Dziwaczny to był rok. Dla mnie osobiście nie tyle trudny, co nieustannie konfrontujący z własnymi wyobrażeniami na różne tematy. Zmusił mnie do odpuszczenia tylu przekonań, że pod koniec prawie mogę powiedzieć „królowa jest naga”. Na szczęście stała obserwacja siebie i świadome zmiany od dłuższego już czasu pomagają mi przechodzić przez podobne procesy w miarę bezboleśnie.

Cieszę się, że świadomość zmian nauczyła mnie odpuszczania. Gdy byłam młodsza, dużo bardziej walczyłam „o swoje”. Strasznie mnie to poniewierało, głównie z tego powodu, że wcale nie znałam tego co „moje” naprawdę. Napierałam na coś, co wydawało mi się prawdą, a tu nagle bęc-bęc i a ku-ku. Teraz jest inaczej. Uważniej przyglądam się i sobie i otaczającej mnie rzeczywistości, obserwuję stosunek jeden do drugiego i zwyczajnie odpuszczam to, co zbędne.

Najbardziej chyba udało mi się uporządkować emocje, związane z presją innych na mnie. Ostatni rok był taką bardzo głęboką droga do środka, coraz dalej od zewnętrznego zgiełku. Zawsze miałam intuicyjną tendencję do wyznaczania swojego terytorium, w którym chroniłam się przed presją otoczenia, ale było to bardziej ucieczkowe. Na zasadzie – wychodzę z bezpiecznej strefy i jestem stawiana w sytuacjach, z którymi trzeba się skonfrontować. Kiedy ciśnienie jest za duże to mam się dokąd wycofać. Moja własna budka ślimaka. Teraz natomiast czuję, że w większym stopniu decyduję za siebie. Ani nie muszę się konfrontować, ani nie muszę się wycofywać. Mogę zwyczajnie wybierać. Zaczyna mi być dobrze tu gdzie jestem i tak jak jestem.

Chcieć za dużo na raz (niepotrzebnych rzeczy)

W środowiskach rozwojowych jest taka dość silna presja, żeby wszystko było już, tu i teraz. Jest mocne ciśnienie na to, żeby od razu być pięknym, wiecznie młodym i bogatym. Samo w sobie zapewne jest to słuszne, ja jednak uważam, że każdy powinien wyznaczać własne kryteria tych określeń. Mamy tak różne osobowości, predyspozycje i potrzeby, pochodzimy z tak różnych środowisk i tak różnie postrzegamy świat, że jeden efekt końcowy dla wszystkich jest zupełną fikcją. A jednak, będąc zwierzętami stadnymi, staramy się upodabniać do innych. Jeśli ktoś ma taki samochód, mieszkanie czy tyle zarabia, to ja też muszę. A jeśli ja nie posiadam czegoś, to inni niech też tego nie mają.

Z jakiegoś powodu rozwój poszedł w stronę zdobywania więcej, zamiast iść w stronę poznawania siebie i swoich własnych, prawdziwych potrzeb.

To właśnie jest ta zewnętrzna presja. Albo będziesz wyglądać, posiadać, zachowywać się jak my wszyscy, albo nie będziesz do nas przynależeć. Albo będę mieć, mówić, wyglądać jak wszyscy, albo będę nikim…

Dlaczego?

Po co robimy coś tylko dlatego, że tak wypada, jest przyjęte, dobrze wygląda? Dlaczego nie robimy tego, czego naprawdę potrzebujemy? Dlaczego nie odmawiamy czegoś, co nas tak średnio interesuje, ale w środowisku „mogłoby dobrze wypaść”? Czasem czujemy niechęć do robienia czegoś, ale i tak to robimy, bo „należy”. Jeśli daje się na coś takiego przyzwolenie, to wir wciągający w podobne sytuacje staje się coraz większy i większy. Coraz trudniej i trudniej jest odmówić. Znam masę ludzi, którzy tak bardzo pozwalają zawładnąć swoim życiem temu co „należy” i dobrze jest”, że zaczynają traktować je jak swoje własne. Zaczynają wierzyć, że są tym, czym stali się dla innych.

Skąd to się bierze?

Psychologia udzieliła już z tysiąc odpowiedzi na to pytanie. Tak jesteśmy społecznie kształtowani, żeby nie być zbyt zindywidualizowanymi jednostkami. Żebyśmy mogli być częścią grupy i działali na jej korzyść – rodziny, wspólnoty, kraju. Miało to sens przez długi czas, szczególnie w czasach, gdy ludzkość napędzały niskie popędy, a głód i potrzeba przeżycia były silniejsze niż wewnętrzna moralność. Dziś jest już inaczej. Dziś świat nie zna granic, a jednostki takie jak rodzina urodzeniowa czy państwo dawno nabrały zupełnie nowego sensu.

Dziś nie jesteśmy już skazani na przytwierdzenie do jednego miejsca, i jednego środowiska. Szczególnie jeśli jest toksyczne. Możemy zmieniać otoczenie, szukać dla siebie miejsca w szerokim świecie. Gdzieś przecież żyją ludzie podobni do nas. Mamy prawo być sobą, bo z podobnymi sobie możemy budować nowe wspólnoty – czy to w pracy, czy w rodzinie, czy bodaj dzieląc pewne wartości „na Facebooku”. Wcale nie musimy odkształcać siebie na tyle, żeby w sztuczny sposób dopasować się do innych.

Żeby dojść do siebie i tego, czego naprawdę potrzebuje się od życia, trzeba wykonać pewną pracę. Trzeba nauczyć się mówić „nie”. Ale takie trochę inne „nie”, niż zwykła asertywność wobec tego, w czym definitywnie nie chcemy brać udziału. W tym zakresie nawet prawo nam pomaga, warto z niego korzystać. Szczególnie mam na myśli kobiety, które nadal godzą się na pewne niechciane rzeczy, bo wydaje im się, że muszą, bądź powinny, bądź nie widzą dla siebie innej perspektywy.

Żeby odpuścić robienie tego, co naprawdę nie jest nasze, trzeba zrozumieć, co nasze jest. Co jest moje własne w świecie, w którym żyję w nieustannej interakcji z innymi? W sytuacji, w której ukształtowała mnie rodzina i kraj, w którym się urodziłam? Kim w tym wszystkim jestem ja sama?

Wzorce

Poznawanie siebie jest zdaje się wycieczką na całe życie. Sporo pomaga praca z wzorcami podświadomości, które rządzą nawet naszymi wyborami. Większość wzorców przetrwania (zachowanie w danej sytuacji, konkretne stany emocjonalne, rodzaje relacji w jakie wchodzimy z innymi, choroby i procesy wewnątrz organizmu), przejmujemy w chwili poczęcia od swoich przodków, rodziców, dziadków, ciotek. Wszystkie traumatyczne zdarzenia w rodzie znajdą w nas odzwierciedlenie.

Część wzorców wytwarzamy sami, radząc sobie lepiej lub gorzej z własnymi doświadczeniami życiowymi. Mózg automatyczny rządzi nami z precyzją szwajcarskiego zegarka, zapisując cała swoją wiedzę w podświadomości. Podświadomość ukrywa przed nami to, z czym sobie świadomość nie radzi. W genach ukrywa nawet to, z czym nie poradzili sobie nasi rodzice i dziadkowie.

Na tym polega praca – żeby sięgnąć po to, co ukryte, wyparte, emocjonalnie trudne, wydobyć to na powierzchnię i przywrócić do świadomości. Okaże się, że ogromna część naszego zachowania, albo „potrzeb”, to tylko biologiczne wzorce. Wzorce nie są moim prawdziwym ja. To tylko sposób zachowania, który przejęliśmy od innych, najczęściej przodków. Jeśli coś w życiu, w związkach, w pracy powtarza się w kółko i w kółko, to nie jest to ani los, ani pech, tylko wzorzec. Trzeba odnaleźć, co go zaprogramowało i przetransformować w świadomość. Dopiero w tym miejscu jesteśmy w stanie dokonać zmian.

Świadome zmiany drobnymi krokami

Trochę zajęło mi zrozumienie tego, że rezygnacja nie jest przegraną. Jestem entuzjastą o dużej sile woli i w zasadzie całe swoje życie przeżyłam kierując się tylko pasjami. Inaczej rzecz ujmując, nie potrafię wykonywać tych czynności, w które nie wierzę, i które mnie nie satysfakcjonują. Fajnie, prawda? Dobrze jest mieć takie życie. A jednak ostatni rok pokazał mi, że pasją też można się zmęczyć. Szczególnie, jeśli przekroczy się własne granice, prawdziwy poziom zapotrzebowania na to, co się robi.

Każdy, kto tworzy publicznie w jakimś sensie publicznie żyje. Moi czytelnicy nie tylko wiedzą, co myślę, ale i co jadam, gdzie jadam, z kim bywam, co robi moje dziecko, jakie mam koty i nawet o której wstaję. Prywatność mojego życia jest przesunięta z mojej własnej woli. Jeśli piszesz coś, co ma wpływać na innych, oni powinni widzieć twój przykład. Trzeba dawać przykład. Ale kiedy otwierasz swoją prywatność na innych, w naturalny sposób wystawiasz się na krytykę.

Na czym polega presja życia w otwarty sposób? Wcale nie na tym, że inni ocenią cię źle, tylko na tym, że sam zaczynasz siebie oceniać przez pryzmat tego, jak postrzegają cię inni. I nagle okazuje się, że stajesz się własnym zakładnikiem, bo coraz częściej musisz robić rzeczy, które pasują do twojego wizerunku, a nie te, które chcesz robić naprawdę. To dopiero jest presja! Musiałam wycofać się dość mocno z własnej aktywności, żeby ponownie zrobić miejsce dla siebie.

Dobrze jest znaleźć równowagę. Dobrze jest potrafić się zatrzymać i poznać gdzie kończy się prawdziwa potrzeba robienia czegoś, a gdzie zaczyna presja, nawyk, wzorzec działania. Dobrze jest wrócić do podstaw i nieco przeorganizować swoje życie. Nie potrzebuję być wszędzie i robić wszystko, nawet jeśli mi się nie chce. Nie muszę być atrakcyjna dla innych przez całe swoje życie, bo mnie to normalnie męczy. Nie mogę pracować z pasji przez 18 godzin na dobę, żeby nie odbiło się to na moim zdrowiu. Człowiek nie jest w stanie realizować się na wszystkich polach i we wszystkich dziedzinach życia w pełnym napięciu. Bo czy w życiu chodzi o napięcie? Raczej nie. Wcale nie chcę być lepsza niż jestem, bo przy swoich standardach i tak jestem najlepsza jaka mogę być.

Sukces wcale nie przychodzi wtedy, kiedy jesteśmy najlepsi we wszystkim, tylko wtedy, kiedy czujemy się spokojni i zrealizowani. Kiedy potrafimy powiedzieć, że każdy dzień, niezależnie od wrażeń, albo wydarzeń był przeżyty świadomie i dobrze. Warto sobie odpowiedzieć na pytanie, czy w chwili ciszy, sam na sam ze sobą czujemy w sercu spokój i zadowolenie? Bo tylko one mówią o tym, że nasze życie jest prawdziwe, że nie przygniata go presją bycia gdzie indziej i robienia czego innego albo więcej.

Szczęście to nie są spektakularne zdarzenia ani ekstremalne emocje. Szczęście to jest stan wewnętrznego spokoju i świadomości siebie. To taki zwykły, cichy ciepły uśmiech na twarzy, można powiedzieć – bezwarunkowy. A taki uśmiech pojawia się wtedy, kiedy akceptujemy, kochamy i szanujemy siebie po prostu dlatego, że jesteśmy sobą. Nie zaś dlatego, że robimy lub posiadamy więcej i więcej. Ten zgiełk wokół nas wcale nie jest potrzebny. Lecz żeby go nie słyszeć i nie ulegać mu, trzeba przestać porównywać siebie do innych. Fajnie, jeśli nasza stadność objawia się tym, że uzdrowimy i wybudujemy silne więzi z rodziną, przyjaciółmi i społecznością, w której funkcjonujemy. Niezbyt fajnie, jeśli skoncentrowana jest na posiadaniu więcej, robieniu mocniej, przeżywaniu emocjonalniej niż NAPRAWDĘ potrzebujemy. Dlatego odpuszczam to, co DLA MNIE nieważne.

Świadome zmiany to wcale nie wszystko i na raz, lecz drobne codzienne kroki, które wykonuje się dla siebie i z powodu siebie. I nie ma co w tym wszystkim bać się egoizmu! Kiedy docierasz do swojej prawdziwej natury, która nie podlega ocenie, rozumiesz, że ona również nie ocenia. W takiej czystości serca po prostu nie ma miejsca na bycie osobą niewrażliwą czy złą. Jest miejsce na prawdę i zrozumienie – i siebie i innych.

Oczywiście stale należy pamiętać o wzorcach – trzeba odróżnić to, czego nie potrzebujemy, od tego, czego potrzebujemy, ale z czego rezygnujemy z powodu wzorców niezasługiwania, niskiej samooceny, wyuczonej bierności, niezaradności, depresji. W tym obszarze świadome zmiany są nawet konieczniejsze.

To taki tekst, który piszę od 29 grudnia. Bo piszę i sama siebie próbuję w tym wszystkim odnaleźć, zrozumieć. Nie chcę robić żadnych, ale to żadnych postanowień na swoje życie. Nie potrzebuję ich. Potrzebuję tylko odnajdywać siebie każdego dnia w każdej swojej myśli i w każdej czynności. Być sobą. Zmieniać moje życie na bardziej moje niż cudze. Wyzbywać się presji robienia czegokolwiek z powodu innych. Fajny link wczoraj wrzucił Krzysiu Gonciarz na podobny temat do wystąpienia scenarzysty i pisarza Charliego Kaufmana. Jest po angielsku, ale Krzyś przytacza fragment tłumaczenia u siebie (1’45).

Świadome zmiany są jak balansowanie na linie. Fragment instalacji Między wodą a niebem Jerzego Kędziory na Kładce Ojca Bernatka, Kraków 2016, Fot. Andrzej Mędrek

Świadome zmiany są jak balansowanie na linie. Fragment instalacji Między wodą a niebem Jerzego Kędziory na Kładce Ojca Bernatka, Kraków 2016, Fot. Andrzej Mędrek