posiekać bardzo, bardzo drobno, zalać połową cytryny lub więcej, zamieszać, można lekko pognieść. Zetrzeć drobno marchew i jedno jabłko. Posiekać nie bardzo drobno natkę pietruszki, zmieszać z kapustą. Dodać czubeczek łyżeczki cynamonu i zmieszać.
Uwaga – cynamon powinien być bardzo łagodnie wyczuwalny, nie może dominować, tylko ma robić tło, zaznaczać nieoczekiwaną nutę.

Ekologiczne święta - 12 wigilijnych potraw w 3 godziny.
Ekologiczne święta – 12 wigilijnych potraw w 3 godziny.

3. Słodkie kluski

  • 1/2 kg mąki ciemnej (1850, 2000 lub wyżej, od biedy 1050. Poniżej tego mielenia ze względu na zdrowie nie powinno się stosować mąk, są zbyt wyprane i śmieciowe).
  • 1/2 szklanki mleczka kokosowego,
  • spora garść posiekanych drobno daktyli,
  • 1/2 garści suszonych słodkich śliwek,
  • 1/2 garści malin,
  • 2 słodkie jabłka pokrojone w kostkę,
  • łyżkę stołową dobrego aromatycznego miodu,

Mąkę zalać odpowiednią ilością gorącej wody, zagnieść, rozwałkować „węże” podobnie jak na leniwe lub kopytka, pociąć na podobne kawałki. Zagotować wodę, osolić, wrzucić, gotować do miękkości. Mogą wymagać od 15-25 minut gotowania, w zależności od rodzaju mąki. Można użyć dowolnej mąki słodkawej (nie żytniej) – pszenna, orkiszowa, z płaskurki lub samopszy, quinoi. Owsiana i gryczana nie skleją się, choć dałyby dobry smak. (Łatwiejsza i szybsza wersja – kupić dobry razowy makaron i zagotować al dente).

Sos:

Daktyle i śliwki drobno posiekać, jabłka skroić w kosteczkę. Do głębokiej patelni wlać mleczko kokosowe, dodać wszystkie owoce, przykryć i dusić. Pod koniec dodać miodu i chwilkę dodusić do miękkości. Podlać mleczkiem lub wodą w razie potrzeby, lub zdjąć pokrywkę i odparować, jednak nie na sucho. Sos ma dawać przyjemną konsystencję, gęstą i pyszną i satysfakcjonującą duże dziecko w nas.

Fasolka mung z malinami

Nie rdzennie polska, ale naprawdę pyszna i pożywna, mała i piękna, zielona fasolka mung. Potrzebne:

  • 250 gr fasolki mung,
  • garść malin (o tej porze roku już raczej tylko mrożonych),
  • gruziński lub ormiański sos z granatów Narszarab – ilość zależy od preferencji poziomu słodkości.

Fasolkę namoczyć (wystarczy 4 godziny, ale może być na noc), zlać wodę, zagotować w wodzie na palec wyższej od poziomu fasolki. Gotować około 15, 20 minut, zależy od długości namaczania. Sprawdzać stan – nie może być twarda, ale bardzo łatwo ją rozgotować, wtedy wygląda nieładnie. Na ok 5 minut przed końcem wsypać maliny, wymieszać i dusić z malinami. Polać sosem z granatów – do smaku (zrobić próby, bo jest intensywny). Można odrobinę posolić, ale niekoniecznie.

Słodka zielona sałatka z owocami

Wariant pt. „co mamy pod ręką słodkiego”. Bardzo dobrze komponują się razem w każdej wersji:

  • winogrona
  • jabłka
  • gruszki
  • maliny
  • pomarańcze
  • śliwki
  • śliwki suszone
  • daktyle
  • sałata – większość odmian
  • kapusta pekińska
  • jarmuż
  • słodka papryka w małej ilości
  • banan w bardzo małej ilości
  • awokado
  • orzechy…

Oczyścić i posiekać/porwać składniki na przyjemne kawałki, wymieszać razem, skropić obficie wyciśniętą pomarańczą z miąższem lub sokiem z cytryny (mniej obficie), albo zrobić zielony dresing. Unikać w tych kompozycjach pomidorów i ogórków oraz wszystkiego, co kwaśne poza cytryną.

Oliwy i oleje w takich kompozycjach zabijają ich lekkość i eksplozję smaków podczas gryzienia. Do takiej sałatki fajnie jest natomiast zrobić jakiś beztłuszczowy dresing – zblendować razem sezam lub orzechy z jagodami dowolnymi (najlepsze jeżyny lub borówki, maliny też dają radę), sokiem z cytryny, odrobiną banana na mleku roślinnym bądź wodzie. Można dodać sos sojowy niskosodowy. Wariantów nieskończoność.

4. Kompot z susek (wędzonych śliwek)

  • 3 porcje śliwek wędzonych,
  • 1 porcja śliwek suszonych (mogą być kalifornijskie, słodkie),
  • 0.5 porcji daktyli.

Wszystko zalać wodą 2:1 i gotować do miękkości. Można rozrzedzić wywar, albo zagęścić, zależnie od upodobań. Wędzone śliwki dają mocniejszy aromat, są też tradycyjne. Warto poszukać na wsi, takie z pestkami, zalatujące dymem; smak i aromat niepowtarzalne. Na rynku dostępna jest bardzo aromatyczna suska Sechlońska. Jeśli nie ma, można użyć suszonych, ale efekt nie będzie ten sam.

Smacznego i spokojnych Świąt! Czekam też na WASZE zdrowe, roślinne, beztłuszczowe, bezmięsne, nisko przetworzone przepisy! Kto staje do pojedynku na 12 wigilijnych potraw w szybkie 3 godziny? 😉

Wzorce wolności dla Polski, mentalność

Wzorce wolności. Ewolucja świadomości
Wzorce wolności prowadzą ku… wolności.

Postanowiłam wreszcie zrobić jakiś porządek ze strachem przed nienawiścią, który odpalił mi się w ostatnim roku (czytaj). Popatrzyłam też na wzorce wolności w Polsce i trochę mi się w tym temacie poukładało.

Wzorce wojny wszyscy mamy w genach, bo przodków każdego z nas w przeszłości wielokrotnie dotknęła swoją traumą wojna. Praca nad wzorcami rodowymi – niezależenie jaką metodą się pracuje – pokazuje, że jeśli jedna osoba w rodzinie przepracuje wzorce, one się rozpuszczają, albo przynajmniej luzują w całym rodzie. Jeśli to działa w skali mikro, dlaczego miałoby nie zadziałać w skali makro, szczególnie, jeśli doświadczenia z medytacji zbiorowych udowadniają siłę ich przekazu. Dlatego pomyślałam sobie, że wypiszę te polskie wzorce narodowe, nad którymi każdy z was może pracować. Im więcej tego rozpuścimy, tym bardziej poluzujemy ogólnoludzki (ogólnozwierzęcy) wzorzec walki.

Naprawdę nie jest ważne ani jaką metodą pracujecie, ani czy medytujecie, ani nawet to, czy może jesteście wierzący i modlicie się do któregoś swojego Boga. Ważne jest, żeby mieć świadomość tego, jakie wzorce powodują, że ludzie w Polsce (i dalej na świecie, choć każdy kraj ma własne odrębne sumy pojedynczych przekonań) od pokoleń zachowują się w jeden i ten sam sposób.

Polska nie posiada mentalnej wolności. Czy jest niepodległa, czy nie jest, wzorce, jakie nami rządzą, są wzorcami niewolnika, który niegdyś był panem, ale wszystko stracił. Stąd nasza polska buta, stąd żal do innych i poczucie bycia ofiarą. Stąd przekonanie, że „mi się należy”, że choć obiektywnie jestem nikim ważnym, w środku aż mnie przepełnia pewność, że jestem kimś. Dlatego Polak musi w kółko udowadniać swoją wyższość, bo nigdy jej w sercu nie czuje. Wzorzec niewolnika, mówi mu że jak się ukorzy, to przeżyje, ale jednocześnie wzorzec dumy skłania go do durnych bohaterskich zrywów, które kończą się w identyczny sposób – zamiast wolności jest kolejny stopnień zniewolenia i dużo bezsensownej śmierci. Jak uzyskaliśmy niepodległość po zaborach i w Międzywojniu kraj zaczął rosnąć to zaraz przyciągnęliśmy druga wojnę przytłaczającą ilością narodowej nienawiści do Żydów, Romów i wszystkich mniejszości, winionych za wszystko, czego jeszcze nie udało się osiągnąć – znajdziecie to w polskiej prasie między 1935 a 1939 rokiem (identycznie jest teraz!). Jak wywalczyliśmy wolność, to oddaliśmy się w ręce komunizmu. A kiedy uwolniliśmy się od komuny, to z własnej woli poddaliśmy się Kościołowi i w tej chwili napinamy się przyciągając kolejną wojnę, bo wzorce mówią nam, że nie może być za dobrze.

Im nam lepiej, tym nam gorzej. Im bardziej ktoś nami rządzi, tym bardziej chcemy zrzucić to jarzmo, ale im bardziej zrzucamy jarzmo, tym bardziej samowolnie oddajemy się niewolę.

Potrzebne są zatem intencje rozpuszczenia wzorca „przeżyję dopóki jestem niewolnikiem, dopóki się ukorzę” oraz jednocześnie „nikt o mnie nie dba, wszyscy mnie opuścili, zatem będę mieć co jeść tylko jeśli podniosę rękę na swojego pana”. Dwa najsilniejsze, najbardziej zapętlające się w nieskończoność wzorce polskości. Intencja zatem powinna być odwrotna do tego, co one niosą.

Wzorce wolności

Jako Polka, jak członek polskiego narodu rezygnuję z wzorców polskości, proszę o ich transformację. Rezygnuję z wzorców „solidarności” w niewoli na rzecz braterstwa i równości wszystkich bliźnich. Rezygnuję z fałszywych wzorców ofiary i związanych z nimi wzorców poświęcenia (poświęcę całe powstanie, tysiące żyć, żeby coś uzyskać). Rezygnuję z walki o swoje na rzecz budowania swojego w oparciu o wspólnotę. Rezygnuję z wzorców mesjańskiej dumy narodowej – tylko niewolnik myśli „jeszcze wam pokaże, co jestem wart”. Moja wartość nie polega na zabijaniu siebie czy innych w imię fałszywych ideałów. Śmierć i cierpienie nie są tożsame ze szlachetnością, szczególnie wtedy, gdy podszyte są obłudą i dumą: „Jestem niewolnikiem, nic nie posiadam, ale mam przynajmniej swoją dumę i honor”. Rezygnuję z rodowej i narodowej dumy i honoru. Rezygnuję z porywania się na rzeczy tragiczne w skutkach, również dla moich bliskich dla dumy i honoru. Jako człowiek wolny mogę wierzyć w Boga i dbać o swój moralny rozwój, ale nie muszę być posłuszny rozpustnemu kościołowi, tylko dlatego, że używa bicza bożego (bez pozwolenia).

Rezygnuję też z wszystkich zysków, jakie daje mi pozycja chwilowego pana. „Dochrapałem się” władzy, więc teraz pokażę wszystkim niewolnikom, co znaczą sprawiedliwe rządy. Rezygnuję z oszustw i omijania prawa po to, by uzyskać dla siebie jak najwięcej – tak postępuje niewolnik, nie zaś człowiek wolny. Rezygnuję z niewolniczego wynagrodzenia, rezygnuję z niewolniczego korzenia się i godzenia na wyzysk. Rezygnuję z wygody, jaką gwarantuje mi zrzeczenie się odpowiedzialności za własne czyny, to niewolnik nie jest odpowiedzialny za to, co robi. Rezygnuję ze skarżenia się i narzekania jak mi źle, rezygnuję z przerzucania odpowiedzialności za to jak się czuję na innych. Rezygnuję z cieszenia się, że wszystkim innym niewolnikom jest równie źle co mi. Albo przynajmniej nie lepiej. Rezygnuję z korzyści, jakie daje mi zamiana ról z niewolnika na pana. Rezygnuję z wyzyskiwania innych jako swoich niewolników – będąc panem, nadal jestem niewolnikiem. Rezygnuję z szukania rozwiązania moich problemów przy pomocy siły i przemocy. Rezygnuję z trudu bycia Polakiem, z trudów polskości. Rezygnuję z całości narodowego wzorca Polaka-niewolnika.

Mogę żyć, a zatem wybieram życie, będąc wolnym wewnętrznie i zewnętrznie człowiekiem. Nie muszę czekać, aż ktoś mi powie co mam robić. Mogę brać inicjatywę w swoje ręce. Ta inicjatywa może być oparta na działaniu, aktywności i odpowiedzialności. Wybieram aktywność i odpowiedzialność za siebie i swoje czyny. Jestem łagodny i jednocześnie wolny. Potrafię pracować i zarabiać samodzielnie. Mam prawo wierzyć, że należy mi się godne wynagrodzenie za moją pracę. Jestem łagodny i jednocześnie stanowczy. Jestem asertywny do żądań „panów”, w tym kościoła i polityków. Potrafię zapewnić sobie i swojemu rodowi dobrobyt swoją dobrą, uczciwą pracą. Samostanowię o sobie z dobrocią i zrozumieniem dla potrzeb innych. Sprzyjam dobru ogólnemu, ponieważ jako człowiek wolny widzę jaki mam wpływ na całą rzeczywistość. Jako człowiek wolny potrafię cieszyć się z sukcesów innych, bo w wolności nie ma braków, nie ma też zazdrości.

Rozpuszczam swoje jarzmo niewolnika i rozumiem, że mogę w swoje życie wpuścić łatwość i lekkość działania. Jako człowiek wolny nie jestem ofiarą. Moja wartość polega na moim codziennym dobrym życiu. Jako człowiek wolny wybieram tych kapłanów i przewodników, którzy swoim przykładem dają świadectwo miłości. Jako człowiek wolny potrafię oddzielić prawdę od fałszu, realność od iluzji. Widzę swoich polityków i rozumiem, że żaden z nich dopóty nie będzie działał dla wspólnego dobra, dopóki ja nie mam intencji wspólnego dobra. Człowiek wolny widzi innych wolnych ludzi wokół siebie.

Proszę o rozpuszczenie całego tego pakietu przekonań narodowych we mnie i nad całą Polską. Proszę o „wiatr w żagle”, świeżość, oddech, lekkość, radość. Proszę o pełne zrozumienie dla mnie i w całej Polsce prawdziwej wolności, prawdziwej równości, prawdziwego braterstwa. Proszę, by wzorce wolności zaczęły działać już.

Dziękuję.

Nie wahajcie się, czytając te intencje. Nie wątpcie, że da się zmienić Polskę. Wiara góry przenosi, wierzcie zatem, zamiast poddawać się strachowi i bezsilności. COŚ możemy zrobić. Udostępnijcie tak, by inni dołączyli do tych intencji. Dopiszcie pod spodem swoje, bacząc tylko, by opierały się na pozytywnej energii. Proszę omijajcie wypominajki i samobiczowanie, jacy to jesteśmy, proszę piszcie już z poziomu świadomości.

 

Strach przed nienawiścią, wzorce strachu

W ostatnim roku przygniotła mnie sytuacja społeczno-polityczna w kraju i na świecie. Odkąd wśród moich rodaków wybuchła fala nienawiści do wszystkiego, co obce lub inne „odjęło mi mowę”. Zabrakło mi siły, by dźwigać ciężar tej nienawiści, chociaż jednocześnie poczułam się winna swojej bezradności i bezsilności. Za nimi przecież najczęściej kryje się brak działania. Wreszcie zorientowałam się, że rządzi mną strach przed nienawiścią.

Poddałam się lękowi przed tym, co może się urodzić z tak silnej ludzkiej niewrażliwości, konserwatyzmu, faszyzującego nacjonalizmu, egoizmu i zamknięcia na potrzeby innych. Myślę, że wiele osób podzieliło te same uczucia. Trochę strachu, trochę wstydu za siebie samego. Żeby sobie trochę pomóc, odcięłam się od mediów i tego co się z nich wylewa, ale to przecież żadne rozwiązanie. Dobrzy ludzie wciąż potrącali moje sumienie informacjami ze świata, który zresztą obserwuję przez okno najbardziej w mojej opinii wiarygodnych mediów zachodnich.

Staram się jak mogę utrzymać swoje emocje po jasnej stronie mocy. Ale choć swoim życiem i przykładem próbuję pozytywnie oddziaływać na innych, wydaje mi się, że te działania gdzieś się gubią. W ostatnich dniach, podobnie jak wielu innych, ogarnęła mnie kolejna fala bezsilnej złości na wydarzenia w Syrii. Na wszystkie głosy, że przecież z tych dzieci i tak wyrosną terroryści, że nie możemy pomóc, ba, nie powinniśmy pomagać, bo przyjdą i wysadzą nasze domy. Na zamknięcie korytarzy pomocy przez naszych nacjonalistyczno-populistycznych polityków. A z drugiej strony już mi żyłka pęka na te wszystkie szybko, chyłkiem uchwalane ustawy w naszym kraju, na próby zamknięcia ust prasie, zawłaszczenia totalitarnej kontroli nad obywatelami.

Widziałam coś takiego na kartach historii w archiwach, w dawnej prasie. Wnioski nasuwały mi się same. Albo powiemy takiemu negatywnemu światu „nie”, albo ten świat wejdzie w nasze progi. Albo złu i wojnie powiemy „Nie!”, albo…

Ale co mogę zrobić, kiedy wydaje się, że nic nie mogę?

COŚ mogę. Bo przecież z pewnością nie mogę sobie teraz pozwolić ani na karmienie negatywnych emocji ani tym bardziej na strach przed nienawiścią. Mogę za to medytować (albo modlić się) i mogę nieustannie, każdego dnia, zamiast strachu przed wojną wysyłać intencje dobra, zrozumienia i miłości. Mogę w pole morficzne Ziemi, czy w jej sieci mentalne, astralne i energetyczne emitować z siebie myśli, które odłączą się od ogólnej fali strachu i potrzeby własnego zysku.

Nie oszukujmy się, kiedy toczy się wojna są tylko przegrani i wygrani. Strach czujemy przed przegraną, wygrana zaś nęci. To ja chcę przeżyć, to ja chcę być zwycięzcą. To ja chcę, by wojna była gdzie indziej, i to ja chcę, by u nas był zysk. Trochę taka panuje aktualnie atmosfera w Polsce. Politycy bez oglądania się na innych wprowadzają swoje pomysły na życie. Bez zwracania uwagi na to, że pomysły mają przestarzałe i nieadekwatne do ogólnego ruchu na Ziemi, ponieważ tylko takie znają. Bo wojna to jest wzorzec. Wojna to jest wyuczone i zapisane w naszych pozwierzęcych genach zachowanie, które każe nam w kółko i w kółko, w tym samym biologicznym cyklu odtwarzać te same rytualne zadania. Tak jak jelenie na rykowisku stają co rok do walki o prawo do posiadania samic, nie bacząc na to, że jeden zapewne straci życie. Te drugi zyska i tak zostawi swoje geny wojny w potomkach.

U ludzi jest tak samo – wojna jest w naszych nieświadomych automatycznych genach, i choć na przykład Jezus mówił to już 2000 lat temu, nadal nie nauczyliśmy się nad nimi panować. Dlaczego? Ano dlatego, że nie mamy wzorców prawdziwej miłości, takiej zresztą jakiej uczył Jezus, zanim zawłaszczył ją Kościół. Takiej, która dawała prawdziwą wolność i z prawdziwej równości pochodziła. Dlaczego? Bo wszyscy jesteśmy niewolnikami. Nie ważne czy fizycznie władzę nad nami mają inni ludzie, instytucje, grupy, czy tylko jesteśmy rządzeni podświadomymi, zapisanymi w genach wzorcami. A to przecież nie wzorce wolności – to strach przed nienawiścią obcych do nas, który odpłacamy własną nienawiścią do obcych. Pętla wzajemności.

Wzorce wojny napędza strach – przed śmiercią, przed ubóstwem, głodem, przemocą, przed brakiem w każdej postaci. A kiedy boimy się czegoś, jednocześnie to do siebie przyciągamy. Nie uczyli nas przecież, że choć wszystko, co nieuświadomione rządzi naszymi wyborami z precyzją szwajcarskiego zegarka, to możemy uzyskać prawdziwą wolną wolę, czyniącą cuda, JEŚLI zaczniemy żyć świadomie. Jeśli zwierzęce wzorce przetrwania jeden po drugim wydobędziemy z siebie i zamienimy na świadome wybory dobra i miłości. Ale możemy. Tu i teraz możemy zmieniać swoje myśli, intencje, dzień po dniu pracować nad tym, by świat był lepszy. Nie gdzieś tam, daleko „niech skończą z wojnami”, „niech ci albo inni się opamiętają”, bo to „oni są winni”. To my jesteśmy tu i teraz i to my mamy obowiązek zmieniać swoją własną emanację, która wpływa na cały świat.

Od wielu lat medytuję i chodzę na różne terapie. Szukam w sobie wzorców, które ciążyły mi w osobistym życiu i nie były zgodne z moimi przekonaniami, albo z tym, jak ja chciałabym żyć. To były bardzo osobiste pobudki do rozwoju. To ja chciałam być lepsza, mieć lepsze życie na lepszym świecie. Teraz jednak, w obliczu tego, co dzieje się na świecie i w Polsce, muszę zmienić skalę swojego myślenia – muszę przejść z intencji „oby mi żyło się dobrze” na „oby nam żyło się dobrze”.

Strach przed nienawiścią vs. potrzeba wyrażania miłości

Mówi się, że zmiany zaczyna się od siebie. To prawda jest. Nie jesteśmy w stanie zmienić nikogo innego na siłę. Ani nie jesteśmy w stanie zmienić innych przekonując do swoich racji, ani też robiąc coś za innych, wyręczając ich. Często niesiemy pomoc, która idzie w dym, bo w ogóle nie zmienia sposobu myślenia osoby, której pomagamy. Ale też my – ja, ty – my razem tworzymy całość, jedność. Jesteśmy atomami tej samej wspólnoty, o której jakości świadczymy razem.

Od dawna już zastanawiam się, co można zrobić dla Ziemi, oprócz pojedynczego żmudnego działania, którego energia zaraz przytłaczana jest siłą intencji osadzoną w zbiorowych wzorcach – na przykład narodowych. Cały czas wydawało mi się, że oprócz tego, co ja sama (albo pojedynczy człowiek) zrobię we własnym zakresie, nic się nie da. Dlatego ten ostatni rok tak bardzo mnie przygniótł, i dlatego tyle zła się w nim wylało. Bo co może pojedynczy człowiek wobec zintegrowanej masy, której energie są o wiele cięższe, o wiele głębiej osadzone, utrwalone wielopokoleniowym wzorcem przetrwania? W niektórych przypadkach pojedyncze działania nie wystarczają, i trzeba je skonsolidować, umocnić wspólna intencją.

Wreszcie wczoraj mi się przypomniała książka Lyne McTaggart Pole, w której dziennikarka zebrała w jedno wiele różnych rozproszonych badań nad energią Pola Punktu Zero i ogólnie prawami fizyki kwantowej. Wniosek z niej płynął taki, że poprzez utrwalone emocjami myśli sami mamy wpływ na natychmiastowe stwarzanie rzeczywistości. Przypomniały mi się również przytaczane przez nią doświadczenia medytacji zbiorowych, które dają realny wynik, zmierzalny przy pomocy zwykłej aparatury do badania przepływu prądu. Czyli siła zbiorowej medytacji (wyrażenia jednej intencji) ma realny wpływ na wynik końcowy  i może  odkształcić rzeczywistość w pożądaną stronę.

Z mojego osobistego doświadczenia wynika, że wszystko to prawda, ale też od razu kłaniają się mi wnioski, wyciągnięte z Totalnej Biologii. Wyraźnie mówią one o tym, że zapisane w genach i w mózgu automatycznym podświadome wzorce mają silniejsze oddziaływanie na rzeczywistość, niż nasze świadome myśli. Co zatem możemy zrobić, jeśli ani nasze pojedyncze ani zjednoczone intencje pokoju, dobra, miłości, współodczuwania i współpracy nie działają, bo ich siła przebicia jest dużo niższa niż siła aktywnych, rozszalałych w tej chwili wzorców wojny?

Możemy zacząć myśleć o zbiorowych, narodowych wzorcach wolności, które pozwolą nam się wyrwać z pułapki, jaką zastawia strach przed nienawiścią, przed obcym, przed innym. Przed wszystkim. Wzorce wolności prowadzą drogą przez miłość do rezygnacji z niewoli strachu. Czytaj dalej.

Strach przed nienawiścią
Wszystko czym jesteśmy jest sumą tego, co myślimy. Zatem strach przed nienawiścią przyciąga… nienawiść.

Służąca Chan-wook Parka

Ech, Służąca Chan-wook Parka (2016) to kawał przyjemnie niepokojącego Kina. Dużo pięknego kobiecego seksu, obleśni i zboczeni faceci, emocje, wyszukane perwersyjne intrygi, niespodziewane zwroty akcji, wysmakowane wizualnie sceny – czyli Chan-wook Park w pełnej krasie.

Tylko dla miłośników twardego azjatyckiego kina, przy którym europejsko-amerykańska pornografia jest jak uczennica w spódniczce, tyle że zezowata, z pryszczami i o krzywych nogach. Jak to u niego jest dużo brutalnej przemocy, jednak i tym razem Chan-wook nie odmawia siły przedmiotowo traktowanym osobom (tu kobietom). Choć jeśli ktoś obejrzał Oldboya, Pana i Panią Zemstę, to nic go w Służącej nie wstrząśnie. Raczej otrzyma przyjemną, choć bardzo niewygodną wisienkę do smakowania i schodzenia w czarowne otchłanie piekła, gdzie słabi są mocni, a mocni (jedni z klasą, inni bez) przegrywają.

the-handmaiden-korean-japan-2016-0m1b09l4W stosunku do pierwszego miniserialu BBC, Złodziejka, film całą opowieść winduje z pokładów naiwności i lukru w górę. Uwierzytelnia postaci, szczególnie arystokratkę Hideko, ładnie je między sobą kontrastując. Historia przypadkowej miłości dwóch kobiet zyskuje sporo mięsa, pieprzu i psychologicznej wiarygodności. Długie i całkiem nagie sceny łóżkowe są tak wystylizowane, że chyba nawet zajadli homofobi zamilkną.

Wydaje się, że i tym razem Chan-wook mówi: ciemiężeni powstaną i mimo opresji znajdą siłę, która wsparta miłością, wygra. Strzeżcie się zatem źli i niegodni.

Edit: Męczyło mnie przez kilka dni wspomnienie The Pillow Book Greenawaya. Pewnie ze względu na połączenie azjatyckiej perwersji seksualnej z książkami. Zobaczyłam no i nie wiem. It’s so 90’s… Ciekawe, że każde dziesięciolecie ma swoją własną, odrębną poetykę. Trudno uwierzyć, ale ten obraz ma już okrągłe dwadzieścia lat. Postarzał się, szczególnie w sferze eksperymentu z kamerą, ale z drugiej strony broni się nadal wizyjnością, liryzmem, próbą uchwycenia tego, co nieuchwytne. Z The Handmaiden Parka nie ma zbyt wiele wspólnego, choć mimo wszystko ma. Tyle że teraz chce mi się wrócić do Greenawaya i zobaczyć inne obrazy, a szczególnie ten, który kiedyś zrobił na mnie największe wrażenie, czyli Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek.