Sylwia Kubryńska wrzuciła na blogu temat pierwszej spowiedzi i ogromnego lęku dziecka przed obnażeniem własnej intymności, godności przed obcym człowiekiem po drugiej stronie konfesjonału.

Kiedy pisałam przypadkiem leciał mi w tle soundtrack do The Mission; bardzo odpowiedni klimat ;)

U nas było jeszcze gorzej (mówię tu o połowie lat 80), bo na wsi ksiądz zna każde dziecko, każdego dorosłego i każdy dom, w dodatku wielopokoleniowo. W moich czasach, w mojej parafii żaden ksiądz nie używał tej wiedzy, by z mądrością kierować swoimi duchowymi podopiecznymi i prowadzić ich przez życie, lecz zwyczajnie do zwiększania własnych wpływów i kontrolowania kto, kogo, jak i z kim. I dlaczego tak mało na tacę.

Swoją pierwszą spowiedź pamiętam jako totalne, paraliżujące przerażenie nawet nie tym, co mam wyznać, tylko tym, że nie wiem co mam wyznać, że nie wiem czy zrobię to właściwie ani czy to co powiem, będzie miało znaczenie w obliczu Boga. Bo tak naprawdę w drugiej klasie szkoły podstawowej nie czułam się grzeszna ani odrobinę. Nie czułam, że przeciwstawiam się Bogu, ani nie czułam że robię coś niewłaściwie. Jeśli robiłam, i tak miałam karę od rodziców, ale nie zawsze kary były sprawiedliwe, nie zawsze ja stałam za kłótnią z rodzeństwem, nie zawsze miałam słabszą ocenę z powodu zaniedbania, a jeśli pyskowałam to zwykle dlatego, że czułam jakąś niesprawiedliwość w postępowaniu dorosłych.

Co miało być tym moim grzechem? Nauczyłam się „litanii przykładowych dziecięcych grzechów”, które ksiądz kazał się nauczyć na lekcji religii i potem je wyrecytowałam. Do dziś mogę powtórzyć formułę z głowy, choć ostatni raz do spowiedzi byłam ponad 2o lat temu.

Spowiedź w tym wieku nie była wyznaniem grzechów – była małym gwałtem na samopostrzeganiu i co gorsza, uczyła kłamać! Bo cała ta spowiedź i sznureczek kolejnych obowiązkowych do różnych okazji, były zwykłym kłamstwem, obejściem dookoła tego, co powinno stać się tu zasadne – refleksją nad własnym życiem i postępowaniem. Nauką! Dziecko w tym wieku przecież powinno być uczone i powinno samo się uczyć, co jest dobrem, a co jest złem, jednak nie poprzez przymus i formułki, a przez zwykłą rozmowę, przykłady – nie z książki obrazkowej i nie wyłącznie z Biblii, lecz działaniami starszych, w tym duchowych przewodników, jakimi z założenia powinni być księża.

Spowiedź i oderwanie Kościoła od codzienności, od realiów dziecięcego życia, a przede wszystkim od ich prawdziwych potrzeb, w  tym duchowych (tak, dzieci też je mają!) wyrządzają więcej zła niż dobra i na pewno nie przyczyniają się do krzewienia wiary. Ja od urodzenia byłam dzieckiem głęboko uduchowionym i bardzo długo szukałam w kościele w sposób świadomy przewodnictwa duchowego. Niestety już podczas bierzmowania, kiedy biskup zamiast pomóc nam odnaleźć Ducha Świętego i inspirację w wierze całe kazanie poświęcił temu, że hojni parafianie wybudowali nowy kościół, ale żeby nie spoczęli i pamiętali o dalszych datkach, zrozumiałam, że nie znajdę odpowiedzi na swoje pytania wewnątrz samego kościoła. Potem jeszcze przez cztery lata liceum dawałam temu szanse, poszłam nawet na pielgrzymkę do Częstochowy, niestety nie udało się. Musiałam rozpocząć własny świadomy rozwój duchowy poza Kościołem.

Co jest jeszcze smutniejsze, przymusowa spowiedź oddziela nawet małe dzieci od Jezusa, bo przecież nie można przystąpić do komunii – do zjednoczenia z nim, do doznania go, jeśli wcześniej nie wyznało się grzechów księdzu, którego się ogromnie boi (albo jak w mieście – którego się w ogóle nie zna). Pominę już kwestię niezasadnego wbijania w winę, z którą nie można sobie poradzić, bo jak, skoro się swojej winy nie zna i nie rozumie, jest ona sprzeczna z podstawowymi odruchami i głosem intuicji, a często ze stopniem własnej wrażliwości? O winie trzeba by napisać osobny artykuł.

Największą traumą z dzieciństwa, jaka ukształtowała mnie i odbiła się na moim życiu, i zresztą prawdopodobnie też spowodowała moje ostateczne odejście od Kościoła Katolickiego było straszenie wiecznym potępieniem praktycznie przy każdej okazji. Już jako kilkuletnie – i to dosłownie – dziecko miałam problem z niektórymi naukami kościoła, które rozmijają się z logiką, niekiedy nawet własną, wewnątrzreligijną.

Pamiętam jedną niedzielę, która odcisnęła piętno ma moim życiu. Miałam 6, 7 lat może, kiedy stary proboszcz grzmiał z ambony, że tylko ochrzczeni pójdą do nieba, reszta spłonie. Myślałam, czy to możliwe, żeby Bóg, który – na logikę – wszystko stworzył, zdecydował o tym, że część urodzi się w katolickim kraju, a część gdzie indziej? Co stałoby się ze mną, gdybym urodziła się małym Murzyniątkiem w Afryce, którego nikt by nie ochrzcił, bo nie trafiłabym na misjonarza? Myślałam też o tym, co stałoby się ze mną, gdyby moi rodzice wychowywali mnie w innej religii, a misjonarz jednak by przyszedł i powiedział, że trzeba zaprzeczyć naukom rodziców i własnych duchownych, sprzeciwić się mamie i tacie, może nawet ich porzucić? Przecież wiadomo, że nie zrobiłabym tego, i wtedy już na pewno usmażyłabym się w piekle! I skąd możemy mieć tę ostateczną pewność, że to nasza wiara jest właściwa – przecież do nas też mogą przyjść jacyś misjonarze i powiedzieć, że tkwimy w błędzie i że to my zginiemy w piekle.

Jakbym nie myślała, za każdym razem mi się nie zgadzało i budziło mój wewnętrzny sprzeciw, a sprzeciw wobec słów proboszcza to oczywiście również grzech śmiertelny. Dlaczego nikt wtedy ze mną nie porozmawiał? I co by mi powiedział, gdyby jednak porozmawiał?

A mieliśmy na całym naszym kościelnym suficie fresk z piekłem, czyśćcem i niebem – w piekle diabły gotowały żywcem w kotłach nagich (!) ludzi – kobiety i mężczyzn; pełgały tam węże i inne plugastwa, diabły miały widły. Ubrani byli tylko ci, którzy trafili do nieba i zasiedli po prawicy Ojca. Możecie mi wierzyć, że długie, długie godziny spędziłam wpatrzona w ten obraz, całkowicie pewna tego, że skończę na samym dnie, w kotle pełnym upiornej mazi, NAGA, spragniona i głodna oraz gotowana żywcem! Tylko dlatego, że  mi się nauki księdza na kazaniu nie zgadzały z własną, dziecięcą, ale czyż nie słuszną, logiką.

Czego mnie to nauczyło? Że własne zdanie na temat, nawet jeśli słuszne, jest złem. Jak się to odbiło na moim życiu? Możecie się domyślić. Czy dzieci powinny być zmuszane do obowiązkowych sakramentów świętych, do których przygotowywane są wciąż jeszcze metodami zastraszania i wymuszania?…

Moje dziecko od małego posiadało wiedzę o różnych religiach i dość zaawansowanej wiedzy duchowej. W szkole początkowo zdecydowało się chodzić na religię i przystąpić do komunii, bo jego katechetka była normalna. Niczego mu nie zabraniałam, do niczego go nie przymuszałam. Sam chodził, sam się uczył, ja tylko szanowałam jego wybór, bo widziałam w nim to, czego mój proboszcz ani katecheta nie zauważyli we mnie – autentyczne poszukiwania czegoś więcej w dziecięcym świecie, jego własne doświadczenia duchowe, czy to w medytacji, czy w modlitwie. Poszedł z zapałem i do spowiedzi i do komunii, a potem w klasie piątej i szóstej samodzielnie zrezygnował z religii i z bierzmowania, bo nowy ksiądz katecheta znowu zastraszał i przymuszał.

Dziś przed egzaminami czy maturami medytuje i się wycisza po swojemu, zamiast się modlić, nie dlatego, że go zmusiłam do medytacji lub zabroniłam katechezy, tylko dlatego, że pokazałam mu możliwość kontaktu z tym czymś wyższym, za czym wszyscy mniej lub bardziej tęsknimy, której nie pokazał mu ksiądz. I on ją wybrał spośród innych dostępnych opcji. Naturalnie dzieci są różne, jak i dorośli – po części to spłynie, a na części odbije swoje piętno. Ja niestety mocno to przeżyłam, ale dobrze, że czasy się zmieniają i nasze dzieci mają już znacznie lepiej niż starsze pokolenia.

Nauki Jezusa naprawdę są piękne i wartościowe, gdyby tylko Kościół zdecydował się do nich wrócić, zamiast pleść fanatyczne trzy po trzy na przykład o gender, z całą pewnością nie musiałby się martwić o wiernych. Ani o to, by ludzie dojrzali do refleksji nad własnymi czynami sami garnęli się do „spowiedzi”, do wypowiedzenia na głos tego, co ich w duszy męczy i obciążą. A tak to muszą szukać terapeutów, w tym również po to, by im „wyznać” ciężar, jakim była dla nich pierwsza spowiedź.

Postaw lajka lub udostępnij, jakby co.

Kontakt z naturą to ostatnio moja jedyna modlitwa, jedyna świątynia. Gorce, 2015.

Kontakt z naturą to ostatnio moja jedyna modlitwa, jedyna świątynia. Gorce, 2015.