Renata Rusnak, góry

Konrad Kruczkowski, który pisze fajne krótkie felietony do katolickiej Aletei, poruszył jeden z najważniejszych dla chrześcijaństwa wątków – pomoc innym. Pisze, że dla potrzebujących proszenie o pomoc jest wstydliwe, bo nie chcą czuć się kimś gorszym, nieudacznikami. Że nikt się potem nie chce przyjaźnić z tymi, którym musi pomagać. Oraz że osoby, które doświadczają pomocy, też nie chcą się przyjaźnić z darczyńcami.

To prawda, że tak często bywa, ale wydaje mi się, że niepotrzebnie, że to dość wypaczona wizja świata i swojego miejsca w nim. Urodziłam się w górach, gdzie człowiek od człowieka i jego pomocy jest bardzo uzależniony. Bo przecież jak Pon Bucek se wymyśli, to wybije gradem, zaleje deszczem, skosi mrozem, albo osunie grapę i tyle ludzie widzieli. U nas na wsi życie zawsze było bardzo wspólnotowe. Jak były żniwa, albo skubacki, albo trzeba było pomóc po pożarze, to nikt nie myślał, czy proszenie o pomoc jest wstydliwe. Szło się i robiło, po kolei, gdzie kto mógł i na ile mógł w obrębie sąsiedzkiej czy rodowej wspólnoty.

Życie we wspólnocie

Jeden miał konia, drugi dużo rąk do pracy, inny więcej mleka od krów, a jeszcze inny umiał dobrze gotować i obsługiwać imprezy rodzinne, albo pięknie śpiewać czy pleść wianki. Byli różni specjaliści i ich pomocnicy, niektórzy znali się na drzewie w lesie, inni na uprawach, jeszcze inni byli ogromni silni i w zębach podnosili dębowe stoły dla zabawy. Byli też ludzie starzy i mądrzy, do których chodziło się po rady, albo uzdrowienia. Pamiętam, że osoby bogatsze funkcjonowały trochę jak małe banki i pomagały długoterminowymi pożyczkami, najczęściej bez procentu, albo spłacanymi w dobrach naturalnych. Mój wujek Ludwik miał 64 chrześniaków i tylko kilkoro z nich było z jego najbliższej rodziny. Cała reszta to były osoby ubogie, albo wręcz bardzo biedne, w tym nosił do chrztu również dzieci cygańskie. I zawsze był pierońsko dumny, że to jego proszą na chrzestnego.

A dlaczego prosili? Bo chrzestny był zobowiązany do finansowego wsparcia. Musiał dać pieniądze na chrzest, na komunię i na ślub, a małym chrześniakom też podrzucał coś na cukierki. Naprawdę pomagało to biednej rodzinie w tych kluczowych momentach i naprawdę nie było wstydu prosić wujka Ludwika, tylko honor. Jeśli się zgodził, to tak jakby mówił „twoja rodzina godna jest pomocy, zasługuje na to”, bo na przykład nie przepije tych pieniędzy, bo pracuje, stara się wiązać koniec z końcem. Dla wujka to też był honor, bo nie tylko poświadczał jego status materialny, ale i mówił o tym, że wujek po chrześcijańsku zasłuży sobie na miejsce w niebie.

Osoby, które w potrzebie są (biedni) i nie są (bogaci), zazwyczaj nie przyjaźnią się między sobą, to raczej normalne. Ale czy dzieje się tak dlatego, że proszenie o pomoc jest wstydliwe, czy raczej dlatego, że po prostu żyją w innych światach i czym innym się interesują, o czym innym rozmawiają? Przecież nie tylko status społeczny zawęża przyjaźnie, ale również pole, w jakim na co dzień funkcjonujemy. Jeśli ktoś jest biznesmenem to zazwyczaj nie pogada z pracownikiem o trapiących go problemach, bo nie będą podzielać tej samej wizji. Intelektualista zwykle nie dogada się z pracownikiem fizycznym, urzędnik z prywatnym przedsiębiorcą, a matka jednego dziecka z dobrze sytuowanej rodziny z niepracującą matką pięciorga. Dzielą ich nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim sposób postrzegania świata.

Pomoc czy przyjaźń?

Oczywiście, że na pierwszy rzut oka wychodzą różnice w statusie społecznym, ale są one mylne. Ludzie nie przyjaźnią się ze sobą, bo nie mają wspólnych zainteresowań, problemów, stylu życia i zwyczajnie nie mają o czym gadać, bo się im nawzajem wydaje, że są nierozumiani. Szczerze mówiąc nie do końca rozumiem, po co wszystkie osoby, które potrzebują pomocy, miałyby się przyjaźnić z osobami, które mogą pomóc?

Przecież osoba szukająca pomocy nie szuka przyjaźni. To taka pułapka, w którą wpadają altruiści, wierząc, że są tak dobrzy, że niezastąpieni. Nie, każda (prawie) osoba potrzebująca raczej na pewno ma przynajmniej jednego dobrego, kochanego, wartościowego przyjaciela, który ją wspiera jak może. Tyle tylko że tym przyjacielem będzie najpewniej człowiek, który jest w podobnej sytuacji finansowej, no bo przecież kogo wybieramy na przyjaciół, jeśli nie tych, którzy rozumieją nas najlepiej? Artysta artystę, pracownik pracownika, urzędnik urzędnika, właściciel innego właściciela.

W dawaniu pomocy nie jest ważne zawieranie przyjaźni, lecz pomoc sama w sobie. Jeśli ktoś potrafi pomóc bezinteresownie osobie z którą nic go nie łączy, to ten ktoś nie będzie czuł się pomocą przytłoczony i wtedy proszenie o pomoc może stanie się mniej wstydliwe.

Status społeczny a miejsce w społeczności

Na wsi, gdzie się urodziłam ludzie żyli w społeczności, w której każdy pełnił swoją funkcję. Wszyscy w jakimś sensie byli sobie potrzebni, bo robili różne rzeczy, wypełniali różne luki. Bogatsi mogli zatrudniać uboższych, ubożsi mogli dawać swoją siłę fizyczną. Jedni mieli większe tytuły, inni mniejsze, i jasna sprawa były nadużycia, nieszczęścia, niesprawiedliwość i wykluczenia, ale mniej więcej każdy mógł odnaleźć jakiś należny sobie szacunek. Nawet jeśli tylko był dobrym sługą, nadal było miejsce dla niego w życiu owej społeczności. Moją babcię stać było na służbę, ale do końca życia o swoich służących mówiła dobrze i z szacunkiem, bo otrzymywała od nich prawdziwą pomoc w dużym gospodarstwie, którego sama z pewnością nie zdołałaby obrobić.

Teraz sytuacja znacznie się zmieniła, służba przestała istnieć, a jej miejsce zajęły różne usługi. Dostęp do informacji z telewizji i internetu oraz rozwój technologii ułatwiającej ciężką pracę, możliwość dobrze płatnej pracy za granicą zmienił cały świat. Są też banki i pożyczki oraz ogólnodostępna wiedza z rozmaitych poradników, od prawników, psychologów, czy choćby programów śledczych. Ludzie w mojej wsi żyją teraz nieco inaczej i radzą sobie dobrze, ale te więzi, te obyczaje wspólnotowe, ta bezinteresowna i bezproblemowa wzajemna pomoc istnieją nadal.

Nie ma problemu

Cała moja najbliższa rodzina pracuje z jedzeniem, dlatego kiedy w górach zdarzają się jakieś imprezy sportowe, biegi, rowery, motory, to w prosty sposób organizatorzy trafiają do nas. Rozmawiałyśmy niedawno z siostrą o tym, że warszawiacy nie mogą wyjść z podziwu, jak „z tymi góralami wszystko da się załatwić bez problemu”.

Sama parę dni temu znalazłam się w potrzebie. Róża Misztela z LeLe Crossmedia Production zapaliła się do mojej książki „Sto siedemdziesiąta pierwsza podróż Bazylii von Wilchek” i zdecydowała zrobić na jej podstawie etiudę. Pojechałyśmy w góry szukać lokacji. Zadzwoniłam dzień wcześniej do brata, „Maruś, będziemy szukać leśniczówki do zdjęć, może coś przyjdzie ci do głowy”. Kwadrans po tym, jak weszłyśmy do domu mojej mamy, przyjechał. „Zjesz maślaki z ziemniakami i jajkiem?”, spytałam. „A chętnie, chętnie, jak masz coś dobrego”, odparł, choć jego restauracja z lokalnymi daniami jest 5 kroków dalej. Jeszcze nie zmiotłam swojego talerza, kiedy zaczął się kręcić: „Zaraz się ściemni, nic nie będzie widać”. To było coś, o czym ględziłam Róży, kiedy nasz start z Krakowa się opóźniał. W górach szybciej robi się ciemno.

Zawiózł nas na Studzionki, gdzie jest mini skansenik z przepiękną drewnianą kaplicą, zorganizowany przez prywatne osoby, które kochają nasze gorczańskie tradycje. Dojechaliśmy do końca drogi. Gdzie tu auto zostawić? „A tu wjedźcie”, pokazali nam własne podwórze mieszkańcy. Ledwie podeszliśmy pod kaplicę na szczycie, jak z lasu wyszedł Krzysztof z koszykiem na grzyby. Zaraz za nim wybiegł potężny podhalan, który właśnie zdezerterował z bacówki do domu. „Co tam, jak tam”, pyta. „A wiesz, Renia napisała książkę i chcą filmik do tego zrobić, szukamy jakiejś dobrej chaty”. „Ni ma problemu, zaroz dzwonio”, powiedział Krzysiek i pół minuty później miałyśmy pozwolenie od właściciela na robienie zdjęć. „Nie ma problemu, klucze są u tych i tych, wszystko wam pokażą”, powiedział.

„Nie ma problemu”, „Nie ma sprawy”, to coś, co najczęściej da się usłyszeć od gorczańskich górali. „Nie ma problemu” powiedział Zbyszek od Samotni w Gorcach, kiedy po nocnej zmianie i wielogodzinnym braku snu jechał z nami terenówką na szczyt Gorca, bo potrzebne były zdjęcia do filmiku Very Zaluckiej, również opartego o moją książkę. Prawie nikt nigdy nie ma tam problemu z taką czy inną drobną przysługą lub konkretniejszą pomocą. Wielokrotnie tego doświadczałam i również wielokrotnie byłam świadkiem czegoś takiego, choć naturalnie nie jestem naiwna i wiem, że świat nie zawsze wygląda cały na różowo i że nawet w mojej wsi zdarzają się ludzie, którzy nie otrzymują potrzebnej pomocy. Być może częściowo dlatego, że nie potrafią zdobyć się na odwagę i poprosić?

„Niezasługiwanie” na pomoc

Niekiedy udzielanie pomocy nie przynosi oczekiwanych rezultatów, potrzebujący nie potrafi wykaraskać się ze swoich problemów i nie potrafi zmienić swojego życia. Dotyczy to jednak stosunkowo niewielkiej grupy społecznej, która jednak jest widoczna i z którą ktoś potrzebujący pomocy nie chce się identyfikować. Nikt nie chce „iść na garnuszek”, „być jak bezdomny lub bezrobotny”, być nieudacznikiem jak ten i ten konkretny sąsiad z bloku, ze wsi czy z ulicy. Każdy potrzebuje minimum akceptacji i szacunku do swojej osoby, dlatego tak ważne jest, żeby sobie wzajemnie taką akceptację i szacunek okazywać, niezależnie od tego kto w jakiej sytuacji się znajduje.

Trudna sytuacja życiowa może skończyć się tym, na co Konrad zwrócił uwagę we wcześniejszym artykule – nie zwrócenie się o pomoc może doprowadzić do samobójstwa. Niemal rok temu straciłam w ten sposób bardzo drogiego mi przyjaciela. Dwa tygodnie wcześniej zapewniał mnie, że wszystko idealnie i nie może być lepiej. Patrzyłam mu w oczy i wiedziałam, że coś ukrywa, ale co mogłam zrobić? Przecież zawsze było idealnie i w najlepszym porządku, bo był człowiekiem sukcesu, cenionym i uwielbianym przez innych.

A przecież proszenie o pomoc czy emocjonalne wsparcie – może stać się nadużyciem wyłącznie wtedy, gdy kryją się za nim fałszywe intencje, chroniczna, wygodna niechęć do wprowadzenia zmian, czy emocjonalne uzależnienie od konkretnych okoliczności. Z drugiej strony niektóre eksperymenty społeczne pokazują, że nawet przypadki pozornie beznadziejne w sprzyjających okolicznościach potrafią zmienić autodestrukcyjne nawyki.

Z obserwacji i różnych lektur wynika, że to raczej my sami siebie (i innych) stygmatyzujemy tym, że wszystko trzeba robić samemu. Że trzeba sobie radzić, trzeba coś udowadniać, najczęściej zresztą tylko sobie. Albo, że nie zasługujemy na wsparcie innych. A wcale nie. To niemożliwe żeby zawsze i w każdych okolicznościach być całkowicie samowystarczalnym. I każdy zasługuje, no chyba że naprawdę postara się w swej podłości dojść do kraju.

„Wstydliwe” momenty

Pewnie dlatego, że wychowałam się we wspólnotowej społeczności, nigdy nie obawiam się ani prosić o pomoc, ani jej dawać. Będąc normalnym człowiekiem, uznającym swoje prawo do omylności i porażki, w sytuacjach kryzysowych, proszę przyjaciół i znajomych, a czasem nawet nieznajomych specjalistów o pomoc. Tak samo, jak pomagam przyjaciołom oraz znajomym i czasem nieznajomym, którzy do mnie piszą, jeśli to jest możliwe.

Człowiek świadomy siebie, zna i rozumie swoje mocne i słabe strony. Mocne wykorzystuje, w słabych szuka albo współpracowników albo pomocy osób trzecich. Człowiek, który nie ma dystansu do siebie i uwierzył, że otaczająca go negatywna rzeczywistość jest jedyną alternatywą i ostateczną prawdą, będzie sabotował swoje mocne strony i unikał szukania pomocy, w przekonaniu, że jej nie otrzyma, lub że na nią nie zasługuje. Niska samoocena i niemożność przyznania się, zaakceptowania faktu, że z czymś sobie nie radzimy nie sprzyjają możliwości poczynienia zmian w życiu. No bo czasem ta pomoc jest jednak konieczna.

W tej chwili na przykład w związku z książką robię ogromnie dużo nowych dla mnie rzeczy, których nie robiłam nigdy wcześniej i jasne jest, że się gubię. Brakuje mi doświadczenia, nie wiem co mam robić, zjada mnie totalny stres, ale bardzo często proszę innych o radę i pomoc. Czy się tego wstydzę? Nie. Czy dostaję odmowę? Nie. Czy ktoś będzie mnie oceniał za to, że robię coś po raz pierwszy i nie umiem? Nie sądzę, a nawet jeśli, to czy powinnam podkulić ogon i przestać?

A co dopiero dzieje się w tych najtrudniejszych momentach życia, kiedy dotyka nas prawdziwe nieszczęście, choroba, śmierć bliskich, utrata pracy, gwałtowne zerwanie czy inny rodzaj kompletnego załamania i depresji? Czy w tych sytuacjach możemy wszystko sami? Czy nie powinniśmy poprosić o pomoc, kiedy jej naprawdę potrzebujemy?

Czy naprawdę proszenie o pomoc jest wstydliwe?

Kiedy parę lat temu napisałam na fejsie, że znajomej spalił się dom z całym dobytkiem, odpowiedzieli ludzie zupełnie mi ani jej nieznani. Zrzucili się, kupili pralkę, lodówkę, ubrania dla dzieci i zwieźli wszystko na miejsce. I już. Nic więcej, żadnych pytań, żadnego zastanawiania się, czy proszenie o pomoc jest wstydliwe. Spalił się dom, więc normalne, że potrzebna jest pomoc. Podobnie jak wielodzietnej rodzinie, żyjącej w nędznym baraku było potrzebne drewno na budowę domu. W takich przypadkach robi się zbiórkę datków w kościele, albo po sąsiedzku. Nikt o nic nie prosi ani nie pyta, to się wśród ludzi, którzy maja w sobie pokorę i wiedzą, że nieszczęście może dotknąć każdego, po prostu robi…

Odpowiedni gest w stronę potrzebującego, pozwoli wykorzystać mu tę pomoc jako dźwignię do lepszego życia. Stowarzyszenie „Wiosna” i akcja Szlachetna Paczka, którym m.in. oręduje Kruczkowski, jest najlepszym przykładem takiej bezinteresownej pomocy, której nie blokuje się wstydem czy niezasługiwaniem. Każdy z nas potrzebuje pomocy, nawet jeśli nie codziennie, to często. Tak, jak napisał Konrad, pomaganie jest przecież budowaniem więzi, a nie czymś wstydliwym, gorszym. Jest też naprawianiem świata i myślę, że każdy z nas powinien umieć zarówno prosić o pomoc jak i jej udzielać. Bo czy świat nie powinien ulegać zmianom na lepsze przez to, że jedna osoba pomoże drugiej? Nawet, gdyby tylko miała jej wysłuchać? Przecież chodzi o to, żeby nie było problemu.

Zobacz tekst o góralskiej gościnności.

Czy proszenie o pomoc jest wstydliwe?

Czy proszenie o pomoc jest wstydliwe?