Pisać, albo nie pisać – oto jest pytanie. Trochę mi się nie chce, ale co zajrzę na fejsa, to tam kolejne polubienia i komentarze do wpisu Volanta o tym, że kobiety utrzymują związki pozorne i tak mi się od rana plączą różne myśli po głowie o tym, że nie umiemy określić swoich potrzeb i nie wierzmy, że na nie w pełni zasługujemy. Albo, że one kiedykolwiek się ziszczą.

Piszę o kobietach w nietrafionych związkach, ale masa mężczyzn też w takie nierówne związki wchodzi i też w nich cierpi. Płeć nie ma więc w tym tekście znaczenia, bardziej uwarunkowanie psychologiczne.

Sama jestem super przykładem na przyzwalanie drugiej stronie, by w nieskończoność przeciągała brak pełnego zaangażowania. Jak cofam się w tył po swoich związkach, to w każdym było to samo – moja natychmiastowa gotowość do wejścia w relację z osobą, którą wybrałam. Mam tendencje do dużego angażowania się we wspólne sprawy, najczęściej kosztem własnych, które odsuwam na drugi plan. Mało mam w życiu czasu do zmarnowania i wydaje mi się, że wszystko trzeba robić intensywnie. Dopiero z czasem stopniowo zauważam drobne rozczarowania tym, że z drugiej strony jest zwrotu brak, brak równej gotowości do wspólnego życia.

Wiele fajnych i samodzielnych kobiet tkwi w takich relacjach pozornego spełnienia, bo… są fajne i samodzielne!

Potrafią więc w dużym stopniu zaspokoić własne potrzeby. Przynajmniej te, dotyczące ich własnego bytu (albo ich dzieci), zaś ze swoich potrzeb emocjonalnych robią protezy i przerzucają je na partnerów. Paradoks polega na tym, że to, czego same najbardziej potrzebujemy, dajemy innym. I nawet nie prosimy o nic w zamian. Stąd wydaje nam się, że związek jest fajny, dobry, właściwy. Ale on nie jest, bo wszystko co jest w nim wspólne pochodzi od nas, a ta studnia, choć głęboka, też ma swoje dno.

Z perspektywy czasu wiem, że to co wydawało mi się naszymi wspólnymi sprawami, było tym, co sama czyniłam wspólnym i w co sama wkładałam wysiłek. Z drugiej strony zaangażowanie było pozorne i szło siłą inercji. Jakby w automatycznej odpowiedzi na mój wkład. Kiedy ja kończyłam aktywność, nie było żadnej odpowiedzi, reakcji, zawsze za to znalazło się jakieś „ale”.

No chyba że zaczynałam zgłaszać obiekcje i propozycje rozstania – wtedy prędko pojawiały się obietnice poprawy, aktualne przez jakieś dwa tygodnie. Nie dłużej.

Dlaczego tak łatwo i na tak długo dajemy się wmanipulowywać w związki pozorne bez  żadnych perspektyw? Dlaczego same tak wytrwale, w dodatku raz za razem, tkwimy w relacjach bez pokrycia, pozornie tylko dla nas właściwych?

Brak zrozumienia dla własnych potrzeb

Bardzo dużo pracuję nad świadomym rozwojem, więc wreszcie po nitce do kłębka doszłam do tego, że zwyczajnie zostałam w dzieciństwie nauczona tego, iż moje potrzeby nie są istotne. Było nas pięcioro, najmłodsze z Downem, żyliśmy na wsi w czasach komuny, gdzie było sporo niedostatku.

To się zaczyna bardzo wcześnie – od tego, że dostajesz gorszą od taty i brata porcję mięsa z chudego rosołu. Że słodyczy nie starcza do nasycenia się. Że dorośli nie mają czasu ani siły słuchać i że trzeba się opiekować młodszym rodzeństwem. Albo że nauczyciele są zbyt surowi i w przepełnionej klasie nie doceniają twoich wysiłków. Że dzieci i ryby głosu nie mają, a dziewczynki powinny umieć gotować, szyć i sprzątać, zamiast interesować się sztuką, filozofią czy polityką. I że nikt ci nie tłumaczy świata, którego nie rozumiesz, ani o nic cię nie pyta.

Tak było wtedy, i tylko można się cieszyć, że świat naszych dzieci jest już nieco inny, lepszy. To wszystko przenosi się potem na dorosłe życie, w którym już same nie wiemy, czego nam trzeba, bo nigdy nie zostało nam to dane w takich ilościach, w jakich potrzebowałyśmy. Dlatego mimo 30, 40 czy 50 lat nadal nie pytamy o to, czego nam potrzeba. Czego mamy wymagać od partnera czy partnerki, jak wyobrażamy sobie miłość i związek, i czego w nim pragniemy.

Określenie swoich nieprzekraczalnych granic wiąże się ze znajomością własnych potrzeb. Jeśli znasz siebie to wiesz nie tylko ile możesz dać, ale i co chcesz przyjąć w zamian.

Tutaj na chwilę muszę się zatrzymać przy realnych potrzebach. Bo nie chodzi wyłącznie o to, czy moje potrzeby są spełniane, ale i czy ja potrafię spełnić wszystkie potrzeby drugiej strony, a nie tylko te, które wydaje mi się, że są potrzebami tej strony.

Realne potrzeby w związku

Bardzo często dajemy za dużo, dużo więcej niż to jest potrzebne albo oczekiwane. To jest ważne, bo są różni ludzie i różne są ich zapotrzebowania życiowe. Jeśli ktoś jest Piotrusiem Panem, to nie można żądać od niego by nie był! Jeśli ktoś preferuje wolne związki, albo praca jest dla niego ważniejsza, albo nawet nieudane małżeństwo (na które bez przerwy narzeka!) – to nie możemy tego zmieniać.

Trzeba ten stan zaakceptować i odejść. A zdecydowanie łatwiej jest odejść po miesiącu niż po roku, i łatwiej po roku niż po pięciu. Mniejsza historia się wytworzy i mniejsze szkody odcisną piętno w naszej głowie. Nie otrzymywanie miłości naprawdę jest niezdrowe. A najgorsze, że związki pozorne bardzo szybko wchodzą nam w nawyk.

Jasne, że moja miłość, oddanie, ciepło, które wnoszę, troska, seks i intymność, które głęboko przeżywam są fajne. Co jednak, jeśli na nich nie kończą się potrzeby partnera czy partnerki? Jeśli dla nich istotne jest to, by nie mieć obowiązków, by się nie angażować, by nie tworzyć nowej/innej rodziny? A  koniec końców, by mieć wolność do robienia tego, czego chcą, albo – częsta w przypadku kobiet potrzeba – by mieć zapewnione wygodne warunki finansowe, które pozwolą uniknąć  odpowiedzialności.

Dużo czasu zajęło mi zrozumienie i zaakceptowanie tego, że ludzie których kochamy mogą mieć i mają inne potrzeby niż my. Tak, ja też po wielu latach czy miesiącach stawiałam jakieś ultimatum dla nich wszystkich: ja albo praca, ja albo twoje życie obiboka, ja albo długie dalekie podróże, ja albo ona. Albo mieszkamy razem, albo odejdź wreszcie. No nie udało się ani raz, szczególnie to zostawianie decyzji po drugiej stronie – odejdź, jeśli w rzeczywistości nie chcesz ze mną być.

Związki pozorne

Ani raz, na wszystkie moje pięć związków nikt nie chciał ani odejść ani się zmienić. Za każdym razem to było „zjeść ciastko i mieć ciastko”, i za każdym razem to ostatecznie na mnie ciążyła odpowiedzialność zerwania. Ani jedno ultimatum nigdy – słownie nigdy – nie poskutkowało.

No bo jak mogło, skoro dla tej drugiej strony cała sytuacja była w porządku? Mieli co chcieli, seks, przyjemność, relaks, opiekę, wsparcie – dlaczego z czegoś takiego rezygnować? Mało tego – kiedy wreszcie odchodziłam, wzbudzałam w nich ogromne pretensje, że ale jak to? Dlaczego nagle zabieram im takie fajne coś, co dostawali całkiem za darmo albo małym kosztem? Czy można się dziwić, że poczuli się skrzywdzeni?

A moje przekonania o tym, że to była wielka miłość? No cóż. Przy otwartym sercu leci bardzo dużo miłości, rzeczywiście dużo. Kiedy kocha się naprawdę (nie poprzez pożądanie i seks, ale przez serce), odczuwa się bardzo mocno i głęboko. Tylko że łatwo jest pomylić swoje własne uczucia z uczuciami tej drugiej osoby. To TY kochasz. Ale czy jesteś w równym stopniu kochana?

różne rodzaje związków. Nie każdy potrzebuje tego samego i naprawdę jestem już bardzo daleko od tego, by oceniać dlaczego ktoś żyje jak chce. Każdy – absolutnie każdy ma prawo do swoich wyborów i do swojego stylu i do swoich potrzeb.

Nie należy oceniać tych, którzy nie spełniają naszych potrzeb, warto jednak przestać inwestować w związki, które nam się nie zwrócą. W formie miłości, troski, zaangażowania i oddania na równym poziomie.

Zanim zabrniemy za daleko w swoim zaangażowaniu, upewnijmy się, że ta druga osoba na poziomie emocjonalnym i też mentalnym ma to, czego potrzebujemy. Jeśli spotykasz kogoś, do kogo czujesz coś i jesteś z buta gotowa wejść w relację, upewnij się, że druga strona jest również na to gotowa. Jeśli odmawia wspólnego czasu, spania razem, mieszkania, robienia wspólnych rzeczy, bo coś, cokolwiek – znaczy że nie jest gotowa. Wtedy choćby nie wiem co ci się wydawało odnośnie tej jednej jedynej prawdziwej miłości, za którą tak bardzo tęsknisz – odejdź.

Odejdź, zanim będzie za późno, zanim trzeba cię będzie zbierać na terapiach, zanim stracisz przyjaciół, roztrwonisz majątek, zaniedbasz pracę, pasję i siły. Zanim przyjdzie czarny smok depresji i cię pożre.

Ta osoba, która nie ma dla ciebie czasu, nie jest ciebie warta, a ty nie zasługujesz na takie traktowanie. Naprawdę nie, zwłaszcza, jeśli jesteś super fajną laską, albo facetem, jeśli masz bogate wnętrze i potrafisz kochać. I nigdy nie sądź po sobie – jeśli ty nie kłamiesz, nie znaczy że ktoś inny nie kłamie. Jeśli ty dążysz do czegoś, nie znaczy że dąży do tego twój partner/partnerka. Jeśli ufasz, nie zdradzasz, kochasz, wspierasz, oddajesz się… patrz czy on/ona też to robi. Cała reszta to manipulacje, które powodują, że związki pozorne tyle trwają.

Oczyść swoją przestrzeń, popracuj nad zrozumieniem siebie, odkryj swoje potrzeby, naucz się je spełniać, a na pewno spotkasz kogoś, kto będzie cię chciał w tym samym stopniu. Kogoś, kto będzie w stanie dać ci to, czego naprawdę potrzebujesz. A jeśli nawet nie, to kurcze, przynajmniej nie zmarnujesz sobie życia. Samotność nie jest gorsza od nieudanego związku, często bywa za to zdrowsza. Zresztą, jak uczy mnie doświadczenie, jeśli odpowiednio wcześnie powie się „nie”, można się blisko i fajnie zaprzyjaźnić i wtedy też jest dobrze i bez zranień.

Najważniejsze, żeby patrzeć w jednym kierunku i być gotowym na obopólne, a nie jednoosobowe zmiany. Chcieć to móc. Nie móc to znaczy usprawiedliwiać się. I koniec. Jeszcze tylko postaw lajka ;)

Exit Wall, Cécile Colle, Ralf Nuhn, 2011 r. Zwiazki pozorne są drogą donikąd.

Exit Wall, Cécile Colle, Ralf Nuhn, praca pokazana na wrocławskim biennale w 2011 r. Związki pozorne są drogą donikąd.