Dziś mija rok od śmierci mojego Piątego Brata. Piąty Brat był Downem. Był najmłodszy z nas, rozpuszczony jak dziadowski bicz, jednocześnie słodki jak peerelowska landrynka. Długo chorował, dużo cierpiał, w końcu odszedł. Spajał nasze życie rodzinne, bo był częścią rodziny. Nigdy się go nie wstydziliśmy, nigdy go nie ukrywaliśmy. Bywał z nami w miejscach publicznych, byliśmy z nim zawsze w licznych szpitalach, na wszystkich badaniach.
Życie z Downem nie jest proste, ale nie jest też niemożliwe.
Obcych dziwiło to, że jesteśmy z naszym Grubym, że się dla niego „poświęcamy”, że spędzamy z nim tyle czasu. Zawsze wzbudzaliśmy zdziwienie w restauracjach, czy nawet na ulicy, chodząc, czy potem jeżdżąc z nim wózkiem. Nas dziwiło to, że inni się dziwią.
Jak to? Czy nie jest naszym bratem, synem, po prostu NASZYM Downem? Jak można go było zostawić samego, kiedy bardzo się bał, kiedy go bolało, albo kiedy tęsknił? Dlaczego nie zabrać go do restauracji czy na miasto, kiedy lubi jeść i lubi zwiedzać? Pewne rzeczy się robi, bo są oczywiste. Nawet, jeśli wymagają wysiłku i organizacji, są przecież możliwe.
W ciągu wielu lat tułaczki po szpitalach, widzieliśmy jak nasza postawa wobec niego zmienia nastawienie innych. Widzieliśmy jak lęk, obrzydzenie czy zwykła niepewność, niewiedza co robić w jego towarzystwie zmieniają się w swego rodzaju otwarcie, nawet sympatię i przywiązanie. Widzieliśmy, jak zmieniają się jego lekarze, jak zmieniają się inni stali pacjenci szpitali, stacji dializ. Wiele obcych nam osób przyszło na jego pogrzeb, wielu zasmuciło się jego śmiercią. Mam pewność, że spowodowane to było naszą akceptacją jego odmienności. Nienachlanie, a zwykłym przykładem, po cichu i przy okazji uczyliśmy ludzi, jak z nim postępować, jak do niego mówić. On potem odpłacał uśmiechem, wdzięcznością, przytulaniem, współpracą.
Wierzę, że zmiękczył wiele serc, szczególnie tych lekarskich i pielęgniarskich, sądzę, że niektóre już na zawsze pozostaną odmienione.
Wierzę też, że nie powinniśmy się wstydzić czy obawiać naszych upośledzonych członków rodzin. Wierzę, że powinniśmy częściej pojawiać się z nimi w przestrzeni publicznej. Nawet nie dlatego, żeby łamać stereotypy, żeby zmieniać czy oswajać opinię publiczną, a po prostu dlatego, że nasze Downy, Mongoły i Muminy też zasługują na to, co niesie świat. Zasługują na restaurację, lodziarnię, ulicę, miejsce publiczne. Nawet jeśli coś potłuką czy wyplują, czy kogoś obślinią – zasługują na to, co jest dostępne dla uprzywilejowanych, zdrowych Innych.
Dopiero niedawno dowiedziałam się, że w Polsce wciąż są rodziny, które ukrywają swoich niepełnosprawnych członków rodziny. Niedawno ktoś nam uprzytomnił, że nasza mama była pierwszą osobą we wsi, która pokazywała swoje upośledzone dziecko na ulicy, zabierała je w miejsca publiczne, nie wstydziła się go.
Jak myślicie, co się stało? Czy ktoś nas z tego powodu napiętnował? Szydził? Pluł nam pod nogi? Gdyby spróbował, miałby z nami do czynienia! Piąty Brat był nasz i go kochaliśmy, a za nami zaczęła go akceptować prawie cała wieś i wszyscy, którzy się z nim stykali. Kolejne Muminki we wsi przyjmowane są zupełnie normalnie, jako część krajobrazu.
Nie bójcie się swoich dzieci, a inni też nie będą się ich bać! Drzwi Papuamu zawsze pozostaną dla was szeroko otwarte.
Piąty Brat nie potrafił grać ani śpiewać, ale miał niebywałe wyczucie muzyczne. Drugi brat gra mu Tolerancję Soyki.
Przyszedł mi wczoraj organiczny schab wieprzowy. Późną nocą go rozpakowałam, pokroiłam i zaczęłam się w niego „wczuwać”. Wyglądał mocno, zwarcie i energetycznie wartościowo, całkiem inaczej niż mięso ze zwykłych sklepów. Poczułam, że chcę mu dodać szałwii i miodu. Dodałam też białe wino z metką organic, które dostałam z Winnacji z naprzeciwka na otwarcie Papuamu, żeby skruszało i się dobrze zamarynowało.
Wyszło bardzo delikatnie. Szałwia dorzuca goryczki, miód słodyczy, wino smaku cierpkiego. Sama wieprzowina zaliczana jest do smaku słodko-słonego, trzeba więc miodu i soli dodawać z umiarem, najlepiej dosalając i dosładzając dopiero w trakcie duszenia i to na węch.
Według Chińczyków wieprzowina bardzo silnie działa na organizm człowieka, dlatego nie powinna być nadużywana. Jest szczególnie pomocna w leczeniu i wzmacnianiu nerek – świnia jako taka koreluje właśnie z tym narządem, jest jego patronem. Działa też mocno na śledzionę i żołądek, nawilża je, wzmacnia płyny organiczne. Wskazana jest dla osób szczupłych, o suchej cerze, albo wyniszczonych. Osoby otyłe powinny jej unikać. Nadmierne spożycie może wywoływać przegrzanie, uczucie gorąca, zmęczenie, skurcze, a nawet stres i ból. Wg zachodniej nauki wieprzowina, jak pozostałe mięsa czerwone ma działanie patogenne, zwiększa choroby cywilizacyjne, w tym serca, krążenia i nowotworowe. Zdecydowanie warto jej nie nadużywać.
PRZEPIS:
ok. pół kilograma schabu bez kości,
dużą garść świeżej (względnie dużą łyżkę suszonej) szałwii,
dużą łyżkę miodu leśnego albo wielokwiatowego. Jeśli używacie droższych miodów, warto zainwestować w gryczany, tylko dać go trochę mniej ze względu na bardzo intensywny smak,
około szklanki białego wina przyzwoitej jakości, może być półwytrawne, byle niezbyt słodkie,
sól nierafinowaną, odrobinę do smaku, nie może dominować, tylko podkreślać.
Wykonanie:
Schab kroimy w niezbyt dużą kostkę, wrzucamy do naczynia, najlepiej szklanego.
Do 1/2 szklanki wina wlewamy miód i sól, mieszamy.
Zalewamy taką marynatą mięso, mieszamy, żeby dokładnie zamoczyć je z każdej strony.
Podsypujemy odrobiną soli, żeby mięso się zamarynowało, ale nie stwardniało, mieszamy.
Tniemy świeżą szałwię (najlepiej używać małych ostrych nożyczek, najmniej soku się traci) i dość obficie posypujemy całość, znowu dokładnie mieszamy.
Na tym etapie można powąchać i się zastanowić, czy czegoś nie jest za mało. Najmocniej będzie czuć wino, ale trzeba się chwilę „wczuć” w bukiet. Odradzam wąchanie nieczystej (nieorganicznej) surowej wieprzowiny – śmierdzi 🙂
Tak przygotowane mięso odstawiamy do lodówki, najlepiej na noc. Będzie smaczniejsze, niż gdyby marynowało się tylko kilka godzin lub wcale. Dobrze jest je przemieszać od czasu do czasu. Nie w nocy oczywiście, ale wieczór i rano tak, żeby było z każdej strony dobrze oblane marynatą.
Po zamarynowaniu rozgrzewamy patelnię, i wrzucamy mięso na dość duży ogień. Jeśli marynata nadal pływa, to lepiej jej nie wlewać razem z mięsem, lecz dolać potem. Trzeba bowiem w miarę szybko odparować wino i wodę z mięsa. Dobrej jakości mięso nie ma w sobie za dużo wody. Uważamy na moment odparowania – chwila nieuwagi i możemy spalić.
Jeśli jest taka potrzeba, możecie musnąć dno patelni oliwą, dosłownie jednak musnąć. Wieprzowina sama wytopi z siebie wystarczającą ilość tłuszczu. Jeśli nie, można na dno dolać parę kropli w trakcie duszenia.
Po odparowaniu pierwszej porcji wina i podpieczeniu mięsa tak, by się zamknęły pory, podlewamy je w miarę potrzeby resztą wina tak, żeby mięso nie wyschło, a zachowało wilgotność.
Wszystko razem nie powinno się smażyć dłużej niż 20, 25 minut.
Teraz uwaga – wsadzamy nos nad patelnię i wąchamy. Trzeba się dobrze zaciągnąć; w bukiecie czuć różne rzeczy, ale to czego poszukujemy, to idealna równowaga. W zapachu potrawy naprawdę da się wyczuć, czy brakuje soli, miodu czy szałwii. Jeśli w zapachu brakuje jakiegoś elementu, to trzeba go dodać odrobinę. Ważne jest utrzymanie równowagi i harmonii bukietu.
I dopiero, kiedy jedzenie pachnie właściwie – próbujemy. Oceniamy czy mięso jest wystarczająco miękkie. Nie powinno być ani za miękkie, ani za twarde, ani za suche. Powinno nieco pływać we własnym sosie, ale pamiętajmy, żeby go nie ugotować we wstępnej fazie, tylko dobrze spiec. Sos powinien dobrze smakować i dobrze komponować się z mięsem.
Kroimy (organiczny) antrykot na niezbyt małe kawałki,
Zalewamy obficie sosem sojowym, mieszamy dokładnie,
Podlewany nieco octem balsamicznym, żeby uzyskać alkohol do skruszenia mięsa, mieszamy,
Tniemy (najlepiej nożyczkami) bardzo dużo świeżego oregano.
Po dokładnym i dość długim wymieszaniu wszystkich składników, wąchamy czy bukiet nam pasuje, czy trzeba czegoś dodać. Odstawiamy do lodówki. Trzeba się upewnić, że marynaty jest wystarczająca ilość, żeby mięso nie zatęchło.
Na rozgrzaną patelnię wrzucamy masło, ilość wg uznania, im mniej tym zdrowiej i szczuplej. Zwykłe masło bardzo szybko się pali, więc od razu trzeba wrzucić na nie zamarynowane mięso.
Najsensowniej będzie użyć masła klarownego ghee, bo jest pozbawione szumowin i nadaje się do smażenia w wysokich temperaturach. Masło takie można samemu sporządzić, przepisy są dostępne w internecie. Można je też kupić w każdym dowolnym sklepie Bio.
Ogień trzeba moderować, mięso należy przewracać i w razie potrzeby podlewać resztką marynaty (sosu sojowego lub octu balsamicznego). Nie przesmażyć.
Uwaga: Sos sojowy jest słony, należy się zastanowić, czy trzeba mięso solić ekstra. Ja nie solę. Im wyższa jakość wszystkich użytych składników, tym efekt smakowy lepszy.
Gdybym miała w jednym słowie ująć pojęcie „ekologia”, użyłabym słowa „dbałość”. Ekologia to jest dbałość – w tym o swoje otoczenie.
Jestem zdania, że ekologię należy rozpocząć od siebie. Ekologicznym jest się wtedy, gdy zadba się o swoje najbliższe otoczenie, w tym o siebie. Dbałość o siebie to jest stała uwaga poświęcona sobie, swoim reakcjom, nawykom, emocjom, myślom i – przede wszystkim – relacjom. Relacjom z bliskimi i obcymi, ze środowiskiem, z roślinami, zwierzętami, wodą, planetą. Ekologia obejmuje wewnętrzną harmonię i ład, promieniujące na zewnątrz i przejawiające się w kontaktach z innymi.
Puściły mi nerwy niedawno i parę razy zaklęłam sobie siarczyście przy znajomych. Kiedy przeprosiłam, kolega powiedział: „To było takie nieekologiczne”. No właśnie. Jak nerwy puszczają, to czuję się nieekologicznie, nieważne w jakiej sytuacji, w jakim przemęczeniu.
Ekologicznie czuję się wtedy, kiedy kontakt z innymi potrafię uczynić przyjemnym. Bardzo cieszy mnie, kiedy osoby, z którymi przychodzi mi się komunikować, również są wewnętrznie ekologiczne. Czasem jednak ma się do czynienia z ekologicznymi „mamrokami”. Mamrok to jest gatunek dość rozpowszechniony. Obejmuje zresztą różne niszowe projekty i środowiska, w tym ekologiczne, choć chyba nigdzie nie spotkałam tylu mamroków, co pośród wszelkiej maści doktorów i docentów.
Momrok, jak mówią u mnie na wsi, charakteryzuje się tym, że zwykle wygląda trochę jak ze śmietnika, wymięty, niedogolony, przyblakły, jego włosy są albo tłustawe, albo przydługie, albo przyprószone obfitym łupieżem, w najlepszym razie po prostu matowe i niezdrowe. Ogółem – przeterminowany. Mówi zawsze trochę niewyraźnie, mamrocząc przez przypsute zęby i nieświeży oddech, z jakiegoś powodu nieustannie przysuwając się bliżej i bliżej, za każdym razem, kiedy usiłujesz uratować swoje zmysły i aurę od porażenia bliskim kontaktem.
Mamroki czemuś uwielbiają wchodzić ludziom w biopole. Mamrocząc niewyraźnie, sądzą chyba, że zostaną lepiej zrozumiani, jeśli będą mówić z bliższej odległości. Najgorsze jednak jest to, że wszystko co mają do powiedzenia, mamroczą niesłychanie długo i dookoła, robiąc komentarz do komentarza komentarza, szczególnie, kiedy usiłują coś wcisnąć, sprzedać, czy dobrze się zaprezentować. W takiej rozmowie nie ma szans na krótką piłkę, szybkie ustalenia, ekonomię czasu, nie marnowanie powietrza. Najważniejszym zaś elementem każdego przemówienia mamroków jest dumne wyrecytowanie swojego nazwiska: „Nie wiem czy się już przedstawiłem, ale jestem Mamrok. James Mamrok”.
Oczywiście przedstawiłam tu skrajny przykład ekomamroka. Spośród innych typów, zbliżonych do ekologii wyróżnić jeszcze można ekogaduły, ekopierdoły i ekooszołomy. Oraz nieprzytomnych, totalnie oderwanych od rzeczywistości ekoidealistów, choć tych ostatnich zostawmy w spokoju, albowiem nie czynią krzywdy bliźniemu swemu, a jedynie sobie. Zawsze, kiedy patrzę na którąś z tych odmian, propagujących ekostyl życia, myślę sobie: no i jak ekologia może być popularna?
A gdyby tak ekologię zacząć od siebie, od wysprzątania śmieci w swojej głowie? Chaosu, natłoku, fałszu, nadmiernego entuzjazmu, skrajnych emocji, nerwów, kompleksów, złości, zawiści…? Gdyby tak spojrzeć na otoczenie swoje i zacząć od uporządkowania go? Gdyby zacząć myśleć o innych, o tym, jak się czują z nami, z naszym zachowaniem? Gdyby – no cóż – zadbać o swoje zdrowie i wygląd czy też wreszcie przestać mamrotać?
Parody poster for The Muppets Most Wanted, http://jamesbond.wikia.com/wiki/Parodies_%26_Imitations
Dzwonię do mojej ekologicznej hurtowni i wypytuję o wołowinę; skąd, jak, jakie zwierzęta, jak hodowane, traktowane, jaka jakość mięsa. Pani po drugiej stronie cierpliwie opowiada, a na koniec podsumowuje: „Oj, to jest bardzo dobre mięso, my jak we wtorek zamawiamy wołowinę w Rolmięsie, to przecież w poniedziałek te krówki jeszcze żyją…”.
Yyy…? Na dobre 15 sekund obie się zwiesiłyśmy.
Bo w środę są w Papuamu, a w czwartek w waszych brzuszkach…
Marynowałam antrykot na jutro i patrzyłam na to mięso. Krowa chyba nie była stara. Raczej całkiem młoda. Wzięłam prysznic i ciągle myślałam o tej odpowiedzialności, jaką niesie za sobą takie zamawianie mięsa. Nie umiem tu wybrnąć z moralnego dylematu.
W Rolmięsie nie dostanie się mięsa bez uprzedniego zamówienia. Nie ma nic z zamrażarki, wszystko na bieżąco ubijane. Jeśli nie zamówię, to któraś krowa pożyje trochę dłużej. Może tylko o tydzień czy dwa, ale jakbym miała być przez kogoś zjedzona, to też wolałabym za chwilę. Jest to więc prawdziwa odpowiedzialność za czyjeś życie.
Z drugiej strony – rzeczywiście mam tu do czynienia z ekologią, z tym, jak rolnictwo powinno wyglądać – wszystko na miarę bieżących potrzeb, tyle ile jesteśmy w stanie zjeść do ostatniego kawałka. Nic ponad miarę, żadne życie nie idzie na marne.
Nie jest to sytuacja jak z wielkich korporacji, „produkujących” mięso. Nie ma masowej rzezi i nie ma niepotrzebnego gromadzenia mięsa, zalegania w sklepach, psucia się po terminie. Nie ma też tego ciśnienia na konsumenta – jest tak tanio, że możesz a nawet powinieneś jeść mięso trzy razy dziennie. Tutaj nie przebiałkowisz się, ani nie przetłuścisz mięsem, które kosztuje odpowiednią ilość pieniędzy. Oczywiście, jeśli jesz wedle miary. To też ma jakiś sens.
Rozmawiałam też z moją organiczną rolniczką o swoich mięsnych dylematach moralnych. Powiedziała: „Jak na początku łapałam kury do zabicia to płakałam. Dalej nie mogę ich zabijać, ale teraz rozumiem to tak, że każdy na świat przychodzi z jakąś misją. Ich misja jest niestety taka. A zadaniem człowieka jest to, żeby ich krótkie życie uczynić dobrym i szczęśliwym, żeby mogły polatać po tej łące, najeść się ziółek, żeby miały gdzie spać”.
My im to musimy dać za to, co one dają nam… I po indiańsku, nie wolno nam żadnego życia zmarnować – już lepiej podziękować anonimowej kaczce czy kurze, tym bardziej krowie. Ja przynajmniej tak robię.
Chrumek – pierwsza mangalica w gospodarstwie państwa Lorków Koziarnia. Wypieszczony i wyprowadzany na spacery, karmiony smakołykami i drapany, zjedzony we wrześniu 2013. Decyzja była bardzo trudna.
Ten tekst pisaałam na długo przed tym, zanim rozpoczęłam nowoczesne szkolenia i degustacje z parzenia kaw alternatywnymi metodami. Tutaj przepis na kawę przyrządzaną tradycyjnie jeszcze w XX wieku.
Kawa z piasku to kawa, którą gotuje się w specjalnym naczynku o zwężanej szyjce, tzw. drzezwie, do połowy zanurzonym w rozgrzanym piasku. Metoda na gorący piasek pochodzi podobno z Turcji, przynajmniej tak utrzymuje się krajach dawnego Związku Radzieckiego. Kto tam swego czasu jeździł, ten doskonale pamięta i te specjalne kawiarki, i ten zapach, i smak.
Moją pierwszą kawę we Lwowie w obskurnym sowieckim lokalu z niemiłą obsługą pamiętam do dziś. W Krakowie bodaj jako jedyne serwowało je Papuamu.
Sama kawiarka to po prostu metalowa obudowa z dużą miską na piasek, grzałką elektryczną i dwoma przyciskami. Potrzebuje jakieś 20, 25 minut na rozgrzanie i zanim osiągnie odpowiednią temperaturę zżera dużo prądu, choć potem długo ją utrzymuje. Z powodu kosztów utrzymania oraz długotrwałego ceremoniału przygotowywania kawy, kawiarki te na wschodzie praktycznie zniknęły z użycia. Fast lifestyl preferuje ekspresy ciśnieniowe, albo choć przelewowe, choć nowoczesne kawiarki mają już o wiele lepszą i ekonomiczniejszą budowę i zastosowanie.
Ceremoniał zaparzania tej kawy wymaga odrobiny zaangażowania i uwagi, bo kawa lubi kipieć szybciej niż mleko. W dodatku, o ile po wyglądzie mleka można poznać, kiedy ma zamiar zawrzeć (i dopiero wtedy wykipieć), to po kawie nie widać praktycznie nic do momentu, kiedy piana już zaczyna się podnosić. A kiedy zaczyna się podnosić, dzielą ją tylko milimetry od przelania się. Nie wiem dlaczego, ale kawa, która wykipi różni się bardzo od kawy, która nie wykipi i smakuje o wiele gorzej.
Przygotowanie kawy z piasku
Tygielki są dostępne na rynku w najróżniejszych kształtach i cenach – dobrze jest wybrać miedziany, ocynkowany w środku. Oczywiście nie macie kawiarek piaskowych w domach, nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by ugotować taką kawę na zwykłym gazie. Zresztą nawet jeśli nie macie tygielka, można tak kawę gotować w normalnym małym rondelku. Warto przynajmniej spróbować. Ma to oczywiście sens dopeiro wtedy, jeśli kupicie prawdziwą arabicę 100%, im lepszej jakości, tym smak będzie fajniejszy. Poszukajcie kaw w lokalnych małych palarniach kawy.
Do drzezwy (tygielka) wsypuje się tyle łyżeczek kawy, ile użyłoby się do kawy zalewanej wrzątkiem, dolewa się wody po szyjkę i wciska w rozgrzany piasek. Uwaga na pojemność tygielka, są bardzo różne. Kto słodzi, powinien cukier (my dawaliśmy nierafinowany trzcinowy) od razu dosypać – uwaga – na wierzch do kawy; skrystalizuje się podczas gotowania i nada odrobinę karmelkowy smak. Można dodać kardamonu, cynamonu i czego się chce – nie na wierzch, lecz razem z kawą do środka.
Choć piasek rozgrzewa się wolno, sama kawa, zwłaszcza w jednoporcjowej małej drzezwie nagrzewa się błyskawicznie, dlatego naprawdę trzeba na nią uważać. Kiedy piana podchodzi do góry, chcąc wykipieć, wyjmuje się drzewę z piasku, delikatnie miesza patyczkiem pianę, pozwala się jej opaść i ponownie wstawia do piasku. Kawa ponownie chce wykipieć, zdejmuje się ją, pozwala opaść, a następnie przez sitko nalewa do filiżanki. Sitko ma znaczenie, inaczej wpadnie za dużo fusów. Po sitku również robi się na dnie osad, jest jednak niewielki i nadaje się do wróżenia z kawy. Ukraińcy nauczyli mnie nie mieszać, tylko na pianę kropnąć dwie, trzy krople zimnej wody, od czego piana sama opada.
Dla wydobycia większej ilość kofeiny z ziarna proces można powtórzyć trzykrotnie, jednak w moim odczuciu, kawa gotowana dwa razy daje najlepszy smak. Jest nieco łagodniejsza w smaku i też lżejsza dla żołądka. Ci, którzy mają tzw. ogień w żołądku, czyli pieczenie, wrzody czy trudny do zaspokojenia głód, powinni pić kawę raz gotowaną, albo w ogóle z niej zrezygnować.
Kawa tak parzona oddziałuje w nieco inny sposób na nasz organizm, niż kawa z ekspresu ciśnieniowego. Jej działanie jest bardziej stonowane i długotrwałe. Mocne ekstrakty z espresso zaburzają przepływ krwi, doprowadzają do gwałtownego skoku ciśnienia, lecz równie szybko do jego spadku. Dzieje się tak dlatego, że organizm nie lubi niczego ekstremalnego. Organizm lubi równowagę i do niej dąży. Jeśli sztucznie podbije się wysoko ciśnienie, to organizm, który nie został stworzony do tak wysokich obrotów, ma obowiązek ciśnienie tętnicze obniżyć. Z tego punktu widzenia picie mocnej kawy dla pobudzenia trochę mija się z celem.
O wiele większy sens ma powolne picie słabszej i niedużej kawy lub popijanie w ciągu dnia dobrych jakościowo herbat (które nie zatrują nas garbnikami) czy yerby mate. Gotowana kawa pod tym względem działa właśnie w sensowniejszy sposób, niż ciśnieniowa, szczególnie jeśli wybierzemy dobrej jakości 100% arabicę. Łatwiej jest jej też zaufać, jako tradycyjnej metodzie sporządzania wywarów roślinnych.
Kawa z mlekiem
Mleko do tej kawy, choć oczywiście można nalać zimne prosto z lodówki, najlepiej jest również zagotować – będzie smakowało najfajniej.
W Papuamu używaliśmy pasteryzowanego mleka bio. Mleko to w ogóle osobna para kaloszy, o której kiedyś może coś więcej napiszę, teraz tylko nadmienię, że mleko UHT po pierwsze nic wspólnego z mlekiem nie ma, po drugie skutecznie rozwala wasze wątroby. Jeśli pijecie mleko, to najlepiej przekonać się do roślinnego. Na rynku jest ich bardzo dużo i łatwo znaleźć takie, które będzie smakowo najbardziej odpowiadać.
Jeśli koniecznie chcecie zwierzęce, to warto poszukać dobrego koziego – jest najwartościowsze i najlżej strawne – do kawy musicie poszukać w miarę nieśmierdzącego, np. Gospodarstwo Ekologiczne Figa ma dobre. Jeśli jednak używacie najtrudniejszego do strawienia dla człowieka mleka krowiego, za wszelką cenę znajdźcie pasteryzowane, nie UHT. No, albo jeszcze lepiej surowe. Czasem w bio sklepach bywają, u Figi zdaje się też w sezonie miewają.
Kawa z mlekiem i miodem
Kiedy mleko zawrze, zdejmujemy i dodajemy przyjemną (wedle uznania) porcję miodu, dokładnie mieszamy, stawiając garnuszek brzegiem na ogień, lecz pilnując, by tym razem nie zawrzało, czyli wszystko musi się odbyć bardzo szybko. Mleko z miodem osiąga piękny złocisty kolor.
Każdy miód ma swój osobny, specyficzny smak. Są miody delikatne i intensywne, pachnące i wykręcające nos. Każdy miód ma bardzo specyficzne właściwości lecznicze, jego nadmiar jest zaś trujący. Najlepiej jest zjadać miód nieogrzewany, bo jest najwartościowszy, w kawie jednak stosujemy go z powodu walorów smakowych. Zagrzany miód, choć traci wiele wartości, również posiada swoje lecznicze właściwości. Kto grypę leczy gotowanym mlekiem z masłem, czosnkiem i miodem, ten wie : )
Kawy – podobnie jak miody – co zresztą jest truizmem, również bardzo różnią się smakami. Dobrze jest się trochę pobawić i znaleźć odpowiednią dla siebie kompozycję miodowo-kawową.
W Papuamu podawaliśmy bardzo subtelną organiczną Indonezję z również certyfikowanym miodem piniowym (słoiczek prawie 30 zł w hurcie). Mocnym, gorzkawym kawom charakterku nada miód gryczany; akacjowy np. bardziej pasuje do kaw słabszych, łagodniejszych. Najlepiej jednak jest się samemu pobawić łączeniem.
Wracając do przyrządzania – kipi nam kawa i kipi nam miód, który musimy mieszać i nie doprowadzić do wrzenia, a czterech rąk nie mamy. Rozwiązanie jest takie, że najpierw wszystko ustawiamy pod ręką, a dopiero wtedy odpalamy ogień. Dobrze jest przygotować mleko ciut wcześniej niż kawę, bo kawa powinna być zlana do filiżanki zaraz po ugotowaniu. Mleko może postać, choć nie powinno stracić temperatury (na pełnotłustym robi się kożuch).
Po zagotowaniu łączymy wszystko w filiżance w proporcjach, jakie nam pasują. Jest pyszka!
Misza Szacki przed pokazem parzenia kawy cezve – już w nowoczesnej kawiarce. Foto Aga Wojtuń, 2012.
Och, tak długo się zastanawiałam nad tym, co powinnam zamieścić w swoim pierwszym blogowym wpisie, aż mi się mózg spocił. Zwłaszcza że upał. W końcu sobie przypomniałam – blog to zapis bieżących wydarzeń.
Bieżącym wydarzeniem w moim życiu było wprowadzenie organicznego mięsa do Papuamu. Niech więc będzie to wpis o mięsie, choć to tak mało typowe dla mojej kuchni.
Organiczne mięsa są w naszym kraju ciągle dość marginalnym zjawiskiem. Nie dlatego, żebyśmy mieli wyłącznie hodowców-krwopijców, tuczących antybiotykami i hormonami biedne zwierzęta w nieludzkich warunkach i ciasnych klatkach – pod tym względem wciąż wypadamy lepiej niż reszta Zachodniego świata. Dlatego, że przepisy w naszym państwie skonstruowane są tak, żeby żaden mały rolnik nie był w stanie przypadkiem rozwinąć skrzydeł. Dlatego, choć znam rolników, szanujących swoje zwierzęta i karmiących je w sposób naturalny i ekologiczny, nie mogę nic od nich sprowadzić, chyba że sama wybuduję sobie kosztowną ubojnię, spełniającą takie same metrażowe standardy jak i wielka ubojnia przemysłowa. Od małego rolnika legalnie mogę dostać co najwyżej żywe zwierzę…
A tymczasem u nas na południu bida z nędzą, jeśli chodzi o ekologiczne certyfikowane ubojnie z takim mięsem. Trochę lepiej przedstawia się sytuacja na północy i zachodzie kraju; tam z organicznym mięsem łatwiej, ale z dystrybucją do bani. Jako restauratorowi, pozostaje mi tylko jedyna ekologiczna hurtownia w mieście, ściągająca mięso raz na dwa tygodnie… Choć jest relatywnie proste znalezienie dostawcy nielegalnie ubitej kury czy kaczki prosto do swojego domu.
W trakcie konsumpcji warto pamiętać, że słabej jakości produkty nie dadzą tego samego smaku, co te dobrej. Szczególnie dotyczy to organicznego mięsa, którego jakości nie da się porównać z mięsem przemysłowym. Warto zdawać sobie sprawę, że tkanka mięśniowa zwierząt, którą się żywimy, budowana jest wyłącznie z tego, co zwierze w swoim krótkim żywocie zjada.
Jeśli zwierzęta karmione są źle i niezdrowo, ich płyny organiczne, a co za tym idzie również mięśnie zaczynają śmierdzieć. Zresztą podobnie jest z ludźmi, z ich zapachem – im gorsze odżywianie, tym nieprzyjemniejszy pot czy oddech. Walory śmierdzącego mięsa, czy raczej ich brak bardzo łatwo zauważyć, na pewno każdy zetknął się z niesmacznym mięsem, bo jest go wszędzie pełno. Ja takiego mięsa nie tykam, a nawet nie wącham. Bardzo rzadko jadam mięso, ale jeśli już to tylko i wyłącznie organiczne, domowe. Nie było więc mowy, żebym w swojej restauracji miała inne.
Dochodzi zresztą do tego również niezwykle istotny aspekt etyczny – zwierzęta powinny być hodowane w sprzyjających warunkach, traktowane i zabijane humanitarnie. Kiedy tak się dzieje, ich ciała są mocne, zdrowe, pełne krzepiących sił witalnych i pozytywnej energii. Jeśli objadamy się biedakami z przemysłowych klatek i niehumanitarnych rzeźni, zjadamy również ich negatywne energie strachu, cierpienia, krzywdy. Warto się zastanowić, czy o takiego rodzaju posiłek nam chodzi?
No i wsuwając ze smakiem kawałek zwierzęcia, pamiętajmy o szacunku i wdzięczności za jego poświęcenie – zapewniam, że będzie lepiej smakowało i wyjdzie nam na zdrowie!
Fioletowa Milka z Alp Szwajcarskich. Przywędrowała sobie spokojnie, popatrzyła, co robimy i poszła do koleżanek. Nie pamiętam nazwy tej miejscowości, była to wiocha wysoko w górach.
A tak sobie tylko płacę zaległe za styczeń i luty rachunki. Obliczam dziurę w budżecie i właśnie nachodzi mnie kolejna gorzka refleksja, związana z cała moją dotychczasową działalnością zawodową.
Za przekład książki z ukraińskiego na polski (5,7 arkusza) otrzymałam 3990 zł brutto plus bonus za redakcję – 286zł brutto (z czego żyją redaktorzy i czy za te pieniądze można od nich wymagać moralności i etyki zawodowej?). Ok, można powiedzieć, że trochę guzdrałam się z robotą nad nie do końca lubianą książką, ale podsumowując – uczciwie przepracowałam nad nią dwa bite miesiące. Pewnie mogłabym ją zrobić w miesiąc, siedząc dzień i noc, jak to robi część moich kolegów, zmuszonych do paranoidalnej pracy ponad siły w tzw. wolnym zawodzie. Nie byłabym jednak w stanie oddać książce swojego umysłu, uwagi, poświęcić się rozkminianiu problemów, które – jak każdy proces myślowy – wymagają czasu. Zwyczajnie nie potrafię pracować jak maszyna. Nie z tą jakością, o jaką mi chodzi.
Tak więc za dwa miesiące pracy otrzymałam 4276 zł brutto, czyli jakieś 3800 na rękę.
Patrzę na styczniowo-lutowe rachunki za gaz i prąd (w tym ogrzewanie) z moich dwóch mieszkań i widzę:
rachunek za gaz: grudzień – 723, styczeń – 1096 jedno mieszkanie i w drugim szczęśliwie tylko kuchenka gazowa niecałe 40 zł.
rachunek za prąd: 774 x 2 jedno i 310 x 2 drugie.
razem = 4027 zł.
Przy tym, że wszędzie mam wymienione okna, nowe instalacje, temperaturę utrzymuję na poziomie 20 stopni, gazowe ogrzewanie działa tylko w dzień, a elektryczne to wypasione dynamiczne piece akumulacyjne z sondą pogodową (zakup i instalacja 11000), ładujące się wyłącznie nocą na drugiej taryfie.
Do tego dodać telefony, czynsz, wodę, śmieci, internet i KREDYT.
Lubicie to, prawda? Lubcie, proszę was, lubcie! Ja na przykład bardzo lubię.
Lubię być kobietą w kwiecie wieku pod czterdziestkę i za swoją uczciwą i oddaną pracę otrzymywać pieniądze, które nie pokrywają kosztów życia.
Lubię żyć w kraju, w którym mogę się czuć oszukiwana przez państwo i firmy energetyczne, no bo cóż, na wydawców literatury trudno zwalać; mój wydawca i tak płaci stosunkowo nieźle w porównaniu z konkurencją. Płacąc rachunki, lubię się zastanawiać, czy nie wyskoczy mi dodatkowa płatność, np. zwierzę nie zachoruje (albo syn, albo ja), albo jakiś wyjazd, albo niespodziewane usługi, bo np. garaż przecieka, a pralka nie pierze. Lubię planować przesunięcia w budżecie, bo jak np. pies jednak choruje, to nie bardzo mogę owe super rachunki opłacić. ZUS-y, emerytury, zasiłki, chorobowe – niecały rok po studiach zapomniałam o ich istnieniu.
Lubię jak muszę płacić hydraulikom, budowlańcom i instalatorom tyle samo, co zakładom energetycznym, a nawet więcej, przy czym oczywiście najbardziej lubię obserwować i podziwiać chujową najczęściej jakość ich pracy.
Lubię się skrobać po pustej głowie i zastanawiać, co tak naprawdę w niej mam? No bo chyba nic ważnego, skoro nikt mi za to nie płaci i nigdy nie płacił, czy robiłam doktorat, czy pracowałam szlachetnie w PAN, czy publikowałam naukowe wypociny, czy ścierałam sobie komórki mózgowe o mniejsze i większe przekłady – pensje zawsze ledwie pokrywały rachunki i opłaty mieszkaniowe.
Oczywiście ktoś zawsze może spytać, na ki chuj mi dwa mieszkania, przecież syn może już forever mieszkać ze mną, żoną, dziećmi, wnukami i prawnukami pod jednym dachem, aczkolwiek ja osobiście zawsze stawiam sobie inne pytanie: a na ki chuj komu ta cała kultura?
Jakiś czas temu złapałam do poczytania w drodze do Berlina Revolutionary Road Yatesa (po polsku Droga do szczęścia), jako że kocham film, a książka, jak słyszałam, jest jeszcze lepsza. Lecz czytam i oczom nie wierzę – ależ mało porywający gniot! Mówię do Tor Eysteina, że kiszka, a on że to jedna z jego ulubionych pozycji, do której napisał długą i pochwalną recenzję. Czytam więc uważniej, już nie w pociągu i zaczynam się niepokoić; coś mi tu nie gra. Przyglądam się, zaczynam widzieć angielskie kalki, sztywną jak kołek w zadku strukturę języka, całkiem fałszywe tony, wygładzoną poprawność gramatyczną. W kłótniach z rękoczynami: :bardzo cię proszę, laleczko”…
W Berlinie biorę od Tora z półki amerykański oryginał – swoboda, kolokwialność, płynność, giętkość, zero pretensjonalności. Co jest, kurka? Otwieram przekład, porównuję, zdanie do zdania, no cóż…
Strona wystarczyła, żeby mnie naprawdę wkurzyć.
Dlaczego? Dlaczego, ja się pytam? Dlaczego nam to robicie, nieudolni „tłumacze”? Dlaczego wydawcy wydajecie jakąkolwiek szmirowatą przekładaninę, byleby tylko zarobić na promocji udanego filmu? Dlaczego tak bardzo nie chce wam się zapłacić za dobry przekład dobremu tłumaczowi, tylko utrzymujecie te cholerne stawki, poniżej pewnej godności osobistej, które byle kto i tak łyknie, bo w końcu co ma do stracenia? Że o skąpieniu na dobrych redaktorów nie wspomnę!
Dlaczego nikt już nie dba o język, o pieszczenie się ze słowem, z formą, o złapanie odpowiedniego klimatu, wywarcie przekładem wrażenia, adekwatnego do oryginału? Dlaczego tak często muszę czytać tak denne przekłady, że w końcu w ogóle nie chce mi się czytać? Literatura piękna? Ależ ona już od dawna nie jest wydawana w naszym kraju, w naszym języku. Tak wielu książek nie chce się czytać, że to wprost żałosne.
Pamiętam wielkie dyskusje sprzed jakichś dziesięciu lat na temat tego, że zawód redaktor książkowy jest na wymarciu, bo wydawnictwa tną koszty i nie płacą za dobrą redakcję. Teraz chyba trzeba by zacząć się zastanawiać, czy zawód tłumacz literacki również nie jest na wymarciu? Wydaje się, że powoli zaczyna być zastępowany ludzką wersją translatora Google…
Pamiętam fascynującą rozmowę ze sprzedawcą książek z przejścia pod dworcem w Krakowie. Pasjonat fantastyki. To co powiedział, całkiem prosty gość, żaden specjalista, zwyczajnie tylko uważny czytelnik, bardzo dobrze oddaje stan rzeczy – najważniejsze pozycje światowej fantastyki zostały przełożone do lat 90. Tłumaczyli je wielcy pasjonaci i specjaliści, którzy się znali na problematyce (miał na uwadze fantastykę naukową, naukę), którym się chciało. Którzy doskonale operowali swoim językiem ojczystym. A przecież przekład na tym polega – na perfekcyjnej znajomości własnego języka we wszystkich jego odmianach, stylach i gwarach! Gdzie te współczesne kołki uczą się swojej mowy? Chyba nie w szkole…
Mimo znienawidzonego przekładu i przedzierania się przez te wszystkie, „Och, dziecinko, posłuchaj” i „Cóż, to cholernie niegrzeczne”, rzucane w trakcie burzliwych, pełnych złych emocji i wyzwisk kłótni, mimo nie radzenia sobie z sennością podczas czytania do obrzydzenia jednolitego stylu mówienia wszystkich diametralnie od siebie różnych postaci, dobrnęłam z Revolutionary Road do końca. Oj, było warto! Książka wywarła na mnie ogromne wrażenie swoją przenikliwością i trafnymi obserwacjami.
Zarówno Frank, jak i April (podobnie, jak pozostałe postaci drugoplanowe) są bardzo złożeni i interesujący – na zmianę to wzbudzają sympatię, to kompletną antypatię, wywołaną swoim skrajnym (ludzkim?) egoizmem. Frank w związku wydaje się dojrzewać, przechodzić przez kolejne stadia rozwoju („W łóżku kochali się rozsądnie, umiarkowanie, dojrzale. Zanim zasnął, powiedział: posłuchaj, wszystko będzie dobrze”). Od kompletnego buntu przeciw społeczeństwu, normom, ojcu i jego nudnej pracy, po odnalezienie pewnych wartości w tym co na co dzień robi, pogodzenie się i akceptację. April zaś, przed ostateczną decyzją odnośnie kolejnej ciąży, uprzytamnia sobie wreszcie, że życie mija jej na kłamstwie, dostosowywaniu się (zupełnie wbrew przyjmowanym i silnie manifestowanym pozom) do standardów życia, które nigdy nie były jej (pewnie z uwagi na artystycznych, wiecznie nieobecnych rodziców). Dom, rodzina, dzieci – z żadną z tych rzeczy tak naprawdę nigdy nie potrafiła się zmierzyć, choć utknęła w nich na dobre.
Mocno daje do myślenia to, jak oboje usilnie dokładają starań do tego, by osiągnąć porozumienie w związku, by go zachować, by utrzymać rodzinę. Szczególnie wszystkie zabiegi Franka, mające na celu utrzymanie ciąży April i odwiedzenie jej od pomysłu wyjazdu do Europy, wszystkie te myśli, które tłuką mu się po głowie, a pomimo których i tak ponieśli ogromną życiową porażkę. Bardzo daje się to przełożyć na jakieś tam osobiste doświadczenia, szukanie, bieganie za celem, którego tak naprawdę nikt z nas ostatecznie nie zna – zarówno w związku, jak i w życiu.
Najbardziej intrygujące było śledzenie koła, jakie bohaterowie zatoczyli pomiędzy pierwszą a ostatnią stroną książki. Takie przejście się po czymś z tych wydumanych młodzieńczych fantazji, które wszyscy w sobie nosimy, a które z czasem umykają, zastąpione tzw. dojrzałością. Po znanej do bólu wiecznej pogoni za innym sobą, lepszym, wartościowszym, bardziej błyskotliwym, niż się uważa, że się jest. Koło po szukaniu innego życia, wszędzie tam, gdzie nas nie ma. A jednocześnie to bolesne, żałosne, przyziemne wrastanie w grunt, który mamy zaraz pod nogami, jedyną stabilność, której mimo najskrytszych i najdzikszych marzeń o ucieczce, usiłujemy się utrzymać za wszelką cenę. Trzecia część książki z psychologicznego punktu widzenia jest po prostu znakomita. Zero ściemy. Wstrząsająco brutalny i trafny portret człowieka z aspiracjami do bycia kimś więcej, kim się jednak nigdy nie stajemy, bo zwyczajnie uginamy się pod ciężarem codzienności.
Odnoszę wrażenie, że powinnam przeczytać to niewątpliwe dzieło ponownie, może już w oryginale. A może któregoś dnia doczekam się porządnego przetłumaczenia? Jestem pewna, że wiele rzeczy mi umknęło, a na zbyt wiele nie zwróciłam uwagi z powodu ogromnie sztywnego, nie plastycznego, nie literackiego języka. Wszystko to, co pomiędzy. Już bardzo dawno nie chciało mi się czytać książki od nowa, zaraz po jej skończeniu, zwłaszcza tak źle „przepisanej”…
Tymczasem po raz drugi wrzuciłam film. Ciekawy, wstrząsnął mną podobnie jak za pierwszym razem. Siłą rzeczy zbladł przy książce, ale nadal daje radę. W dodatku lepiej go zrozumiałam.
Natomiast po lekturze, w filmie wynikło pewne nieporozumienie z April – twardzielka Kate zagrała ją trochę zbyt romantycznie. W książce April jest dość egocentryczną pindą, która praktycznie nigdy nie wzbudza sympatii, aż do ostatniego rozdziału, w którym zaczyna się ją trochę lepiej rozumieć. Postaci drugoplanowe, wiadomo, też ogromnie tracą w filmie na znaczeniu, zaś fabuła poza pewnym wprowadzeniem z początków skupia się na trzeciej, ostatniej części książki. Myślę, że to całkiem dobra adaptacja, aczkolwiek nie mam pewności, czy Winslet to był strzał w dziesiątkę, niezależnie od tego, jak bardzo ją lubię. O ile podczas czytania nie byłam sobie w stanie wyobrazić Franka Weelera inaczej niż z pucatą buzią Leosia DiCapria, tak April kojarzyła mi się zupełnie inaczej.
A już tak całkiem poza nawiasem, ciągle odnoszę wrażenie, że coś tu umyka mojej interpretacji. Może faktycznie trzeba czytać po raz kolejny? A może trzeba jeszcze chwilę dłużej pożyć, żeby zauważyć kolejną perspektywę?…