Hm. Może nie miałam nastroju, ale nie zachwycił mnie ten film. Momentami nawet trochę nudził. Piękny wizualnie i starannie wystylizowany, złożony w hołdzie austriackiemu pisarzowi i poecie Stefanowi Zwiegowi, który wraz z żoną w proteście przeciw hitleryzmowi popełnił samobójstwo, teoretycznie interesujący.

Nie ma tu zbyt wiele o faszyzmie, groteskowe napomknienia, historia raczej kryminalna z wątkami sentymentalnymi za dawno minionym światem szarmancji, elegancji i wysokich manier, biograficzna. Na szczęście, bo mogłoby się zrobić nie do zniesienia.

Nie wiem, dlaczego mnie ten film znudził, bardzo chciałam go zobaczyć, ma dobre notowania. Musiałabym jednak zrobić sobie auto-psychoanalizę, a wcale mi się nie chce. Powodem może być jednak to, że zaczęłam czytać nafaszerowane dyskursem religijnym, duchowym i moralnym Mgły Avalonu Marion Zimmer Bradley, które bardzo mnie wciągnęły i zwyczajnie zrobił się nieodpowiedni koktajl gatunkowy?

Jeśli chodzi o Wesa Andersona, to uwielbiam jego Fantastycznego pana Lisa i Pociąg do Darjeeling, oraz bardzo lubię Moonrise Kingdom. The Grand Budapest Hotel wydaje mi się nieco wtórny do tych trzech poprzednich, jakby po prostu zebrał z nich najlepsze cechy i złączył w jedno – poczynając od aktorów, przez manierę groteski i pięknego obrazu aż po surrealizm zdarzeń.

Nie jest tak, że nie polecam. Polecam nawet bardzo, ale trzeba się przygotować na fajną, niezbyt skomplikowaną intelektualnie rozrywkę, do której jednak potrzebny jest nieco szerszy kontekst kulturowy. Sporo zabawy może dostarczyć wyłapywanie aluzji i odniesień kulturowych i historycznych, mnie się jednak nie chciało w to teraz bawić. A przynajmniej nie w tym stylu.

Tak więc nie zachęcam, nie zniechęcam. Pozostawiam do indywidualnej dyspozycji. Może się bardziej podobać, jeśli ktoś jeszcze nie oglądał powyższych trzech tytułów. Miłego zatem.

Wes Anderson, The Grand Budapest Hotel, 2014