Stałam na przystanku autobusowym, jako że nigdy nie zrobiłam prawa jazdy na drodze wyjazdowej z mojej wsi. Już mi się to kiedyś zdarzyło – ta starsza kobieta otworzyła furtkę i wypuściła swoje kury, na wąskie pobocze przy drodze.

Teraz to dość ruchliwa przelotówka, kiedyś jeździły nią głównie furmanki i trzy auta na krzyż. Jej dom stoi wciśnięty między bardzo strome zbocze, a drogę, która z kolei biegnie wzdłuż niemal pionowego brzegu Dunajca.

Przypuszczam, że pasie te kury całe swoje życie – dużego koguta i kilka niosek. Chodzi z długim kijem, skubie uschnięte liście i owoce, obłamuje gałęzie. W podomce, chustce i wełnianych skarpetach. Spogląda na mnie spokojnie, pytam więc standardowo, czy Kraków już leciał? Rozkłada ręce i ciepłym głosem mówi: nie wiem, dopiero m przysła.

Widok, jaki pamiętam z całego swojego dzieciństwa, widok bardzo prędko znikający.

Kobieta pasąca kury