Jakiś czas temu spędziłam cztery wieczory na bardzo głębokim gadaniu ze Zbyszkiem z Australii, jak go nazywam na potrzeby robocze. Zbyszek trzydzieści parę lat spędził w Australii, jest więc nieco inaczej ukształtowany niż ktoś stąd. Gadaliśmy o wszystkim, o czym tylko zdążyliśmy pogadać. To znaczy on gadał, bo ja głównie stawiałam pytania o jego odmienną perspektywę. Tęsknota za bratnią duszą była jednym z naszych tematów.

Bardzo to dobrze robi na poszerzanie horyzontów, zwłaszcza kiedy się spotyka kogoś zainteresowanego podobnymi tematami. Zbyszek okazał się być źródłem niewyczerpanej inspiracji i obyśmy spotkali się kiedyś ponownie. Jest zresztą coś ciekawego w tamtej części świata, pisałam kiedyś o rozmowach z Jurkiem.

Ostatniego dnia rozmawialiśmy o związkach, bliskości i o tym, że trochę trudno jest mi spotkać kogoś, kto by do mnie pasował. Zbyszek rzucił wtedy jedną frazę, która przypomniała mi coś, co kiedyś rozumiałam, ale o czym sobie na skutek zawirowań emocjonalnych zapomniałam.

Jest ci trudno, bo nie szukasz seksu, ani związku. Ty szukasz soulmate.

Aż jęknęłam gdzieś z głębi trzewi. Soulmate, bratnia dusza! Jak mogłam o tym zapomnieć?

Poszłam do domu i zaczęłam zaglądać do środka siebie. Nie, nie zapomniałam, wcale nie zapomniałam. To jest takie coś, co zawsze jest. Czasem głośniejsze, czasem cichsze, ale zawsze jest. Całe życie niesie się to w sobie, w swoim sercu. Taki głos, który ciągle przypomina, że masz potrzebę nie tylko bycia popularnym, cenionym, respektowanym, zamożnym. Masz też potrzebę bycia rozumianym, kochanym, akceptowanym. Tak w pełni.

A poszukiwania bratniej duszy w rzeczywistości są tęsknotą za tym czymś, tą właśnie pełnią.

Tęsknota za bratnią duszą i tęsknota w ogóle nie jest i nie powinna być żalem po stracie. Do pewnego momentu żal, który pojawia się po stracie kogoś na skutek śmierci czy porzucenia jest normalny, uzasadniony. Jest nawet pożądany, bo pomaga się w jakiś sposób uporać ze stratą, daje nam czas. Może zadziałać jako niewygodny, bolesny lecz konstruktywny bodziec do zmian.

Żal po stracie

Żal po stracie pozwala się skonfrontować ze wszystkim, co z naszego życia zniknęło na skutek nieobecności osoby, na której opieraliśmy swoje uczucie dopełnienia. Czy to będzie rodzic, dziecko, przyjaciel czy partner, zawsze zostawi po sobie swoistą pustkę. Tej pustki na początkowym etapie nie da się zastąpić. Da się ją za to z czasem przekształcić w lepsze zrozumienie siebie i swoich potrzeb. Inaczej będzie w przypadku śmierci, inaczej porzucenia, ale oba te zdarzenia graniczne czegoś uczą.

Najważniejsze we wszystkich przypadkach straty jest to, by nie utknąć w żalu. W dłuższej perspektywie żal przeradza się w pretensje, uraz, roszczenia, a na nich już nic dobrego nie da się zbudować. Na pewno nie poczucie bezpieczeństwa, zaufania i spełnienia. Chodzi więc o to, by odróżnić żal od tęsknoty.

Tęsknota to nie jest żal za czymś minionym. Jeśli żałujemy tego, co się stało w przeszłości, żyjemy w niej, a nie w teraźniejszości. To nas determinuje i zamyka drogę do tego, co mogłoby się wydarzyć tu i teraz. Żal po stracie jest w porządku, należy pozwolić mu się przejawić, ale też należy zrobić wszystko, żeby się wreszcie wypalił. Nie można całe życie żałować czegoś, co stało się w przeszłości, bo skoro się stało, to znaczy że tak miało być, że było to najlepsze, co wtedy mogło zaistnieć.

Nie warto zatapiać się w smutku, co by było, gdyby stało się inaczej, bo tego nikt z nas nie wie. Czy sprawy obróciłyby się w dłuższej perspektywie na naszą korzyść? Prawdopodobnie nie, a jeśli tak, to dlaczego zamiast teraz przekształcać siebie i okoliczności w kierunku upragnionych zmian, tkwimy w czym tkwimy, rozgoryczeni na cały świat, że coś jest nam odbierane? Tego nie warto robić.

Nostalgia, samotność, depresja

Tęsknota może też przerosnąć w nostalgię i wtedy też jest w porządku, pod warunkiem, że znowu nie przyćmiewa tu i teraz. Że nie zakorzenia nas w przeszłości, której już nie ma i nigdy nie będzie. Której tak naprawdę nawet nie chcemy, ale do której chętnie uciekamy przed aktualnymi problemami i podejmowaniem decyzji. Fajnie jest nosić w pamięci nostalgiczne wspomnienia z przeszłości, niedobrze jest w nich żyć.

Pomiędzy tym wszystkim pojawiaj się stany depresyjne, związane z poczuciem bezsilności, niemożności działania w zgodzie ze sobą na terenie domu, pracy czy rodziny. Braku akceptacji na podstawowym poziomie, i wtórnych odczuciach opuszczenia, porzucenia, odtrącenia, Z wynikłej stąd niskiej wartości siebie, wzmocnionej poczuciem winy (nie nadaję się).

Poczucie oddzielenia od stada, od swoich, od rodziny może być bardzo bolesne i mocno nas determinować. Kiedy jesteś sam, nie przynależysz do nikogo, nie jesteś rozumiany, nie czujesz się w pełni akceptowany, ulegasz poczuciu niemocy. Paraliżuje cię też syndrom „owieczki odłączonej od stada”, która nie jest w stanie zrobić kroku w żadnym kierunku. Owieczka może nawet nie wiedzieć, że tęskni, bo tęskni od tak dawna, że opanowała ją ukryta depresja.

Uczucie oddzielenia może nie być zgodne z wydarzeniami, ale może być tak przyjmowane i w ten sposób może nas determinować. Niekiedy wyparte odłączenie oraz powiązana z nim samotność ograniczają nas do tego stopnia, że sami przestajemy widzieć i rozumieć otoczenie, błędnie wszystko interpretujemy, odpychamy od siebie ludzi i obcych i najbliższych. Nie widzimy i nie przyjmujemy pomocy nawet wtedy, gdy wpycha nam się drzwiami i oknami. Kluczowym odczuciem w tych stanach jest bezsilność, porzucenie i osamotnienie.

Samotność jest czymś, co każdy z nas doświadcza indywidualnie. Niektórzy samotnie czują się w tłumie, inni gdy tylko cichnie gwar. Niektórych samotność popycha do desperacji, innym nie przeszkadza w codziennym życiu, zalegając lekkim cieniem na sercu i w oczach. Jedni z jej powodu rzucają się w wir wydarzeń, związków, pracy, inni uciekają, zamykają się, izolują jeszcze bardziej. Nie ważne, czy jestem w związku, czy nie. Ważne, czy czuję się w relacjach z innymi jak wśród swoich bliskich, czy jednak czuję się samotnie?

Czym jest tęsknota?

Czym więc jest tęsknota, jeśli nie jest poczuciem straty, ani odrzucenia, ani nostalgią? Rozumiem ją w ten sposób, że jest domeną samotności uświadomionej. Jest tym momentem, w którym stajemy przed lustrem zupełnie nago i przyznajemy się przed sobą: tak, to jestem ja, to są moje granice, to są moje potrzeby, to są moje umiejętności, ale potrzebuję jeszcze kogoś – osoby lub osób – do zbudowania tego, za czym tęsknię, do osiągnięcia pełni. Do podzielenia się tym, co mam, moimi darami, umiejętnościami. Moją miłością.

Tutaj pojawia się znany ze wszystkich nauk religijnych i rozwojowych prosty motyw – nie osiągniesz pełni kosztem kogoś innego, bez scalenia siebie, bez osiągnięcia pełni wewnętrznej. Czyli że nie da się załatać dziury czymś, co w nas samych nie istnieje. By zbudować pełną relację z drugą osobą/osobami/bogiem/czymkolwiek, należy najpierw dogadać się ze sobą.

Odnaleźć siebie, zrozumieć, zaakceptować, pokochać. To długi i żmudny proces, ale jeśli go nie pokonamy, nie będzie nam łatwo przejść do tego drugiego etapu – do otwarcia się na swoje stado, rodzinę duchową, pokrewne dusze.  Wtedy ta głęboka, wewnętrzna tęsknota zaczyna nabierać sensu. Wtedy pojawia się sznureczek, cieniutka nitka uczucia do tych, którzy gdzieś tam są, może tak samo zagubieni jak ty, a może „tuż za rogiem, już gotowi, by cię odnaleźć”, jak powiedziała mi ostatnio Beata.

Tęsknota za bratnią duszą

Trzeba więc sobie pozwolić na samotność (ale oddzielić ją od depresji). Raz, bo daje możliwość poznania samego siebie, dwa, bo otwiera drogę do tych, za którymi naprawdę tęsknimy. Bo za czym tak naprawdę tęsknimy? Za pieniędzmi, statusem społecznym, dobrami? Nie da się tęsknić do kupienia sobie nowego domu; co najwyżej można tęsknić do atmosfery Domu.

Żyjemy przecież dla innych i z innymi. Nie tyle w dosłownej służbie innym, ile w kontakcie, w wymianie, we wzajemnym obdarowywaniu siebie uczuciami, doświadczeniami, ideami. Miłością. We wspólnym wzroście i podążaniu wspólną Drogą.

Należy tutaj odróżnić bycie z kimś w związku od relacji bliskości. Są ludzie, którzy nie potrzebują, lub nie chcą związków. Ci wypełniają swoją przestrzeń uczuciową, duchową lub intymną (nie rozumianą fizycznie) relacjami na szerszym poziomie. Mistrz duchowy, kapłan, oddany lekarz czy nauczyciel żyje w wartościach uniwersalnych, które wypełnia służba bliźniemu. Mnich w samotni wypełnia swoją potrzebę bliskości Bogiem. W rodzinach różne konfiguracje przybierają relacje z dziećmi i rodzicami, krewnymi. W życiu naukowca będzie to nauka, dla biznesmena mogą to być relacje w pracy.

Czym wypełnimy relacje bliskości, zależy od nas i nie musi być to w żaden sposób wartościowane. Ważne, by rozumieć, że tak naprawdę nigdy nie jesteśmy sami. Tak naprawdę nawet nie rodzimy się i nie umieramy sami. Bo jednak zawsze jesteśmy z kimś obok nas, nawet jeśli brakuje nam tej świadomości. Nawet jeśli odbywa się to na poziomie duchowym, albo jeśli z różnych powodów, często nieuzasadnionych, wynikłych z niewłaściwego rozumienia zdarzeń i zachowań innych czujemy się odrzuceni i pogrążamy się w samotności nieuświadomionej.

Ta ostatnia bywa niezwykle dotkliwa i bolesna i wielokroć zderzamy się z nią w codziennym życiu. Mimo to, często ją zagłuszamy, wypieramy, udajemy, że nie jest prawdziwa, że nas nie dotyczy. Jednak dopóki nie otworzymy się na nią, nie zaakceptujemy jej w pełni, jako części siebie, jako potrzeby bycia z właściwymi dla siebie „swoimi” ludźmi, nic nam nie da i niczego nie nauczy. Nie pojawi się w nas uświadomiona tęsknota za bratnią duszą.

Człowiek jest „stworzony” do bycia w relacjach z innymi. Na podstawowym poziomie powinien być „wypełniony” interakcją z ludźmi. Nie wypełniony innymi ludźmi, bo nie możemy żyć cudzym życiem, ale właśnie tym dobrym, budującym, przyjaznym, wspierającym w obie strony kontaktem z innymi.

Pogodzenie się ze sobą samym przybliża nas do naszych najbliższych. A odrzucamy siebie częściej niż sądzimy. To może być na poziomie niechcianej pracy, zarzuconych umiejętności, zainteresowań, przejawiania tłumionych cech charakteru, naturalnych zdolności, wyśmiewanych zamiłowań, hobby, bycia nie sobą, czasem wręcz orientacji seksualnej. Wszystko, co wiąże się z oceną i brakiem akceptacji siebie prawdziwego będzie się wyrażało w tęsknocie za „swoimi”, za przyjęciem, za zrozumieniem.

Tęsknota za bratnią duszą jest po prostu pamięcią o tym kimś pokrewnym, o kimś, kogo może jeszcze nie spotkaliśmy, ale w sercu wiemy, że gdzieś tam istnieje. Bo istniał zawsze. Soulmate. Duchowy krewny, który jest taki jak ty. Stań nago przed lustrem i przywołaj go, przywołując siebie.

Tęsknota za bratnią duszą

Tęsknota za bratnią duszą, poczucie samotności i poczucie wspólnoty. Gadamy o tym ze Zbyszkiem – prawie Aborygenem. Kopiec Krakusa, sierpień 2015.