W niedzielę wieczór mój fejs zatrząsł się świętym oburzeniem, które nadal się przez niego przelewa, aż mam ochotę odłączyć się na jakiś tydzień, kiedy wszyscy o wszystkim zapomną i wrócą do swojej codziennej krzątaniny. Bardzo rzadko wypowiadam się na tematy polityczne, jako że jestem dość mocnym off-gridowcem, zaciekawiło mnie jednak to, jaką skalę przyjęło zdumienie wygraną Andrzeja Dudy.

Moje góralskie kości od dawna już skrzypiały wróżebnie, że wygra Duda, bo dość posłuchać jednym nawet uchem ciężko pracującej prowincji, by dojść do wniosku, że została ona tak zmarginalizowana i przyciśnięta do muru, że musi się zbuntować przeciw pozbawionej gospodarczego sensu polityce kolejnych rządów, w tym Platformy. A tu takie zdumienie i niedowierzanie. Że kolejne puste obietnice wyborcze nie zadziałały?

Rok temu na Festiwalu Smaku w Grucznie zrozumiałam, dlaczego wielu lokalnych, bardzo dobrych producentów, ludzi miłych i mądrych, jest konserwatywnych i przywiązanych do PiS, kościoła, a niekiedy (bo nie zawsze!) nawet do jego fundamentalistycznego odłamu, jakim jest Radio Maryja.

Ocknęło mnie, kiedy słuchałam rozmowy jednego ze świetnych producentów wędlin, którego powszechnie się szanuje. Mówił o swoim poparciu dla PiS i o swojej przynależności do kościoła, o ustawach i o tym, że w Radiu Maryja poruszane są te tematy. Aż mnie wmurowało, ale że mam zwyczaj wysłuchiwać do końca ludzi, którzy mnie zaskakują poglądami, wysłuchałam i tym razem; zazwyczaj zaskoczenie oznacza, że nie rozumiem punktu widzenia drugiej strony. I tak słuchając na poły skarg, na poły utyskiwania, zrozumiałam, że nie chodzi o nic, jak tylko o normalność, o to, żeby nikt nie przeszkadzał mu w pracy i nie robił z niego idioty. Żeby zwyczajnie po ludzku nie czuł się lekceważony, nieszanowany i – co tu dużo kryć – wykpiwany za swoje rolnicze pochodzenie.

W moim odczuciu wcale nie chodzi o to, że PO albo PiS czymkolwiek różnią się od siebie, albo że PiS głośniej krzyczy o kościele. Kwestia tego, że PiS choć odrobinę szanuje prostych ludzi i producentów, bez względu na to czy samo jest udolne politycznie i ekonomicznie, czy nie (bo nie jest). Kościół, Radio Maryja i PiS jednoczą tych, którzy są może i niewykształceni, ale są nosicielami dobrej tradycji i potrafią ciężko i dobrze pracować.

Ci ludzie po prostu nie mają alternatyw, bo nikt ich nie broni ekonomicznie ani politycznie przed wielkimi koncernami. I to w tym sensie czują się naprawdę wynarodowieni i odcięci od korzeni.

Wynika to nie tyle z ich złych intencji, ile z braku świadomości pewnych mechanizmów, których nikt im nie tłumaczy, bo coś takiego jak kompetentna prasa w Polsce niestety nie istnieje. Środowiska lewicujące czy liberalne zawsze są synonimem i symbolem zagrożenia, bo wiążą się właśnie z globalnymi zmianami, z którymi nikt małych producentów, rolników, czy przedsiębiorców nie oswaja i nie uczy modernizacji ani nowoczesnego myślenia o biznesie. (Bo o czymś takim jak szkolenia unijne można zapomnieć; najczęściej służą wyłącznie rozlicznym urzędnikom).

Znam bardzo wielu tradycyjnych, małych producentów, którzy na co dzień wykonują to, w co wierzą. Najczęściej jest to wiara w dobrą, tradycyjną jakość, którą odziedziczyli po swoich przodkach. I ja tę wiarę z nimi współdzielę, choć moje poglądy polityczne są skrajnie odwrotne w większości zagadnień. Wynika to z mojej świadomości i wiedzy, szerszej niż ta wyniesiona z domu, ale tak ogółem ludźmi rządzą pewne mechanizmy, z których krótkowzroczni politycy robią swoją pożywkę, zamiast kształtować społeczeństwo dla dobra wspólnego. Te mechanizmy oczywiście nikogo i w niczym nie usprawiedliwiają, bo również trzeba powiedzieć, że pewien odsetek tego elektoratu to osoby rzeczywiście ograniczone, zawistne i raczej mało przedsiębiorcze, wciąż jednak będę się upierać, że jest ich pokaźna, choć głośniejsza mniejszość.

Mechanizm silnego zaangażowania w wartości konserwatywne w tym przypadku bierze się stąd, że nikt i nic innego tych ludzi nie reprezentuje.

Nikt i nic nie chroni uczciwej pracy, ani jakości produktów takich osób, jak ów szanowany przez wszystkich masarz, bo obierając kurs na Unię, przejęliśmy jako państwo kurs na korporacje, koncerny i niską jakość produktu, który zalał nasze rynki. Zmiany te w naturalny sposób są kojarzone z lewicą i liberałami, bo są nowe, i oczywiście w bardzo zgrabnych manipulacjach politycznej prawicy zmieniają się narzędzia szatana, choć to swobody liberalne doprowadziły do większości korzystnych zmian społecznych, a lewica nadal gwarantuje zabezpieczenie podstawowych darmowych świadczeń. Nikt natomiast nie mówi do prostych ludzi, którzy naprawdę nie pragną szerzyć nienawiści, że ich skromnych zarobków i braku możliwości rozwoju firm czy gospodarstw nie są winni geje, tylko miliardowe koncerny, które sami utrzymują kupując produkty w hipermarketach, zamiast od sąsiadów…

Dosyć często gadam z rolnikami czy wytwórcami i zwykle słyszę nie tyle poparcie dla Jarosława i ekstremistów katolickich, ile pragnienie, by rząd dał wreszcie żyć i pracować w spokoju, bez prześladowań gospodarczych. Z PO nie zadziałało, bo dla przedsiębiorców ten rząd zrobił niewiele, albo wprost przeciwnie – wiele utrudnił. Teraz spróbują z PiS; jeśli i ten się nie sprawdzi, to naprawdę nie będą go popierać w nieskończoność, tylko zagłosują na partię, która da szanse na potencjalne zmiany.

Nie jest tak, że wszyscy ludzie na prowincji, młodzi ludzie, albo ci mniej wykształceni, którzy głosowali na Dudę są nosicielami prymitywnych odruchów wyborczych i łapią się na byle obiecanki cacanki. Chodzi głównie o to, że nie mają oni dostępu do rzetelnej informacji, że naprawdę są lekceważeni przez Warszawę, że rozdźwięk między najszybciej rozwijającymi się miastami, które usiłują nadgonić dystans do błyskawicznie cyfryzującej się rzeczywistości globalnej, a wciąż rzemieślniczo-przemysłowymi czy rolniczymi terenami jest coraz głębszy i że ich frustracja życiowa dochodzi do kresu.

Nie sadzę, by PiS to rozumiał, lub by w ogóle ktokolwiek z aktualnych politycznych graczy to rozumiał (może poza Robertem Biedroniem, który za 5 lat wygra prezydenckie państwowe, jeśli PiS nie wprowadzi zmian w prawie gospodarczym).

Naprawdę nie jest to kwestia tego, że ludzie są durniami. Oni po prostu są wkurwieni – pracują naprawdę ciężko, a ciągle mają pusto w garnczkach. Ten, kto to wreszcie ogarnie rozumem, wygra wszystko.

Ten, kto przestanie dawać fory i włazić do tyłka każdej większej korporacji i lobby, kto przestanie rzucać kłody pod nogi kolejnymi absurdalnymi ustawami, duszącymi mały biznes, i kto przede wszystkim zaprzestanie tępienia małych lokalnych producentów. Oraz dużych, pokroju Romana Kluski.

Wystarczy śledzić Związek Producentów i Przedsiębiorców Polskich, albo czytać aktualizacje absurdów prawnych i podatkowych, udostępniane przez Centrum Adama Smitha, żeby nie mieć siły nawet na zdenerwowanie. Nie jest to sprawa jednej partii, tylko ogólnej polskiej mentalności politycznej, podstawowego braku zrozumienia szerszego dobra, długodystansowego myślenia o kraju jako o całości i patrzenia na ludzi, którym coś się udaje z sympatią i wsparciem, a nie wyłącznie z zawiścią i podejrzliwością, jak na złodziei i przestępców. PiS, nawet po wygranych parlamentarnych, niewiele tu pomoże, bo będzie ograniczał i kontrolował inne gałęzie gospodarki niż PO, ale wciąż będzie. Jest partią nieudolną, bo nie skupia się na przyszłości i rozwoju, tylko na historii i rozliczeniach, a gospodarczo jest w pełni socjalistyczna i chce więcej rozdawać, niż ma (obietnice wyborcze Andrzeja Dudy nie tyle niczego nie rozwiązują, ale cofają nas o dwadzieścia lat do tyłu). Dlatego po pierwszym zachłyśnięciu się ludzi „sprawiedliwością” przyjdzie oczywiste rozczarowanie niezmiennie zacofaną (może nawet bardziej) gospodarką.

Wygrana kandydata na prezydenta PiS naprawdę niewiele zmienia w tym kraju. Moim najbardziej osobistym zdaniem – nawet wygrana w wyborach parlamentarnych zmieni niewiele. Może będzie więcej hałasu w mediach, ale one przecież to uwielbiają. Może więcej pojawi się obsceny zawężonej moralności Dulskich, może Kościół jeszcze bardziej obrośnie w pychę i może małe, łyse głupki podpalą więcej samochodów i zniszczą więcej mienia publicznego i prywatnego.

Ale może ktoś się jednak zmobilizuje, może przez te lata, które będziemy marnować na kolejne przepychanki zakompleksionej klasy politycznej, dorośnie nowa generacja, gotowa na prawdziwe, nowoczesne zmiany? Może pojawi się nowy Balcerowicz, który zreformuje reformy Balcerowicza i popchnie nas do przodu? Może wreszcie ukształtuje się jakieś medium z prawdziwego zdarzenia, może blogi albo kanały YouTubowe zaczną spełniać funkcję normalnych, zdrowych mediów?

A może będzie wojna i za zmiany znowu zapłacimy zbyt wysoką cenę, co nie byłoby ani fajne, ani mądre, ani dobre. Dlatego mimo wszystko, mimo tych czy innych wygranych, przestańmy obrzucać się nawzajem kupami i zacznijmy się wysłuchiwać, przyglądać i wypracowywać kompromisy, które naprawdę są możliwe.

Pokój, dobro i rozwój zawsze zaczynają się od nas, nigdy od sąsiada, niezależnie od jego poglądów politycznych. Tymczasem trzeba przeczekać i robić swoje mimo wszystko. Im więcej normalności, tym więcej pieniędzy dla każdego z nas. A to podobno o nie chodzi w ogólnym dążeniu ludzkości do politykowania.

Postaw lajka, a jeszcze lepiej udostępnij.

Janek Koza

Janek Koza