Mam znowu niezły orzech do zgryzienia. Od dobrych dwóch tygodni zastanawiam się, czy dopadła mnie mentalna starość, czy może wreszcie dojrzałam do głębszego przeobrażenia w życiu? Bo może to tylko wewnętrzna dojrzałość?

Gdzieś na początku czerwca zadzwonił przyjaciel, że otwierają swoją pierwszą w życiu restaurację i spytał, czy nie pomogłabym w starcie. Trzy minuty zajęło mi podjęcie decyzji, choć powinnam wszystko przemyśleć, skoro nowe zadanie wiązało się z przeprowadzką do Warszawy. Niewiele czasu zostało, żeby rzucić wszystko, co robiłam w Krakowie, spakować się i wyjechać. A tu w trakcie jakichś warsztatów jestem, a to książka po raz enty przepisywana i nieskończona, a to wreszcie moja zwykła, oswojona codzienność z domem, synem i kotami.

Świetna to jednak okazja, żeby sprawdzić o co chodzi z tą Warszawą. Już od kilku lat o niej myślę, a i wszyscy przeprowadzeni tutaj przyjaciele trują, dlaczego tak długo zwlekam i co ja tam jeszcze, na tej prowincji robię? Prawda, Kraków dokucza mi już od dłuższego czasu tym, jak bardzo jest powolny i jak mało mnie inspiruje. Prawda, że potrzebuję zmiany i że często brakuje mi ludzi do towarzystwa, bo niemal wszyscy powyjeżdżali. Prawda, że w Warszawie dzieje się tyle, i że jest ona tak rozmaita, iż nie starczyłoby czasu na zbadanie wszystkiego.

Pomogłam przyjaciołom na starcie, fajna knajpka, dobry produkt, dobre jedzenie. A potem zaczęłam się zastanawiać: co dalej? Skoro już przyjechałam do tej Wawy, no to chyba powinnam zostać, nie? Możliwości zarobienia pieniędzy jest tu pod dostatkiem. Sięgnę w prawo czy sięgnę w lewo, coś się zawsze znajdzie. A i możliwość zrealizowania całego miliona własnych pomysłów wydaje się być na wyciągnięcie ręki. Tutaj taka okazja, tam inna, nic tylko brać. A mnie w sercu coś się trzepoce i trzepoce…

A. mówi na ten stan: „Nie mogę tego zrobić, bo mój Krasnolud tupie”. A. twierdzi, iż w środku nosi takiego krasnoluda, który zawsze ma rację. Jeśli ona wpadnie na super atrakcyjny życiowo pomysł, jaki musi się udać, ale Krasnolud zatupie, to na bank nic z tego nie będzie. I że już tyle razy testowała Krasnoluda, że się go zawsze słucha. Jak Krasnolud mówi, że robić, to choćby coś wydawało się szalone – trzeba robić. Jeśli tupie, to za cholerę nie warto.

Ja nie mam krasnoluda. Ja mam jakieś takie maluśkie leśne stworzonko w zielonym kolorze, które ma skrzydła i mi tymi skrzydłami macha. No macha i macha, a ja nic, zawsze mądrzejsza i ciągle ignoruję, a na koniec choć miało być tak pięknie, wychodzi jak zwykle. Wtedy moje leśne stworzonko w zielonym kolorze o przezroczystych skrzydełkach wypowiada jedyne jedyne słowo, które jestem w stanie wyraźnie usłyszeć: „Mówiłam”. A ja się denerwuję: „Co mówiłaś, co mówiłaś, przecież nic nie słyszę co gadasz w tym swoim duszkowym szepcie”… No ale nie chce gadać głośniej, ani nie chce mnie nauczyć swojego języka, tylko macha tymi skrzydełkami.

No i teraz też tak mi coś zaczęło machać i machać, na myśl o tym, że miałabym TERAZ w tej Warszawie zostać. Dałam sobie dwa tygodnie na podjęcie decyzji, zostaję czy wracam. I już wiem, że wrócę, no chyba że wydarzy się coś niezwykłego, jakiś grom z jasnego nieba #czyco.

Bo najpierw ogarnął mnie strach, że się zestarzałam.

„Jak to”, mówię do tego trzepotu skrzydełek mojego duszka, „Jak to ja, która zawsze bez lęku, bez oglądania się za siebie, bez kalkulowania co mi się opłaca a co nie, ruszałam do przodu, robiąc każdą nową rzecz z jednakowym optymizmem i siłą, czuję nagle, że już tak nie chcę? Że w nosie mam ciężką pracę i niepewny byt? Że wcale nie chce mi się znowu siedzieć przy przypadkowym biurku na niedopasowanym do kręgosłupa krześle, ani nie chce mi się spać w nie swoim łóżku”. Raptem dotarło do mnie, że brak mojego żarnowego młynka do kawy bardziej mnie wnerwia niż motywuje to, że mam przed sobą jakieś sto świetnych kawiarni do odkrycia…

No starość, mówię sobie, ogarnięta nagłym atakiem paniki. To na pewno pierwsze objawy starości. Mentalnie coś się stało ze mną niedobrego, a na to zgodzić się nie mogę. Muszę z tym walczyć, żadna stagnacja ani mała stabilizacja mnie nie dopadną, o nie! Zostanę, choćby nie wiem ile mnie to kosztowało.

A mój zielony duszek trzepoce migotliwymi skrzydełkami i trzepoce.

I wreszcie pff, wypuściłam z siebie powietrze. Dwa dni przesiedziałam sama w cudzym mieszkaniu i pozwoliłam sobie na wsłuchanie się w siebie. Kim jesteś, Renata? W jakim momencie życia się znajdujesz? Co jeszcze przed sobą kryjesz, a co przed innymi udajesz? I najważniejsze – czego tak naprawdę pragniesz?

Przypomniałam sobie warsztaty u Gilberta Renauda (Recall Healing) pod koniec czerwca, których nie miałam czasu porządnie przemyśleć. Zrobiłam po nich linię życia taką jak Gilbert zaleca, czyli wypisałam wszystkie najważniejsze zdarzenia z mojego życia, wszystkie zmiany, zajścia, choroby i emocje chronologicznie. Cóż, niespodzianek nie było – jak w przypadku każdego i mój mózg automatyczny (podświadomość), działa w powtarzających się cyklach, idealnie wręcz co do miesiąca. Zawsze wiedziałam, że nigdzie nie zostaję na starym miejscu czy w jednej pracy dłużej niż chwilę, nie wiedziałam jednak, że diametralnie zmieniam swoje życie… równo co pięć lat!

Tak, idealnie co pięć lat wchodzę w nowy cykl życia, który powtarza się tak samo – najpierw radykalnie rzucam dotychczasowe życie, potem z pełną parą i zaangażowaniem rozpoczynam coś zupełnie nowego. Pięć lat pracowałam w PAN, 15 lat tłumaczyłam ukraińską literaturę, 5 lat interesował mnie behawior psów, po 5 lat trwały moje ważniejsze związki, 20 lat temu urodziłam syna, 15 lat temu kupiłam mieszkanie, 10 lat temu kupiłam dom, 5 lat temu otwarłam swoją knajpę (przeskok z literatury do gastronomii!), a teraz przyszła kolejna piątka, pod tytułem „Hurra, przeprowadzam się do Warszawy”… (Więcej o cyklach życia szukajcie pod hasłem Recall Healing albo Totalna Biologia 1, 2, 3, a najlepiej od razu zapisać się na warsztaty do Gilberta, będzie w PL w październiku).

Te biologicznie powtarzalne cykle wcale nie są takie wygodne. To one rządzą całym naszym życiem, niekoniecznie dlatego, że tak jest dla nas najlepiej. Oczywiście naszym zadaniem jest, żeby nauczyć się rozróżniać świadome od podświadomego, a to co podświadome transformować w świadomość. Udało mi się zatem w ten zaczynający się właśnie cykl pięcioletni (albo, jak mówi Gilbert: od teraz przez 200 lat) wejść w sposób świadomy. Udało mi się zauważyć, że się zaczął i że powtarza się według starego schematu, a nie moich decyzji. Bo świadomie miałam dokładnie zaplanowany czas – najpierw dokończenie mojej zdrowotno-alergicznej batalii, dokończenie i wydanie książki, remont domu i wydzielenie przestrzeni dla syna, usamodzielnienie go. Wtedy wyjazd. Do Warszawy, albo do Stanów, albo tylko w dłuższą podróż. Tymczasem z dnia na dzień machnęłam ręką na to wszystko i postanowiłam znowu zacząć od nowa. Dlaczego? To przecież nie bodźce powinny decydować o ważnych zmianach, lecz otwartość na bodźce połączona ze świadomymi decyzjami. Żeby nie okazało się, że zmieniłam życie i przyjechałam gdzieś na koniec  świata (bo co tam Warszawa, jak ja chcę do Kalifornii!), ale do walizki razem ze swoimi markowymi koszulami, spakowałam zamiecione pod dywan śmieci…

Na szczęście tym razem usłyszałam trzepot skrzydełek mojego zielonego duszka. Przecież nie jest problemem to, że przyjechałam pomóc ze startem restauracji, tylko że od razu założyłam, iż muszę zostać. Gdzie będę spać i co jeść to już drugoplanowe. Więc to nie wieczna młodość pcha mnie do radykalnych, niewygodnych zmian, lecz potrzeba ucieczki przed najtrudniejszymi życiowymi zagadnieniami. Ani nie mentalna starość każe mi wracać do Krakowa, do Domu. To jakiś poziom wewnętrznej dojrzałości, który powiada, że to co jest do zrobienia, trzeba zrobić, zamiast dać się pchać automatycznym odruchom i uciekać przed samą sobą. Alergie trzeba zwalczyć. Książkę trzeba wydać. Dom trzeba wyremontować. Synowi trzeba dać własną przestrzeń i pozwolić mu żyć swoim życiem.

Jeśli któregoś dnia przeprowadzę się do Warszawy, to już na swoich warunkach. Będę na to przygotowana i zrobię to po podjęciu odpowiedniej decyzji. Będę wiedzieć, dokąd zabieram swój Dom i będę wiedzieć, co go tak naprawdę tworzy. No i będę w stanie realizować swoje prawdziwe potrzeby już bez wyrzekania się minimalnego komfortu. No bo tak. Bo to nie starość, tylko zwyczajny sens robienia czegokolwiek w życiu. Bo jeśli pędzi się całe życie, wciąż wszystko zmieniając, to zatrzymanie się również może być zmianą. Dziękuję za możliwość zrozumienia tego.

Pomóż innym dotrzeć do tego tekstu, polub albo udostępnij.

Widok na podwórko, przy którym spędziłam czas, rozmyślając o wewnętrznych motywacjach, odwadze i strachu, które nas napędzają. A czytałam: Ola Hnatiuk, Odwaga i Strach, 2016. Ważna i dziś książka o ludziach, pomocy, odruchach człowieczeństwa na skrzyżowaniu narodowości.

Widok na podwórko, przy którym spędziłam czas, rozmyślając o wewnętrznej dojrzałości, motywacjach, odwadze i strachu, które nas napędzają. Czytam: Ola Hnatiuk, Odwaga i Strach, 2016. Ważna i dziś książka o ludziach, pomocy, odruchach człowieczeństwa na skrzyżowaniu narodowości.