Bardzo martwi mnie kierunek, który obrała ostatnio Polska, zarówno wewnętrznie, jak i na arenie międzynarodowej. Martwi mnie to, że coraz silniej (i głośniej!) pogrążamy się w zacofanym systemie myślenia narodowego, które już tak bardzo nijak ma się do tego, w którym kierunku rozwija się świat.

Żyjemy na złamie epok – przemysłowego modernizmu, coraz prędzej odchodzącego do przeszłości i ery cyfrowej, obejmującej coraz głębsze obszary naszego życia. Podczas gdy w krajach najszybciej rozwijających się, technologie, badania i wynalazki są na tak zaawansowanym poziomie, że soft science fiction staje się coraz powszechniejszym reality show, w Polsce wykłócamy się o jakieś bzdury, które odciągają nas od tego, co najistotniejsze. W tym momencie istnienia ludzkości ksenofobia, sięgająca korzeniami czasów plemiennych, naprawdę niczemu nie służy. Rozwój globalnej, wielonarodowej, wielorasowej gospodarki, opartej na współpracy i bogactwie, niesionym przez różne kultury, jest kluczowe dla całej przyszłości świata. Tego procesu nie da się zatrzymać, a my, zamiast brać w nim udział, szarpiemy się na dumę narodową, czystość rasową i ogółem skrajnie prawicowe postrzeganie świata, które może przynosiło korzyści sto lat temu, ale na pewno nie pomaga teraz. Kto choć raz zobaczył taki bodaj Manhattan, gdzie na każdej ulicy mieszka inny naród, tworząc niezwykły tygiel gospodarczy i kulturowy, musi to rozumieć.

W dzisiejszej Polsce szalenie brakuje reformy, która całkowicie zmieniłaby system gospodarczy, i znowu podciągnęła kraj do przodu. Zamiast tego mamy kołowrotek nieustannej vendetty i wytykania palcami winnych „ich”, „onych”. Krótkowzroczne myślenie każe ograniczonym wąskim interesem politykom krytykować reformy Balcerowicza, podczas gdy bez tych reform Polska byłaby nadal w takiej dupie jak na przykład Ukraina. Balcerowicz i ówczesny rząd swoją odwagą cywilną (i tym, że nie mieli nic do stracenia), umożliwili świetny start Polski po latach gospodarczej komunistycznej zapaści, o której jak się zdaje nasi rodacy już całkiem zapomnieli. Reformy te były świetne i konieczne, problem polega na tym, że Polska w 2015 roku jest w innym miejscu niż w 1990 i tamte zasady dziś już nie są korzystne ani rozwijające.

Nie trzeba krzyczeć, że Balcerowicz to zło, lecz dopuścić do głosu nowego reformatora, który ponownie przemodeluje całą gospodarkę, z uwzględnieniem tego, w jakim momencie rozwoju znajduje się cały świat.

Ani rządzący, ani obywatele wydają się tego nie pojmować, wciąż żyjąc wyłącznie na własnych podwórkach. Dlatego też tak mocno skupiają się na populizmie i chwytają tanich, często totalnie idiotycznych haseł, w tym narodowych i ksenofobicznych. Czytaj.

W Polsce brakuje ludzi do pracy, w tym fizycznej. To jest fascynujące zjawisko przy obecnym odsetku bezrobotnych, ale ci bezrobotni w dużym stopniu nie są zdolni do pracy. Albo z powodu zbyt niskich kwalifikacji, których nie starają się podciągnąć, albo z przywar charakteru, jak strach przed opuszczeniem miejsca zamieszkania (czy urodzenia), brak odwagi i pomysłowości, brak elastyczności i niechęć do przekwalifikowywania się, albo już z czystej gnuśności czy pijaństwa. Dodać fatalną kondycję polskiego szkolnictwa, która całe jedno pokolenie wychowała bez pojęcia o praktycznej pracy. To jest szeroki i złożony temat, ale jest też prawdziwy i moim zdaniem już teraz warto byłoby pomyśleć o jakimś systemie imigracyjnym, pozwalającym na selektywny dobór imigrantów, lub udzielania zezwoleń na pracę obcokrajowcom. Kanada jest idealnym przykładem zrównoważonej polityki imigracyjnej, która wychodzi jej wyłącznie na korzyść.

Tymczasem Polakom wydaje się, że zło jest zewnętrzne i pochodzi od obcych, od tego, że ktoś im coś zabrał lub zabierze (najwyraźniej mentalny spadek po zaborach, od którego już naprawdę warto byłoby się uwolnić). Wydaje się im też, że tylko i wyłącznie ich własny interes jest najważniejszy. Nie widzą i nie rozumieją tego, że dobrobyt wzrasta wspólnie i proporcjonalnie do tego, jak żyją ze sobą sąsiedzi i na ile potrafią współpracować. Panuje tu kult rywalizacji, niestety podsycany tanią zawiścią. Kukizy, Dudy i inne nadprzyrodzone zjawiska przyrody biorą się stąd, że nikt w tym kraju nie potrafi myśleć gospodarczo, wybiegając w przód i nadążając za myśleniem globalnym.

Ekonomia jest prosta – rozkwita wtedy, gdy planowaniem wysuwa się daleko do przodu i obejmuje dobro wspólne. Wspólne – mam na myśli nie zaprojektowane dla jednej grupy społecznej, lecz ogólnie dla kraju a nawet świata. Priorytetem w nowoczesnej gospodarce zawsze jest myślenie otwarte, odważne i futurystyczne. Nie jest to myślenie doraźne, krótkowzroczne, łatające dziury i szukające winnych.

Cały problem wynika z niezrozumienia zasad rynku i ekonomii. Masowo wzrastający opór Polaków przed przyjęciem uchodźców z Syrii bierze się z niezrozumienia tego, dlaczego nasza gospodarka w tej chwili kuleje, i że jeśli się pogarsza, to nie z powodu kilku czy kilkudziesięciu tysięcy uchodźców czy tam innych gejów, lecz między innym z powodu wsobnej polityki wewnętrznej i międzynarodowej.

W Polsce konieczne są nowoczesne, radykalne reformy gospodarcze, nie zaś ksenofobiczny strach przed cudzoziemcami.

Polscy politycy są niekompetentni – z jednej strony sieją w ludziach zamęt, nienawiść, podsycają wzajemną wrogość, z drugiej są wyjątkowo nieudolni ekonomicznie. Z jednej strony dają gigantyczne ulgi podatkowe zachodnim koncernom w kluczowych dla nowoczesnego rozwoju sektorach, z drugiej przywiązani są emocjonalnie do pewnych kulawych symboli jak kopalnie czy stocznie, których dotowanie niezwykle zuboża nasze państwo. Raz tworzą i potem bronią przepisy oddające cały przemysł spożywczy w ręce korporacji, dwa dopłacają do nierentownych gospodarstw rolniczych. Zabijają przedsiębiorców kosztami pracy, ale dopłacają do KRUSU. Paradoksy są długie jak Wisła i ciągną się przez cały kraj. Lecz zamiast zmienić prawo – szukają winnych. Raz pada na tych, raz na innych, zawsze na kogoś. Teraz są to imigranci z Syrii, którzy rzekomo zagrażają naszemu bezpieczeństwu narodowemu.

Absolutnie zgodzę się z tym, że radykalizacja islamu we współczesnym świecie jest bardzo poważnym problemem, i że kraje europejskie wcześniej czy później będą musiały zareagować na jego agresywny odłam. Jestem za zachowaniem pewnej ostrożności w zakresie formułowania prawa imigracyjnego (aczkolwiek nie należy tracić z oczu tego, że nie każdy muzułmanin to terrorysta!). Jednakże w walce z radykalnym islamem trzeba podjąć kroki polityczne, wspólne dla całej Europy/kultury Zachodniej, skupione na wydaleniu najradykalniejszych przywódców religijnych, jawnie głoszących nienawiść i deklarujących śmierć „wszystkim niewiernym”, oraz realnej pomocy w północnej Afryce – edukacji, budowaniu miejsc pracy i rozwijaniu lokalnych społeczności. (Tutaj trochę liczę na Chińczyków i ich cichą ekspansję inwestycyjną na terenach Afryki). Deklaracje nienawiści czy strachu wobec wszystkich muzułmanów tego problemu nie załatwią, podobnie jak nie naprawią naszej krajowej gospodarki. Szczególnie, w przypadku pomocy ofiarom wojny i prześladowań religijnych, które, jak się zdaje, powinny być naszym moralnym obowiązkiem.

W tym kontekście trzeba zrozumieć jedno – głoszona przez naszych skrajnie prawicowych polityków, kontrolowanych przez najbardziej tradycyjny i niechętny zmianom odłam chrześcijaństwa, jakim jest katolicyzm polski (to jest już osobne wyznanie, czczące nie Jezusa Chrystusa lecz Jana Pawła II, i podległe nie Watykanowi, a biskupom polskim, skupionym wokół narodowej wizji Rydzyka), wrogość, lęki i projektowanie winy na potrzebujących natychmiastowej pomocy uchodźcom wojennym i religijnym z Syrii, odciąga myśli i uwagę, a przede wszystkim zdrowy rozum od tego, co najistotniejsze w rozwoju silnego państwa – od gospodarki. Media, których poziom edukacyjny i moralny – niezależnie od strony prawej czy lewej – tylko się przyczyniają do popularyzowania tego zjawiska.

Robienie z Polaków zaściankowych ksenofobów o rozdwojonym standardzie moralnym, wciskanie im fałszywych wartości chrześcijańskich nie ma innego wytłumaczenia, niż to, że polscy przywódcy prawicowi (katoliccy) nie tylko od dawna już nie naśladują Jezusa, ale i są całkowicie nieudolni politycznie. (Lewicowi są równie nieudolni, ale teraz piszę o konkretnym kontekście i postawie „moralnej”). Dopiero i tylko w tym kontekście głoszona przez nich nienawiść (do wszystkiego i wszystkich) jest zrozumiała. Nie jestem w stanie, jakkolwiek nie próbuję, zobaczyć Jezusa w słowach polityków prawicy, a co gorsza w postawie niektórych biskupów kościoła polskiego. Nadzwyczaj karykaturalnie brzmią słowa Jarosława Kaczyńskiego, kiedy krzyczy z ambony, że „nie ma innej moralności poza katolicką” (i wyraźnie ma tu na myśli moralność katolicką polską, bo już nie argentyńskiego papieża Franciszka).

Nie ma żadnych „onych”, którzy zagrażają naszemu państwu. To są tylko nasi populistyczni, krótkowzroczni politycy, przez nas wybierani. Nikt inny. Dopóki tego nie ogarniemy jako naród, że zaborów już dawno nie ma, że komuny już dawno nie ma, że sami oddolnie ponosimy odpowiedzialność za własne życie, wybory i – co istotne – za własny kraj, nic się nie zmieni. Nie możemy być jako społeczeństwo i jako naród zamknięci, wrodzy, nienawistni i motywowani strachem, bo nie będziemy mieli w sercach miejsca na odwagę, ryzyko inwestycyjne, motywację miłości do szlachetnych działań, a w końcu dążenia do pokoju…

W ciasnej, zaściankowej głowie naprawdę nie ma miejsca na dobrobyt społeczny, bo dobrobyt ten jest cechą ludzi otwartych.

A przecież, jeśli już mówimy o moralności, po tej drugiej stronie, w zatłoczonych, głodujących obozach dla uchodźców są tylko i aż ludzie, którym krwawa wojna odebrała wszystko. Jak to możliwe, że naród, który sam przeszedł tak ciężkie wydarzenia jak obie wojny i podczas obu wojen zaznał pomocy od innych krajów, w tym arabskich, przejawiał aż tak potężną znieczulicę? Przecież to nie dżihadyści uciekają, lecz ich ofiary, normalni ludzie, zwyczajni muzułmanie!

I nawet jeśli już ta polska odmiana katolicyzmu nie chce muzułmanów, przyjmijmy chociaż dzieci, do których przecież tenże sam Jezus Chrystus podchodził z ogromna uwagą. Tymczasem 1,5 miliona (półtora miliona) syryjskich dzieci mieszka na ulicy, głoduje i czeka na jakąkolwiek pomoc. Ten chłopczyk poniżej mówi, że marzy o chlebie, którego bardzo dawno nie jadł, bo w ogóle nie jadł już od dwóch dni, a tak generalnie to jada trawę…

Co stoi na przeszkodzie, byśmy zamiast trwonić unijne dotacje na rozbuchaną administrację, przejadanie funduszy, machloje w zagarnianiu pod siebie wspólnych pieniędzy – o czym wszyscy doskonale wiedzą – pomogli garstce małych, bezbronnych i niewinnych dzieci? I nawet nie chcę tu słyszeć jednego głosu fałszywej cnoty, że nie stać nas na tak niewielką pomoc, że mamy własnych ubogich i sieroty, bo niech rękę podniesie ten, kto choć jeden gest pomocy wykonał w ich kierunku. I niech odpowie na pytanie, czy nasze polskie dzieci żywią się trawą?

Pomoc potrzebującym jest moralnym obowiązkiem każdego z nas.
Choć można by pomyśleć, że szczególnie tych, którzy chrześcijaństwem nieustannie wycierają sobie gębę.

Ja sama wiem, że nie chcę już rodzić ani wychowywać dzieci, ale gdyby trzeba było, czy nie przyjęłabym pod własny dach jednego małego ocalałego z wojny dzieciaka? Chyba zrobiłabym to z dużą wdzięcznością dla losu, że mogę pomóc. Korona z głowy by mi nie spadła, ani nie zubożałabym ponad miarę. A przecież nie mówimy o tym, że uchodźcy mają mieszkać w naszych domach, w dodatku wbrew czyjejś woli. Oni mają zostać objęci programem i zresztą zostaną nim objęci, bo do tego zobowiązuje nas nasz dobrowolny udział we Wspólnocie Europejskiej, od której wzięliśmy miliardy pomocy! Jaki jest sens trwonić czas na te pyskówki, podszyte ksenofobią i strachem, kiedy w kraju potrzeba podjąć tyle ważnych decyzji, od których zależeć będzie nasza przyszłość?

I to od razu prowadzi mnie do pytania o tę przyszłość, którą zostawimy w rękach naszych dzieci. Podczas gdy zachodnie białe dzieci całują się z kolorowymi rówieśnikami, rozkminiając nowe technologie, polskie dzieci wciąż jak orangutany na drzewie, rzucają za nimi kamieniami. Monolit narodowy w Polsce nie jest ani twórczy ani rozwijający – zamiast uczyć się tolerancji i współpracy, zamiast czerpać korzyści z wielokulturowości, poszerzać horyzonty, nasze dzieci uczą się od rodziców, duchownych, polityków, a często i nauczycieli, że są ludzie i podludzie.

Nasze dzieci uczą się, że im się należy, ale że one nie muszą nic, że do niczego nie są zobowiązane. Sądzą więc, że mają wszelkie prawo do wyjazdu za granicę, że w Londynie, Wiedniu czy Paryżu mają otrzymać równe prawa, że mogą odbierać pracę miejscowym, ale… Ale wara od tych praw w Polsce!

Polska jest dla Polaków, i niechaj podludzie tu nie przyjeżdżają, bo się ich tu nie chce. Co gorsza, te nasze dzieci uczą się też, że warto trwonić czas na osąd nad innym, z którego wynikają nienawiść i rozbój, zamiast korzystać ze współpracy, albo choć zająć się swoimi sprawami, edukacją i przyszłością. Jaki jednak gorzki jest ten kij nienawiści i roszczeniowej nietolerancji, bo przecież tak ukształtowane dzieci zaraz zmienią się w młodych, a potem starych dorosłych, i będą prezentować dokładnie takie postawy wobec wszystkich swoich bliźnich. Nawet rodaków.

Martwi mnie ogromnie, boli i zawstydza, że nasze polskie dzieci mają taki gorszący przykład w dorosłych. I co w tym świetle można powiedzieć o dziewczynach zachowujących się tak jak na tym nagraniu? I jak dziwić się smutnemu losowi zahejtowanego na śmierć Dominika?

Chcemy, czy nie chcemy, przyszłe loty kosmiczne, era robotów, ale też era wielkich migracji ludności z powodu zmian klimatycznych już stają się naszą rzeczywistością. Byłoby rozsądnie, gdyby politycy, zamiast skakać sobie do gardeł, zaczęli przygotowywać siebie i nas do pędzących naprzeciw zmian społecznych. Byłoby rozsądnie, gdybyśmy my, obywatele, przestali popierać ten starożytny, zacofany i zidiociały cyrk. Czas nigdy nie chodzi do tyłu; najwyższa pora, byśmy się przygotowali na przyszłość, albo to my za 50, 100 lat będziemy Trzecim Światem.

A na zakończenie o tym, że są wśród nas dobrzy ludzie, którzy nie obawiają się pomagać, i którym pomaganie innym nie rujnuje życia ani kariery, ani ich nie zuboża. Nana Cichoń o pomocy Syryjczykowi: „Chyba to jest normalne, że ktoś prosi, a ktoś inny podaje mu rękę”. I jeszcze jedno – jeśli nie chcemy, by dżihad podbił świat, pomóżmy jego ofiarom, zanim one same z braku alternatyw przejdą na mroczną stronę.

PS. Najbardziej do tego tekstu sprowokował mnie komentarz: „Nie być świętym a zabijać z zimną krwią w imię religii to dwie rożne sprawy”. Jakby chrześcijanie nie zabijali z zimną krwią w imię religii i jakby to, co wyprawiają dżihadyści usprawiedliwiało katolicką obojętność, wobec ludzkiego nieszczęścia. Ta rozdwojona moralność o podwójnych standardach i ambiwalentnym stosunku do zła poraża mnie całkowicie i przekonuje, że polski katolicyzm coraz wyraźniej zmierza w stronę silnej, pozbawionej skrupułów skrajnie prawicowej sekty.

PS2. WIEM, że nie wszyscy katolicy w Polsce są tacy, jak przedstawiciele upolitycznionego, radykalnego odłamu „katolicyzmu polskiego”. Czytaj dopełniający wywiad ze Stanisławem Obirkiem.

Pamiętaj o udostępnieniu, albo zalajkowaniu, jeśli sądzisz, że to ważny temat.

To zdjęcie kolejki uchodźców po żywność na tle całkowicie zrujnowanej ulicy w Damaszku zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie. Opublikowane przez United Nation Relief and Works Agency (UNRWA).

To zdjęcie kolejki uchodźców po żywność na tle całkowicie zrujnowanej ulicy w Damaszku zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie. Opublikowane przez United Nation Relief and Works Agency (UNRWA).